

Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo jesteśmy uzależnieni od prądu. Jesteśmy oplątani kilometrami przewodów, a bez prądu życie zamiera, zwłaszcza w zimie, kiedy wcześnie robi się ciemno. Od 30 lat rodzice mają letni dom za miastem. Spędzałam tam z dziećmi wakacje. Przez pierwsze 9 lat nie było tam prądu. Wszystko było tak przygotowane, żeby wygodni mieszkać bez prądu. Kuchenka była na gaz z butli, telewizor turystyczny na akumulator, na chłodne letnie noce - komine, woda ze studni, noszona do zbiornika na pięterku, spływająca do instalacji wodociągowej (woda „bieżąca" na mojego małżonka nogach). Na romantyczne imprezy przy świecach i kominku mieliśmy magnetofon na baterie. Nawet żelazko na duszę mieliśmy, na wszelki wypadek. Ale wiedzieliśmy, że musimy radzić sobie bez prądu. Teraz czasy się zmieniły. Wszystkie urządzenia we współczesnym domu jednorodzinnym potrzebują prądu. Jeśli jest to kuchenka gazowa, zapalana iskrą elektryczną, to jest to głupstwo. W razie braku prądu można użyć zapałki, też działa. Gorzej gdy jest to piec gazowy do ogrzewania. Bez impulsu elektrycznego nie zapali, ciepła w domu nie będzie, bo i pompa cyrkulacyjna działa na prąd. Nawet taki kominek z płaszczem wodnym musi mieć pompę na prąd, inaczej ciepła woda nie będzie krążyć w instalacji. I dlatego my mamy zwykły wkład kominkowy na zwykłe drewno. Pamiętam sytuację, kiedy koleżanka zaprosiła nas na wieś, tuż pod miastem, na spotkanie. Przez 2 godziny nie mogła nam podać nic ciepłego do picia, bo akurat wyłączono prąd, a miała tylko piękną kuchnię ceramiczną, na prąd. I dlatego ja mam piękną kuchnię gazową (Smeg, jeśli ktoś zna) i elektryczny piekarnik (no trudno, gazowych do zabudowy chyba nie robią). Ale do ogrzewania - piec gazowy z zasilaniem elektrycznym, niestety. Na wsi. A na tej wsi wyłączenia prądu zdarzają się nader często. Dziś nie dość, że silny wiatr zawiewa śniegiem szosę i ten nawiany śnieg odcina mnie od świata, to jeszcze wysiadł prąd (wiatr zerwał przewody). Nie było prądu przeszło 3 godziny, nic się nie stało, temperatura w domu obniżyła się zaledwie o pół stopnia. Ale...strach pomyśleć, co by się działo, gdyby awaria była poważniejsza, wieś oddalona dalej od miasta, brak prądu dotkliwszy? No, strach ma wielkie oczy, a ja wielką wyobraźnię. Na strachu się skończyło. Ulga.
Gorszą od utraty zdjęć jest chyba tylko utrata wspomnień. Ale ja straciłam zdjęcia. I nie zapodziałam ich, one po prostu zniknęły. Kamień w wodę. Przy przeprowadzce szafy z miasta na wieś trzeba było całą zawartość przepakować. Wszystkie albumy, jeszcze z czasów szkolnych, przepakowałam do dużego kartonu i poleciłam moim panom zawieźć go na wieś, na „górkę". W końcu nieczęsto zagląda się do albumów z dzieciństwa. Miałam ochotę zrobić porządek ze zdjęciami na emeryturze. Przy okazji pobytu u nas młodych małżonków (rodzina z Australii), chcieliśmy im pokazać nasze zdjęcie ślubne i...zaczęło się. Poszukiwania pobieżne nie dały rezultatu. Dokładniejsze, też nie. Na razie dałam sobie spokój i staram się nie panikować. Mam jeszcze jedno nie sprawdzone miejsce, jeszcze nie sprawdziłam wszystkich zakamarków osobiście, ale ten karton, to nie drobiazg, który może ukryć się przed wzrokiem niepostrzeżenie. Dziwna sprawa. Nie było mnie przy załadunku i wyładunku, ale przecież nie zostawiliby kartonu na parkingu, a nawet jeśli, to za taką zgubę dałabym niemałe znaleźne. Na razie pocieszam się, że w razie fiaska poszukiwań mam w domu (mam nadzieje, że nie w tamtym kartonie, ale to muszę sprawdzić) wywołane filmy z co najmniej 20 ostatnich lat, można dorobić odbitki, także jakieś rozproszone zdjęcia w ramkach, zdjęcia przekazane dorosłym synkom i zdjęcia zbierane przez moich rodziców. Nie jest tragicznie. Mam też zdjęcia w albumach z ostatnich 6 lat, a także już zdjęcia na nośnikach elektronicznych, bo od 2004 roku mieliśmy aparat cyfrowy. Musiałam to sobie napisać, żeby się trochę uspokoić, bo siedzę tu na wsi i obmyślam działania na przyszłe długie zimowe wieczory. A na razie pięknie świeci słońce, śnieg się skrzy, jest bajecznie (póki jest prąd) i oby tylko nie wychodzić na dwór, bo mróz siarczysty (w południe -14 stopni). Ciepło pozdrawiam!
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 188165
Jestem żoną, matką i babcią. Moje życie jest uporządkowane, wręcz monotonne. Ale mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.
Z życia kobiety dojrzałej
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: