Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kupka nieszczęścia

sobota, 30 października 2010 19:25
Wyglądam jak ofiara przemocy domowej. A przecież to miała być przyjemna, ostatnia tego roku (zapewne) wycieczka rowerowa. I co? No, wioskowy burek ujadający przy mojej nodze na pedale, zbyt mała odległość między rowerami... i jak w zwolnionym tempie: rower się przewrócił, a ja wraz z nim (i jak bezwolna lalka, nawet nie podparłam się nogą). Upadłam dokladnie na caly lewy bok (nie wiem jakim cudem wybiłam sobie prawy kciuk). A że miałam na głowie czapkę zimową i okulary słoneczne, to czapka nieco zamortyzowała uderzenie, ale okulary wbiły mi się w bok twarzy. Noo. Było to już kilka godzin temu, ale cholerny łuk brwiowy nadal przesącza. Więc wybaczcie, czuję się obita, niesprawna (lewy łokieć nie daje mi niczego podnieść) i idę się kurować i zaszywam się w mysią dziurkę. A czuję się jak w tytule. Coś takiego nie trafiło mnie jeszcze nigdy, więc nie wiem jak będę się goić. Jak mi się poprawi, to dam znać.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

A teraz leniuchuję

środa, 27 października 2010 13:05
Jak wygląda leniuchowanie emerytki w Mieście? Spałam do dziesiątej, wstałam, zjadłam dwie małe skibeczki z wędzoną polędwicą i domowego rolmopsa (jeśli ktoś nie wie - skibka, to w Wielkopolsce kromka, a kromka to ogólnopolska piętka, tu by nikt tak nie powiedział, aha, a dietetyk twierdzi, że dla staruszków idealne śniadanie to wódeczka i śledzik, ale, niestety, ja wódki nie cierpię, więc odpada). Dzień się dopiero zaczął. więc na razie siedzę przy komputerze, a w planach mam czytanie Stiga Larssona. Na razie nie muszę nikogo obsługiwać (czy jak byśmy nie nazwali tego dbania o domowych Panów), więc sobie tu stukam. A na Trylogię Sztokholmską robiłam sobie apetyt od grudnia, kiedy to, w charakterze prezentu gwiazdkowego zalegała na najwidniejszych półkach i stolikach wszelkich księgarń. Super czytadło, super kryminał, trzy tomy, z których najgrubszy ma 784 strony, a najcieńszy też ponad 500 (pożyczyłam pierwszą część przyjaciółce, nie mogę sprawdzić;-)). Czekałam cierpliwie w bibliotece, aż książka w komplecie będzie do pożyczenia. I w zeszłym tygodniu się doczekałam (nawet najlepszy kryminał to dla mnie książka jednorazowego użytu, szkoda mi wydać na "jednorazówkę" równowartość bluzki). Przeczytałam już dwa tomy, został ostatni. Wiecie, jak musiałam sobie dawkować czytanie, bo miałam akurat na przełomie tygodnia sporo obowiązków towarzyskich. Zarywałam noce, żeby sobie trochę poczytać. Wczoraj przed nocą skończyłam drugi tom. Dawno mi sie nie zdarzyło, żebym czytała i trzęsła się z napięcia i emocji, a taka jest, niesamowicie ekscytująca, końcówka drugiego tomu. Teraz robię sobie chwilkę przerwy przed trzecim tomem. Ale zafrapowało mnie  coś innego, w związku z tą książką. Jest tu sporo opisów relacji seksualnych głównych bohaterów. Nie chodzi o opisy rodem z harleqinów, a o relacje miedzy ludźmi. Dla mnie to "szwedzka" (i ogólnie) egzotyka. Ja wiem, że rozsądny człowiek nie powinien się niczemu dziwić, ale jednak, dziwienie się jest rzeczą ludzką. No bo, czy nie jest dziwne (w polskich warunkach), że żona ma męża, który nie tylko wie o jej wieloletnim i stałym kochanku i przyjacielu, ale jeszcze to akceptuje i jest szczęśliwy, bo żona jest szczęśliwa? A owa żona kocha męża, ale z przyjacielem seks jest tak fascynujący i idealny, że nie umie i nie chce z niego zrezygnować. Dla mnie to kosmos. Bo to, że główny bohater obok stałej kochanki ma jeszcze równolegle kilka pań, to już jest bardziej "normalne". Zadziwiam się, jakbym się dziś urodziła, ale w tej dziedzinie, to, niestety, jestem pewnie mniej kształconw, niż przeciętna czternastolatka przed kursami "wychowania do życia w rodzinie". A że nie byłam nigdy za bardzo ciekawska, to się zadziwiam. A wy? Czy się dziwicie, może oburzacie, może coś budzi wasz sprzeciw(w tej dziedzinie)? Ja się tylko  zadziwiam, czyli nie potrafię sobie wyobrazić tych sytuacji w odniesieniu do siebie. Nie wartościuję, nie potępiam, tylko próbuję zrozumieć, czyli odnieść sytuację do siebie. Nie potrafię. Ale nawet nie wiem, czy zazdrościć tej pani  tak wyrozumiałego męża (dla wybujałych potrzeb tej pani owa para próbowała także seksu grupowego), czy współczuć, czy w ogóle "przejść do porządku". No, tak kwestia poruszyła mnie. A poza tym świetnie się książkę czyta. Jest sporo odniesień do współczesnej historii Szwecji, dokładne opisy Sztokholmu (siedzę z planem miasta i mam radochę , podążająć śladem bohaterów) i żywe, prawdziwe postacie ludzkie, charaktery prawe i piękne, jak i chore, podłe i zbrodnicze. No i super zagadka kryminalna. I tylko można westchnąć: jaka szkoda, że już nic więcej Larssona nie przeczytam (zmarł tuż przed ukazaniem się pierwszej książki w druku, w 2004roku).@)-->-->--
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Maraton

niedziela, 24 października 2010 0:46
Ach, pełna miłych wrażeń wróciłam ze spotkania z klasowymi kolegami, które poprzedził koncert muzyki klasycznej, z okazji 60-lecia naszej szkoły, w wykonaniu absolwentów. I nie po latach się spotkaliśmy. Owszem, po dwóch latach. Całkiem kameralnie w 8 osób, ale nasza klasa była maluśka 19 osób ją ukończyło, a jedna już nie żyje. Trzy inne spotkaliśmy 2 lata temu, na dziś się usprawiedliwiły. Tak swobodnie rozmawia się z osobami, które znały nas, gdy byliśmy dziećmi. Naprawdę, to jest cenne , obcować z ludźmi, którzy znali nas jako dzieci. W pewnym wieku zdajemy sobie sprawę. że nie ma wiele takich osób. Było bardzo sympatycznie.
A wczoraj pomagałam, jak co roku, w Taty urodzinach na daczy. Duża impreza w trudnych, letniskowych warunkach. Ale na luzie, w gronie dobrych znajomych. Gdy przyjechałam do pomocy, w domku było już 14 stopni, a z każdą chwilą kominek dawał coraz więcej ciepła. Gdy jeszcze goście (w tym roku "skromnie" - ogółem 24 osoby) nagrzali ciepłem swoich ciał zrobiło się 21 stopni. A ja , jak co roku, byłam kelnerką i pomywaczką, a wcześniej zrobiłam, jak co roku, śledzie "w kożuszku" i upiekłam sernik. Ale zdążyłam i zjeść, i wypić kilka toastów (zawsze tylko wino), i porozmawiać ze znajomymi. Trochę mnie wieczorem głowa ćmiła. Dzis już nie.
 A jutro imprez ciąg dalszy: spotkanie z dobrą znajomą "w mieście". Jeszcze nie wiemy gdzie przysiądziemy, żeby pogadać. Znajdziemy coś przytulnego, w Poznaniu nie ma z tym żadnego kłopotu. W poniedziałek impreza domowa u mnie w mieście: rodzice moi, dzieci, wnuki - urodzin część rodzinna. Lubię gościć. No i coś się dzieje.
 We wtorek też mam zaplanowane spotkanie z koleżanką. Mam nadzieję, że wypali. Znów sobie pogadam i myślę, że posłucham. Uff. A potem bedę odpoczywać w wiejskiej głuszy.:-) Ale się nazbierało. I fajnie, trzeba "ładować akumulatory", bo kto wie, kiedy znów będzie okazja do tylu uśmiechów, serdeczności i życzliwości. Życzę wszystkim miłego powolniaka.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Koniec Złotej Jesieni

środa, 20 października 2010 0:25
Większość kwiatów nie przetrwała przymrozków.Te późnoletnie, które nie zimują, z bulw, kłączy i cebul (dalie, funkie, ismeny, gladiole, begonie), trzeba wykopać i przechować. Jednoroczne (astry chińskie, turki, lobelie, złocienie, cynie, ostatnie polne maki) trzeba wyrwać i zapomnieć. Nawet byliny kapitulują: słoneczniczki, gajlardie też już się u mnie skonczyły. W tej chwili mam tylko mały krzak astra wieloletniego, który weseli moje oczy i jeden jeszcze kwitnący mizerny krzaczek róży. Czekam na chryzantemy, ale nie wiem, czy w tym roku zdążą zakwitnąć. Nawet dla nich może być za zimno. Po przymrozkach sporo drzew i krzewów zrzuciło gwałtownie liście  i nagle zrobiło się tak puściej w ogrodzie. Taki jesienny, szarugowy smuteczek. A w ogrodzie jeszcze zostało mi trochę pracy, żeby zabezpieczyć co się da do przyszłego roku.

   Унылая пора! Очей очарованье!                  
   Приятна мне твоя прощальная краса.  
   Люблю я пышное природы увяданье       
   В багрец и золото одетые леса.               
   В их сенях ветра шум и свежее дыханье,
   И мглой волнистою покрыты небеса.      
   И редкий солнца луч, и первые морозы     
   И отдалённые седой зимы угрозы.            
                                                                  
 ( Aleksander Puszkin)                               

Melancholijne dni! Oczarowanie oczu!
Przyjemny dla mnie jest twój pożegnalny strój
Kiedy się pyszne krasy twe roztoczą
W purpurze, w złocie więdniesz lesie mój.
W twych sieniach wiatru szum i świeży dech w przezroczu,
I mgieł na niebie białopłynny zwój
I rzadki słońca blask, i pierwszy oddech mroźny,
I oddalone siwej zimy groźby.                             (tł. Julian Tuwim)



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Dzień Nauczyciela

czwartek, 14 października 2010 23:41
Parę lat temu mój najmłodszy syn miał zajęcia z wychowawczynią średniego syna (chyba zastępstwa) prosiłam, żeby ją pozdrowił w imieniu tamtego syna. Powiedziała, że nie pamięta! Była wychowawczynią 5 lat, od tamtej pory minęło 7 lat. Byłam niemile zdumiona, że nauczycielka nie kojarzy nawet nazwiska (a jeszcze najmłodszy jest niesamowicie podobny do brata). No, trudno, bywa.  Ale, pomyślałam sobie, że jest wyrobnikiem, a nie pasjonatem zawodu. Nie to co moje wychowawczynie. Moja pierwsza Pani była naszą wychowawczynią dwa razy: od I do IV klasy (w tamtych czasach nauczanie początkowe) i w VIII klasie. Witała nas w progach szkolnych i żegnała, wysyłając w świat. Nasza klasa była jej pierwszą , w tej szkole i ostatną zarazem, w której miała wychowawstwo od pierwszej klasy. W międzyczasie zrobiła studia geograficzne i miała później wychowawstwa klas starszych, a my mieliśmy z nią cały czas kontakt na lekcjach geografii. Ja bardzo lubiłam Panią, która była dla nas jak druga mama (nawet w wieku mamy, potem się okazało, że ma dokładnie tyle lat , co moja mama). Uwielbiałam też geografię. Oczywiście miałam piątkę. Często wracałam z Panią do domu pieszo przez park (tramwajem, dookoła, to było 6 przystanków) i rozmawiałyśmy na wszystkie tematy. Nie byłam idealną uczennicą, ani grzeczną lalunią, byłam gadułą na lekcji i wiecipiętą, byłam roztrzepana i zapominalska, no i miałam problem z arytmetyką, ale w tamtych czasach nikt o dyskalkulii nie słyszał . Ja lubiłam Panią, a Pani mnie. Miała do nas stosunek wyjątkowy, do nas wszystkich, byliśmy jej dziećmi (swoich dzieci nie miała, była panną).  W ósmej klasie , gdy nasza wychowawczyni, matematyczka (do której z oczywistych powodów nie poczułam sympatii i vice versa) poszła na roczny urlop, nasza Pani z radością została naszą wychowawczynią po raz drugi. Przez całe liceum byłam w kontakcie z Nią, także później wiedziała o moim ślubie i o pierwszym synku. Potem (nieoczekiwanie) wyszła za mąż (w wieku 50 lat ) i przeprowadziła się. Kontakt się urwał. Całkiem niedawno moja Pani spotkała w sklepie moją mamę i dała swój numer telefonu.  Zadzwoniłam i długo rozmawiałyśmy. Mówiła, że z mężem spędziła cudowne 10 lat, lecz niestety małżonek zmarł. Mówiła, że byliśmy dla niej wyjątkową klasą i dopytywała się, co słychac u innych, czy coś wiem o dawnych koleżankach, które wymieniała po imieniu i nazwisku! Gdy dwa lata temu spotkaliśmy sie w dawnym klasowym gronie, dowiedziałam się, że nasza Pani, obecnie już przeszło 80-letnia ,podupadła na zdrowi i mieszka w domu opieki, ale nie na stałe, ma swoje mieszkanie i gdy siły pozwalają mieszka tam.
 Druga wychowawczyni w liceum była nią przez całe 4 lata. Była fizyczką, kobietą - sierżantem, Ale nie miała takich głupich nauczycielskich uprzedzeń, że uczeń 'piątkowy" zawsze umie, a ten kiepski zawsze jest kiepski. Ja, w swojej pracy też nigdy się nie uprzedzałam i zwłaszcza w ustnych wypowiedziach dawałam "nie rokującemu"  bdb, jeśli na to zasłużył. Jako dyskalkulik prawie nigdy nie doprowadziłam zadania z fizyki do prawidłowego wyniku liczbowego. Ale z teorii zwykle miałam piątki i z części zadania opisujacej wzory udawało mi sie dostać 3+, więc średnio wychodziła czwórka. Ale zdarzył sie taki rok (półrocze), kiedy raz nieprzygotowana złapałam nd i nie mogłam się z narastających dwój wygrzebać. Na koniec roku Wychowawczyni, grożna i surowa, zadała mi materiał do poprawy i  kazała zdawać przed chłopakami ( mieliśmy lekcje w grupach, klasa była 40 -osobowa, pół na pół chłopców i dziewcząt). To był pewien stres, ale klasa była zgrana i chłopcy trzymali za mnie kciuki, a ja zdałam śpiewająco, bo nie liczyłam zadań, tylko ustnie teorię. I usłyszałam, że jestem zdolna, ale leniwa (ja uważałam, że jestem raczej pracowita, ale miałam pecha i nie mam żadnych uzdolnien do fiyki). A przecież, gdyby była złośliwa mogła mi zadać zadanka i udowodnić mi , że "nic nie umiem". A ja zdałam na pięć!(czyli w rezultacie na dst). Tę panią wychowawczynię spotkałam na moim osiedlu, bo też tam dostała mieszkanie. Przez wiele lat spotykałyśmy sie na osiedlowych alejkach i w sklepach, wspominając innych moich kolegów i rozmawiając o bieżących sprawach. Niestey, dowiedziałam się, że ta moja wychowawczyni zmarła. Ale obie panie mam zawsze we wdzięcznej pamięci.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 545 931  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2545931

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl