Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 698 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pożytek z derenia

wtorek, 03 października 2017 0:56

 Oto dereń jadalny (Cornus mas), krzew użytkowy, może być też dekoracyjny. Wiosną zakwita jako drugi, po leszczynach (ale, jak te leszczyny kwitną, toż to nie są prawdziwe kwiaty). A dereń ma żółte drobne kwiaty, kwitnie zawsze obficie .

 DSCN2547.JPG

 

Kwitnie  na początku marca i często kwiaty nie doczekają się zapylenia, no i nie ma lub prawie nie ma owoców. A to właśnie owoce są największym pożytkiem derenia. Wszak nie na darmo nazywa się "jadalny".

 

DSCN2817.JPG

W tym roku mój dereń zaowocował nad podziw. Jeszcze nigdy nie miał tylu owoców (na zdjęciu już mocno "przerwany").

DSCN2820.JPG

A owoce derenia można ponoć używać na dżemy i wina (bardzo dojrzałe są miękkie) oraz na nalewki ;) Znajoma robiła konfitury z derenia. W tych niewielkich owocach jest też niewielka wrzecionowata pestka, którą znajoma pracowicie drylowała spinką  do włosów (wsówką). Owoce są kwaśne i dość suche, dopiero bardzo dojrzałe mają więcej płynu, wtedy się rozchodzą, jak ugotowane.

Ja robię z derenia nalewki od kiedy mieszkam na wsi. Sadzonkę derenia dostałam od taty, który ma na swoim ogrodzie dwa krzaki (zawsze dodawałam owoce z taty ogrodu do moich nalewek, bo u mnie bywało ich za mało). W tym roku mój dereń "się postarał", ale nie pogardziłam tatowymi owocami (chociaż tam ich było w tym roku znacznie mniej niż u mnie.

DSCN2821.JPG

 

Tu pierwsze owoce zalane wódką już pod koniec sierpnia i na początku września (a ostatnie owoce zalałam wódką 2 dni temu). Po 4 tygodniach zlewam nalewkę wytrawną i zasypuję owoce cukrem, i znów czekam 4 tygodnie (albo trochę dłużej), żeby nalewka nabrała słodyczy. Potem do nalewki wytrawnej dodaję nalewkę słodką i dostaję taką, jak trzeba - słodką (ale nie ulepek) o przyjemnym kwaskowatym smaku i dereniowym aromacie.

DSCN2835.JPG

A to gotowa nalewka. Ma ok 22 % alkoholu i mocniejszych trunków nie pijam.  W ogóle nie pijam, smakuję i tyle mi wystarczy :). 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Nic się nie dzieje

poniedziałek, 25 września 2017 20:13

Nic się nie dzieje. I bardzo dobrze. Ja okropnie nie lubię ruszać się z domu. Wiem, wiem, to brzmi, jak herezja. Ale zaraz się wytłumaczę. Cieszą mnie wszelkie wyjazdy turystyczno-rodzinne. Lubię jeździć autem (jako kierowca tylko wtedy, gdy jadę na spotkania z przyjaciółmi), pociągiem, latać samolotem, płynąć promem, może być autokar, ale ten lubię najmniej. Ale jak jestem w domu na mojej wsi i powinnam zrobić jakieś zakupy albo zatroszczyć się o swoje zdrowie, albo załatwić jakąś służbową sprawę, to znajdę i wykorzystam każdy pretekst, żeby nie ruszyć się z ciepłego, przytulnego domku. O takim  "ruszaniu" wspominam na wstępie. Bo jest to pewien przymus, a mało czego tak nie znoszę, jak przymusu, nawet jeśli to okoliczności wymuszają na mnie jakieś działanie. Próbuję przechytrzyć okoliczności i znaleźć w sobie chęć do działania. Czasem to trudne.

  Ale ten weekend miałam do swojej dyspozycji, leniwy, domowy. Mogłam robić, co chcę :) Obiad zrobiłam na 2 dni, więc miałam jeszcze więcej czasu na wymyślanie sobie zajęć. Pogoda zrobiła się już jesienna, a moja garderoba w szafach nadal była letnia. Miałam więc okazję zmienić wyposażenie szaf. Teraz nie straszne mi już jesienne chłody i szarugi (mam dom z poddaszem i na tym poddaszu w szafach i kartonach trzymam odzież na zmiany pór roku). Miałam też czas na zbiory w ogrodzie. Okazało się, że spadło sporo orzechów, wcale się ich nie spodziewałam, bo nie było ich widać wśród liści. Teraz liście z orzecha też lecą (przedwcześnie) , a na liściach lądują całkiem ładne orzechy (bałam się, że grzyb wszystko zepsuje, jak zepsuł liście). To nie zeszłoroczne ilości ( do dziś mi je zostały), ale może nie będę musiała na gwiazdkę ich kupować (na razie mam raptem 1,5 kg, zważyłam) ;)

Zaczęłam też zrywać dojrzałe strąki fasoli. Uwielbiam fasolę, a może raczej fasolkę, tę strączkową, świeżą. Sieję ją od końca kwietnia (licząc na to, że ominą mnie Zimni ogrodnicy) aż do 20 lipca (po tym terminie fasola nie zdąży dojrzeć, może zmarznąć, jest wrażliwa na przymrozki, przecież to egzot). Cały czas mi owocuje i zbieram już ziarno i jeszcze świeże strączki, zielone i żółte, własnych odmian. Jeszcze ze 3 lata temu miałam 3 rodzaje fasoli tyczkowej, tzw. szparagowej: duża szeroka zielona, szeroka żółta "bułgarska" i pękata, krótka zielona, która nigdy nie łyczeje "od babci". I miałam 3 rodzaje nasion (z tych fasoli) duże kremowe, duże brązowe i małe okrągłe różowe. Z braku miejsca siałam je razem przy jednej tyczce. I się porobiło! Genetyka, to wspaniała nauka! Pokrzyżowały mi się fasole dokumentalnie. Co strąk, to inny, ziarna też najrozmaitsze, mnie i tak wszystko jedno,  wszystkie są smaczne. A cechy rozdzieliły się tak, jak to dawno temu opisał Mendel (ojciec genetyki).

 

DSCN2834.JPG 

Tu próbka kształtów i kolorów, efekt krzyżówek. Czy wiecie, że fasola jest rośliną trującą! ? Wszystkie części rośliny, także nasiona W STANIE SUROWYM są trujące. Jak wiemy, pod wpływem gorącej temperatury trucizna rozkłada się (na szczęście). Ale to dlatego nasiona fasoli możemy zostawić na zimę w szopie i myszy ich nie zjedzą (takie głupie nie są).

Mam tych strąków mnóstwo, większość jeszcze na grządkach. Powoli wszystko zagospodaruję. Zbyt dużo, żeby wszystko posiać za rok, ale można nawet drobne ziarna ugotować. Z mojej miłości do fasolki kupiłam 2 lata temu we Włoszech zestaw ziaren do zupy Minestrone. W większości były to ziarna najrozmaitszych fasoli. Niebywale kolorowa mieszanka. Były w niej i ziarna bardzo podobne do moich kilku fasoli. W tym roku zaryzykowałam i posiałam te ziarenka, których nie zużyłam na zupę (specjalnie sobie garść odłożyłam). Przezornie posiałam je przy tyczkach. I to był dobry wybór, wszystkie okazały się tyczkowe. I wszystkie szparagowe. Teraz zbieram nowe nasionka :) A część dopiero teraz owocuje (nie zdążą nasiona dojrzeć, trudno ). Nie zanudzam już o fasoli, ale dla mnie to pasjonujący temat :)..

W ogrodzie, póki trwa wegetacja, zawsze jest co robić. Teraz jest czas zbiorów i cieszą mnie moje własne warzywka i (ho,ho) zboża. No, bo kukurydza, to zboże :)  Przy naszym płocie wkopywano rury wodociągowe do sąsiada, pięknie przekopano koparką nieużytek, trawsko i chwasty, rurę wkopano, a potem równo zasypano ziemią. Jest tu ziemia klasy IV, czyli niezła i Mój wymyślił, że, nie zaszkodzi wysiać te ziarna kukurydzy cukrowej, co nam w kolbach zostały z zeszłego roku (nie mamy miejsca, kukurydza w zeszłym roku rosła w cieniu, była mizerna, prawie nie zbieraliśmy i zostało kilka małych kolb z ziarnem). Pasek ziemi za płotem leży po południowej stronie, słońce i sporo deszczu w tym roku bardzo pomogły kukurydzy. Dała bujny plon.

DSCN2823.JPG   

To zerwałam dziś, podobną ilość wczoraj zawiozłam dzieciom, a rośnie chyba jeszcze ze dwa razy tyle. Trzeba zrywać, bo za parę dni zrobią się zbyt dojrzałe (mączyste) na gotowanie :)

 

DSCN2825.JPG 

Może nie są imponujące, ale smaczne i swoje :)

 

I jeszcze na koniec moja jesienna róża wielkokwiatowa, zabrana do domu, bo wspaniale pachnie. Zaraz się rozłożyła, ale i tak mnie cieszy i jeszcze przez chwilę postoi w wazonie :)

DSCN2822.JPG 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Dzień, jeden z wielu

wtorek, 19 września 2017 23:37

Piękna słoneczna pogoda, już kolejny dzień słońce flirtuje z nami od rana, a potem zwykło sie chować za chmury. Tak od soboty. W sobotę zachmurzyło się około południa, w niedzielę w okolicach drugiej, wczoraj już po obiedzie. No, to trzeba wykorzystać dzień, póki piękny i popracować w ogrodzie. Tyle, że mój ogród " nie woła" o pomoc. Jest tu, jak jest, ale w tej chwili na bieżąco zbieram, co mi jeszcze rośnie i dojrzewa (jeszcze brzoskwinie, fasolka, trochę roszponki, na obiad gałązkę selera, dwie marchewki, liść pora, sporo natki, pod zupę). No i jakieś resztki kwiatków (sporo dalii, kanny, aksamitki, gajlardie, rudbekie, niezawodne słoneczniczki i róże kwitnące drugi raz, ale zmęczone przez deszcze) . Więc u mnie spoko. Ale na taty ogrodzie trzeba podgonić robotę. W sierpniu tato nie mógł się zająć ogrodem (chorował), chwasty rosły bujnie, jak nigdy, zagłuszyły uprawy, a jeszcze grzyby-szkodniki zniszczyły dużo upraw (orzechy, jak spalone, jabłka, szczątkowe, po wiosennych przymrozkach też zaatakowane, ogórki - liście, pomidory, ech, szkoda słów. Drugi raz (dopiero) w tym miesiącu "odgruzowujemy" ogród (a jeszcze raz byliśmy z tatą i zbieraliśmy, co było). Dziś Mój ścinał uschnięte drzewa. No niestety, nie odrodzą się, a szpecą i zajmują miejsce. Pod piłę poszła stara morela, z której przez 30 lat i tak nie było pożytku, bo zwykle zmarzła na wiosnę (miewała po kilka, kilkanaście owoców przez te wszystkie lata). Nie dało się nic zrobić, uschła cała. Potem "pod topór" poszła dość stara brzoskwinia i dwie śliwki. Teraz trzeba będzie jeszcze wykarczować korzenie, żeby zrobić miejsce na coś nowego. Ja w tym czasie zbierałam plony: buraki (nieduże, bo nieprzerywane), marchewkę ( to samo), ostatnie fasolki, cukinię (jedna jeszcze rośnie), papryki (udały się, u mnie też) i dynie (niezbyt duże w tym roku). W międzyczasie ugotowałam rosół i zrobiłam na nim zupę dyniową. I pozrywałam kwiaty, bo na tamtym ogrodzie słoneczniczki rosną wszędzie, a rudbekie sieją się same od lat i świetnie się tam czują. I zerwałam ostatnią gladiolę (akurat u taty zakwitła różowa, a u mnie same białe, chociaż to ja przecież zabrałam od siebie i posadziłam u taty "jakieś" cebulki) i przedostatnią różę. Tam jej i tak nikt nie zobaczy, a u mnie w wazonie ucieszy moje oczy. Aha, jeszcze pozbierałam orzechy (włoskie). Mizernie (u mnie jeszcze gorzej). Ostatnimi laty miałam tyle orzechów, że nie tylko nie kupowałam ich na Święta, ale rozdawałam rodzinie i znajomym. A w tym roku - garść. Przyjdzie mi kupować.

