Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Menu

poniedziałek, 08 lutego 2010 23:52
Miałam gości na wsi. Było sympatycznie, wesoło, serdecznie. Ale chciałam tutaj sobie zapisać menu imprezy na "wieczną rzeczy pamiątkę" i może "na zaś". No i oczywiście, żeby się pochwalić, jaka to ja pracowita jestem.
 Zrobiłam pięć sałatek, nazwę je umownie:1) z kiełkami, 2) ryżowa z ananasem i curry, 3) marokańska z kuskusem, 4) tradycyjna śledziowa, 5) "promowa" z buraczkami i serem fetą. To bardzo prosta i ciekawa sałatka. Latem byłam na promowej wycieczce do Sztokholmu, szef kuchni urządził dla wycieczkowiczów wieczór przekąsek, zdradzając i demonstrując kilka przepisów. Ta sałatka została nazwana "CK Dezerterzy". Dlaczego? Z nazwą jest bardziej intrygująca, zapewne. A to po prostu buraczki ugotowane (w oryginalnym przepisie - upieczone w piekarniku), pokrojone w talarki, na to ser feta w kosteczkę, na to śliwki suszone. Wszystko skropione oliwą z oliwek i posypane oregano. Zrobiłam pierwszy raz, mi smakowała. Według tego samego szefa kuchni zrobiłam też łososia marynowanego z koperkiem i kaparami. Zrobiłam też barszczyk na wędzonce, do niego rurki makaronowe (grube, ale nie najgrubsze) z nadzieniem pieczarkowym, zapiekane z oliwą i serem. I jeszcze sos tatarski. Zarzekałam się, że słodkiego nie piekę, bo przecież można ciasto kupić. Ale...no lubię piec (i lubię słodkie). Upiekłam placek Jamajka (zna ktoś taki placek: bez jajek za to z musem jabłkowym, goździkami, cynamonem i imbirem, rodzynkami i orzechami) i upiekłam ciasteczka orzechowe  (sernik tym razem kupiłam). To przygotowałam. Były jeszcze różne szynki, nawet trochę bekonu i trochę pieczonej przeze mnie wcześniej karkówki, także sery żółte i pleśniowe, żeby każdy miał co lubi.  Dla przyjemności biesiadowania były jeszcze salaterki z oliwkami, grzybkami w occie, cebulki marynowane i papryka, dip meksykański i tarnina do mięs. A jeszcze goście przynieśli swoje specjały: sałatkę kalafiorową i śliwki w serze i w bekonie(z wykałaczką) do zapiekania, a także ciasto tortowe z kremem kawowym.  No i wina wszelkie, w przewadze czerwone, jakieś wódki dla panów (ja nie pijam, więc mnie nie intersują) i soki i wody, oczywiście. Na 10 osób to było tego wszystkiego naprawdę dużo. Dziś skończyliśmy sałatki, a łosoś jeszcze został. Po co tyle tego jedzenia nie wiem, ale Mój uważa, że gdyby czasem zabrakło (jeszcze się nie zdarzyło), to on by się wstydził.  Nie zmarnowało się, synkowie pomogli zjeść. A teraz czekam na oklaski;-):-D

komentarze (6) | dodaj komentarz

Urzędy

środa, 03 lutego 2010 18:11
Dla mnie urzędy to coś nowego. Nie myślcie, że spadłam z księżyca. Po prostu miałam taką luksusową sytuację, że nie musiałam chodzić po urzędach (poza obowiązkową wymianą dowodów wszelkich innych sytuacji nie pamiętam). Całe życie przepracowałam w jednej, państwowej instytucji, dużej i prestiżowej(UAM). Jak po studiach złożyłam podanie o pracę, to już o nic nie musiałam się biedzić. Mam już emeryturę, a nawet w ZUSie nie byłam, bo być nie musiałam, zakład pracy wysłał wszystkie papiery. Dziś chciałam tam się udać, żeby zostawić dodatkowe papiery, ale skonsultowałam się  u siebie w pracy i poradzono mi jeszcze zaczekać. Czyli na razie ten urząd mam "nierozpoznany". Ale co mnie mile zaskoczyło, to panie pracujące w działach kadr i płac. Miłe, uśmiechające się, pomocne, życzliwe. Dawniej w tych samych jednostkach panie (moje równolatki lub starsze) sprawiały wrażenie, że petenci przeszkadzają im w pracy.  Teraz sie to zmieniło. Może te młode panie lubią swoją pracę, a co najmniej ją sobie cenią. Do ZUSu nie dotarłam, ale trafiłam do PZU. Jaskinia komercji! Ubezpieczenie grupowe mi się skończyło, ot, wpłacałam 34 lata składki dla innych. Nic z nich nie miałam. Na szczęście, można powiedzieć. Ale gdybym te wydane na składki pieniądze gdzieś odkładała na konto, to uskładałaby się suma wyższa niż najwyższe odszkodowanie (to deklarowane). A teraz zostałam z niczym. Tamto ubezpieczenie się skończyło, nowego nie zawarłam, póki co. Poszłam dzis drugi raz do tego PZU i znów nic nie załatwiłam. Poprzednio, w styczniu były kilometrowe kolejki (olałam), a dziś system Kangur był zablokowany, nie dało się nic zrobić. I łaskę mi robią, że jak teraz zapłacę składkę, to będę ubezpieczona od marca. I mam przyjść za tydzień, ponoć zostanę obsłużona poza kolejką, jak się przypomnę. A jakże przypomnę się. Bo już nie pamiętam, kiedy byłam przymuszona do stania w kolejce. Nie cierpię kolejek. Jak ktoś chce wyciągnąć ode mnie pieniądze, to powinien się postarać i nie zmuszać mnie do tracenia czasu w kolejce. Widać w poprzednim życiu byłam ' hrabinią' i odzywają sie we mnie czasem takie 'wielkopańskie' fochy. Ale jestem zwykle grzeczna i cierpliwa, fochy okazuję tylko wtedy jak mnie wkurzy jakiś absurd, albo kiedy mogę sobie na owe fochy pozwolić. Bo wiadomo, że są chwile, kiedy jesteśmy w sytuacji przymusowej i żaden bunt na nic się nie zda. Obyśmy sytuacji przymusowych mieli wszyscy jak najmniej, a urzędy znali tylko z opowiadań.

komentarze (29) | dodaj komentarz

Znalezione

niedziela, 31 stycznia 2010 22:32
Dziś był niezwykle udany dzień. Czasem dobrze coś opisać, wspomnieć. Ja parę dni temu martwiłam się zapodzianymi zdjęciami. Faktycznie "diabeł ogonem przykrył", jak napisała Ulka. Wszyscy szukali, ale ja tylko pobieżnie i przy kiepskim świetle. Dziś pomagając moim panom na poddaszu zwróciłam uwagę na karton, dość duży, służący za podstawę niby stolika. Leżała na nim dość duża deska, jak blat, a na desce najróżniejsze narzędzia. Pomyślałam przelotnie, że trzeba by zajrzeć do tego kartona, stoi na środku i zupełnie nie wygląda na karton (raczej jak stolik). Ale zajęłam się pracą. Później znów spojrzałam na ów karton. Słońce pięknie świeciło przez okno dachowe i oświetliło wycięcia w kartonie - uchwyty do przenoszenia. I cóż tam ujrzałam? Fragmenty albumów!! Tu się schowały, zakamuflowały. Zdjęliśmy deskę, ale karton był porządnie zaklejony taśmą samoprzylepną. Nic to, wszyscy widzieli w wycięciu kawałki kilku albumów.  Ach, jaka byłam szczęśliwa! I to nie koniec powodów do zadowolenia. Synek zainstalował mi gadu-gadu na wsi i uruchomił komputer. Mam własny, do swojej dyspozycji. I szybszy kontakt ze znajomymi. A poza tym dziś był cudny, słoneczny dzień. Wybrałam się na zimowy spacer w pole. W południe było na dworze bardzo przyjemnie: słońce, czyściutki śnieg i bezwietrznie, nie więcej jak - 3, -4 stopnie. Było pięknie. Widziałam na polu dwa baraszkujące zające i bażanta. Tak sielsko. A wieczorem jeszcze jeden powód do radości. Miałam w domu razem wszystkich moich synków, jak za dawnych lat. Taki fajny, pogodny, niedzielny dzień. A od jutra jestem oficjalnie na emeryturze!!

komentarze (10) | dodaj komentarz

Prąd

sobota, 30 stycznia 2010 16:58

 Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo jesteśmy uzależnieni od prądu. Jesteśmy oplątani kilometrami przewodów, a bez prądu życie zamiera, zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie robi się ciemno. Od 30 lat rodzice mają letni dom za miastem. Spędzałam tam z dziećmi wakacje. Przez pierwsze 9 lat nie było tam prądu. Wszystko było tak przygotowane, żeby wygodni mieszkać bez prądu. Kuchenka była na gaz z butli, telewizor turystyczny na akumulator, na chłodne letnie noce - komine, woda ze studni, noszona do zbiornika na pięterku, spływająca do instalacji wodociągowej (woda „bieżąca" na mojego małżonka nogach). Na romantyczne imprezy przy świecach i kominku mieliśmy magnetofon na baterie. Nawet żelazko na duszę mieliśmy, na wszelki wypadek. Ale wiedzieliśmy, że musimy radzić sobie bez prądu. Teraz czasy się zmieniły. Wszystkie urządzenia we współczesnym domu jednorodzinnym potrzebują prądu. Jeśli jest to kuchenka gazowa, zapalana iskrą elektryczną, to jest to głupstwo. W razie braku prądu można użyć zapałki, też działa. Gorzej gdy jest to piec gazowy do ogrzewania. Bez impulsu elektrycznego nie zapali, ciepła w domu nie będzie, bo i pompa cyrkulacyjna działa na prąd. Nawet taki kominek z płaszczem wodnym musi mieć pompę na prąd, inaczej ciepła woda nie będzie krążyć w instalacji. I dlatego my mamy zwykły wkład kominkowy na zwykłe drewno. Pamiętam sytuację, kiedy koleżanka zaprosiła nas na wieś, tuż pod miastem, na spotkanie. Przez 2 godziny nie mogła nam podać nic ciepłego do picia, bo akurat wyłączono prąd, a miała tylko piękną kuchnię ceramiczną, na prąd. I dlatego ja mam piękną kuchnię gazową (Smeg, jeśli ktoś zna) i elektryczny piekarnik (no trudno, gazowych do zabudowy chyba nie robią). Ale do ogrzewania -  piec gazowy z zasilaniem elektrycznym, niestety. Na wsi. A na tej wsi wyłączenia prądu zdarzają się nader często. Dziś nie dość, że silny wiatr zawiewa śniegiem szosę i ten nawiany śnieg odcina mnie od świata, to jeszcze wysiadł prąd (wiatr zerwał przewody).  Nie było prądu przeszło 3 godziny, nic się nie stało, temperatura w domu obniżyła się zaledwie o pół stopnia. Ale...strach pomyśleć, co by się działo, gdyby awaria była poważniejsza, wieś oddalona dalej od miasta, brak prądu dotkliwszy? No, strach ma wielkie oczy, a ja wielką wyobraźnię. Na strachu się skończyło. Ulga.

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia

wtorek, 26 stycznia 2010 20:55

          Gorszą od utraty zdjęć jest chyba tylko utrata wspomnień. Ale ja straciłam zdjęcia. I nie zapodziałam ich, one po prostu zniknęły. Kamień w wodę. Przy przeprowadzce szafy z miasta na wieś trzeba było całą zawartość przepakować. Wszystkie albumy, jeszcze z czasów szkolnych, przepakowałam do dużego kartonu i poleciłam moim panom zawieźć go na wieś, na „górkę". W końcu nieczęsto zagląda się do albumów z dzieciństwa. Miałam ochotę zrobić porządek ze zdjęciami na emeryturze. Przy okazji pobytu u nas młodych małżonków (rodzina z Australii), chcieliśmy im pokazać nasze zdjęcie ślubne i...zaczęło się. Poszukiwania pobieżne nie dały rezultatu. Dokładniejsze, też nie. Na razie dałam sobie spokój i staram się nie panikować. Mam jeszcze jedno nie sprawdzone miejsce, jeszcze nie sprawdziłam wszystkich zakamarków osobiście, ale ten karton, to nie drobiazg, który może ukryć się przed wzrokiem niepostrzeżenie. Dziwna sprawa. Nie było mnie przy załadunku i wyładunku, ale przecież nie zostawiliby kartonu na parkingu, a nawet jeśli, to za taką zgubę dałabym niemałe znaleźne. Na razie pocieszam się, że w razie fiaska poszukiwań mam w domu (mam nadzieje, że nie w tamtym kartonie, ale to muszę sprawdzić) wywołane filmy z co najmniej 20 ostatnich lat, można dorobić odbitki, także jakieś rozproszone zdjęcia w ramkach, zdjęcia przekazane dorosłym synkom i zdjęcia zbierane przez moich rodziców. Nie jest tragicznie. Mam też zdjęcia w albumach z ostatnich 6 lat, a także już zdjęcia na nośnikach elektronicznych, bo od 2004 roku mieliśmy aparat cyfrowy.  Musiałam to sobie napisać, żeby się trochę uspokoić, bo siedzę tu na wsi i obmyślam działania na przyszłe długie zimowe wieczory. A na razie pięknie świeci słońce, śnieg się skrzy, jest bajecznie (póki jest prąd) i oby tylko nie wychodzić na dwór, bo mróz siarczysty (w południe -14 stopni). Ciepło pozdrawiam!              


komentarze (14) | dodaj komentarz

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 188165

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O mnie

Jestem żoną, matką i babcią. Moje życie jest uporządkowane, wręcz monotonne. Ale mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia kobiety dojrzałej

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 22.12.2009 12:57:23
  • autor: jagas9
  • treść: Stół już zastawiony,...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 24.03.2009 12:58:44
  • autor: HOMuyzguSeTNvpXO
  • punkty: 60
  • treść: joLsOz <a href=&...