Słońce zaszło na godzinę z ciężką chmurę (ok. drugiej), ale potem znów się pojawiło i świeciło do wieczora.  To był pracowity i pożyteczny dzień. 

Jutro też taki będzie (choć tym razem w mieście). Aż zatęsknię za spokojnym leniwym dniem :) 

DSCN2816.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Południowy Śląsk

czwartek, 14 września 2017 0:45

 

Pojechałam, bo jeszcze nigdy tam nie byłam. Ja wiem, że nie było mnie jeszcze w co najmniej połowie albo 2/3 polskich miast  i nigdy może nie będzie. Ale mam póki co ochotę sprawdzać, jakie są te nieznane mi jeszcze miejsca. "Gdzie mnie nie ma, pójdę tam" - była kiedyś taka ładna piosenka ("Chciałbym umieć być jak wiatr'"). Mam okazję, to jadę.

I jadę przez Polskę, i  ja, jak te dzieci drogą, co nadziwić się nie mogą, jaki piękny świat.  Ja też. Naprawdę! 

Tym razem dotarłam do Wodzisławia Ślaskiego. Kojarzył mi się mętnie z jakimś przemysłem spożywczym, ale zupełnie nie umiałam go sobie umieścić na mapie Polski. No, tak, bo nigdy jeszcze nie byłam w tamtych stronach, w okolicach Rybnika, Jastrzębia Zdroju, Raciborza, w pobliżu czeskiej Ostravy.

Wodzisław Śląski, to ładne, prawie 50- tysięczne powiatowe miasto z 760-letnią historią. Wiecie już, że lubię stare miasta, z zabytkami i rynkami. Wodzisław ma i historię, i zabytki, i bardzo ładny duży Rynek.

 

20170913_112327.jpg

Tu widać wieżę kościoła WNMP.

 W Wodzisławiu byłam krótko, ale nocowałam w mieście, więc miasto "zaliczyłam". Pospacerowałam po wąskich uliczkach najstarszej części miasta, zabytkowy jest właśnie średniowieczny układ urbanistyczny miasta, z rynkiem i kamienicami z XVIII i XIX wieku. Najstarszym budynkiem (zabytkiem) miasta jest gotycki kościół  p.w. Św. Trójcy, obecnie ewangelicki. Widać go z Rynku. Także najbardziej okazały kościół Wniebowzięcia NMP widoczny jest w panoramie Rynku. To "tylko" neogotyk z początku XX wieku. 

 20170913_113241.jpg

Tu widać fragment Rynku z widokiem na kościół Św. Trójcy.

 

Z Wodzisławia pojechałam do Raciborza. Miałam kiedyś studentkę z Raciborza, lokalną patriotkę, której opowieści o rodzinnym mieście zapadły mi w pamięć. Chciałam odwiedzić to miasto. Nie powiem, że się rozczarowałam. Zbyt mało miałam czasu, żeby dokładniej rozejrzeć się po mieście. Zahaczyłam tylko o Rynek i okoliczne ulice. W porównaniu z Wodzisławiem ten rynek wypada mizernie. Ale też działania wojenne zniszczyły starą zabudowę miasta.A miasto liczy sobie już 800 lat!  Niby Rynek jest, są ogródki restauracyjno - piwne, ale domy otaczające plac są współczesne, z lat 60-tych 70-tych XX w. I nawet bez architektonicznego "retuszu"

Piękna jest kolumna w Rynku.To tzw. Kolumna Maryjna z XVIII wieku. Przypomina trochę czeskie "morowe" kolumny.

20170913_130158.jpg

 Widać tu kościół Św. Jakuba, gotycki z XIII wieku.

Racibórz jest jedną z dwóch, obok Opola historycznych stolic Górnego Śląska, siedzibą książąt opolsko-raciborskich.  I zachowało się tu sporo zabytków, ale ja widziałam tylko 2 kościoły przy Rynku i z daleka "perłę baroku śląskiego" - kaplicę zamkową Tomasza Kantuaryjskiego z XIII wieku.

Humor poprawiła mi uliczka deptak, z pięknymi klombami kwiatowymi, na której było kilka cukierni:) W jednej z nich zjadłam ciacho i popiłam wyjątkowo smaczną kawą. To też jeden z moich  sposobów "zaliczania" miasta. Jeśli w jakiejś miejscowości nie ma rynku, zabytków, ani miłej cukierni, to miasto "wypada" z mojej pamięci. Nie warto o nim pamiętać (to tak Goeteborg  się "nie popisał" ).

A w Raciborzu widziałam jeszcze zielone planty nad Odrą, mostki, ławeczki, przyjemne. 

Wracając do domu zatrzymaliśmy się na obiad w małej miejscowości pod Jarocinem - Witaszyce (niegdyś duża cukrownia). Przy drodze 11 znajduje się piękny  klasycystyczny pałac, obecnie hotel i restauracja. Musiałam utrwalić na zdjęciu i we wpisie to miejsce, bo tu jest elegancko, czysto i podają naprawdę smaczne jedzenie :)

 

20170912_160854.jpg

. W Pałacu jest też Muzeum Napoleońskie :) 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Gdzie te grzyby?

sobota, 09 września 2017 20:06

Po deszczowym tygodniu i po dwóch cieplejszych dniach miałam nadzieję na wysyp grzybów. w okolicznych lasach. Nie mam doświadczenia w zbieraniu grzybów w okolicy. Tutaj nigdy nie było grzybów (jakieś sowy owszem i parę podgrzybków na krzyż). Więc pojechaliśmy do dużego lasu na rekonesans. I rozczarowanie. Grzybów brak. I nie mam na myśli tylko grzybów jadalnych. Nawet psie grzybki trafiały się z rzadka.  Chodziliśmy 2 godziny po różnych częściach lasu i znaleźliśmy 3 podgrzybki, 7 kurek i jedną sowę (imponującą - 30 cm średnica kapelusza i ok 40 cm noga, istny parasol). Bardzo mnie takie bezproduktywne chodzenie po lesie znużyło. Może gdybym lepiej się znała na surojadkach (łac.russula!), to grzybów byłoby więcej, widziałam kilka żółtych (tzw. brudnożółte są jadalne) i ciemnoczerwonych (też jadalne), ale jakoś odwagi mi zabrakło  i pewności.

W końcu zaczęłam zwracać uwagę nawet na muchomory, bo i te pojawiły się w jakimś zagajniku: białoszare, zielonkawe i czerwone, oczywiście.

 

20170908_123358[1].jpg

 

Takie trawsko było w tych wszystkich lasach wczorajszych.

 

Zagotowałam wczoraj tę garstkę z myślą o sosie grzybowym na dzisiejszy obiad.

Dziś piękna pogoda "uwiodła" nas  na ogród mojego taty. I tam bez szukania znalazły się same 4 maślaki i jeden podgrzybek, na trawniku, w środku ogrodu . Taka siurpryza :) Dodałam te grzybki do tych wczorajszych i całkiem spora porcja się zrobiła. A przynajmniej nie narobiłam się przy czyszczeniu . Bo miło się zbiera (kiedy jest co), ale potem bardzo nie lubię tego oczyszczania (szczególnie wilgotnych grzybów).

Czy uważacie, że na grzyby trzeba się wybierać skoro świt? Czy to chodzi tylko o to, że "kto pierwszy, ten lepszy"? Jeśli grzyby są, to nikt nie jest w stanie wyzbierać wszystkich grzybów w szerokim lesie. A jeśli zbiera się grzyby w odludnych miejscach, to pora zbierania chyba nie gra roli? (to mówi śpioch, który nigdy nie wstaje "skoro świt").

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

wtorek, 17 października 2017

Licznik odwiedzin:  2 938 913  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2938913

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl