Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 545 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Prezenty

poniedziałek, 30 listopada 2009 14:17
Odwieczny problem: prezenty świąteczne. Ale może dla innych to nie problem? Oczywiście nie mówię o dostawaniu prezentów, nawet nie o obdarowywaniu nimi, ale o ich kupowaniu. Bo przeważnie nie mam pomysłu na prezenty dla wszystkich moich bliskich. Jaki według mnie powinien być prezent gwiazdkowy? Powinien przede wszystkim  szczerze ucieszyć obdarowanego. To jest najważniejsze i najtrudniejsze. Często ludzie kupują innym takie prezenty, które ucieszyłyby ich samych. To się nie sprawdza. Czasem można kupić coś drobnego, a też ucieszy. Pamiętam, jak dawno temu, w czasach, kiedy klocki Lego kupowało się w Peweksie za dolary, a dolary kupowało się od cinkciarzy (kto jeszcze pamięta te słowa?) jeśli nie miało się rodziny na Zachodzie (nie mieliśmy), kupiłam synkowi tzw. pamperki Lego (figurki ludzików) 6 sztuk. Jak on się cieszył! Jakby dostał zamek rycerski, a nie taki drobiazg. Ale on marzył o pamperkach i spełniło się jego marzenie. A ja lubię niespodzianki, wręcz uwielbiam. Właściwie o niczym specjalnym nie marzę, cieszę się z książek, kosmetyków i jakichś błyskotek. I zwykle coś takiego dostaję. Niezmiennie, z ciekawością dziecka otwieram paczki i zawiniątka w poszukiwaniu "skarbów". I cieszę się, że rodzina zna mnie na tyle, że potrafi mnie zawsze mile obdarować. A ja czekam zwykle na "natchnienie", mam nadzieję, że odpowiednie dla bliskich prezenty same wpadną mi w oczy. Potem popłoch, że już prawie nie ma czasu na zakupy, a jeszcze często nie ma też dość kasy. I wielka improwizacja. Albo robię prezenty do jedzenia, bo tylko takie umiem zrobić. Ale przecież trudno powiedzieć "kochani, ta Wigilia, to mój prezent dla Was", choć tak przecież w istocie jest. Może w tym roku zdążę, jeszcze nie zaczęłam się rozgladać. Z radością posłucham wszelkich podpowiedzi , odnośnie prezentów, szczególnie dla moich rodziców (staruszków) . Liczę na Was.:-)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Mus

czwartek, 26 listopada 2009 14:02
Co to znaczy "żyć pełnią życia, przeżywać każdy dzień, nie marnować dnia " i takie tam podobne? Chyba chodzi o to, żeby codziennie robić coś sensownego i  być zdowolonym z z tego (a może jeszcze coś?).  Mam z tym często problem. Dziś na przykład wyprałam, powiesiłam, wstawiłam pieczeń (piecze się), pozmywałam i niespecjalnie daje mi to zadowolenie. Zrobiłam też ciasto na świąteczny piernik, które musi leżakować w chłodzie. To mnie trochę zadowala. Ale nie mam pary. Nie mam napędu, przetaczam sie z dnia na dzień  i na kolejny, ale tak bez entuzjazmu, siłą przyzwyczajenia. Mało co cieszy. Muszę iść do pracy. Muszę wyjść z domu. A jestem w takim stanie ducha, że najchętniej nie wychodziłabym z domu do wiosny. To tak ciężko ubrać się, wyjść , wsiąść do windy, zjechać 6 pieter, wyjść na dwór. I jeszcze coś załatwiać. Nie mam siły. Jak nie mam musu (np .praca), to chwycę się każdego pretekstu, żeby z domu nie wyjść. Jestem ślimakiem, który nie może ze swojego domu wyjść. Tak jest tylko w mieście. Na wsi co chwilę jestem na dworze, bez zbędnych przygotowań, można wyskoczyć po pietruszkę albo szczypiorek . tam po prostu pojęcie domu rozszerza się jeszcze o ogród.
  Ale może jeszcze ten dzisiejszy dzień nie jest stracony. W perspektywie zajęcia, kilka usmiechów do mnie i ode mnie, kilka prac do poprawy , a wieczorem - książka:-]. Opatulę się kocem na kanapie i zapomnę o reszcie świata. Mam nadzieję, że kryminał będzie ciekawy i sensowny. Właśnie listonosz dostarczył. A teraz chciał nie chciał -do roboty.papa

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Po niedzieli

niedziela, 22 listopada 2009 23:16
Dziś było pięknie, wczoraj też. Byłam na wsi i cieszyłam się słońcem i ciepłem listopadowego dnia. Niektóre rośliny są "zdezorientowane" i kwitną jak na wiosnę - u mnie maczek kalifornijski i nagietki. Także pięknie rozkwitły (w końcu) jak najbardziej jesienne chryzantemy, które u mnie na 1.11 miały tylko małe pączki. Dziś widziałam spacerującego wolno ślicznego pana bażanta i dwie podfruwające, szare bażancie panie. Ach, gdybym tam mieszkała na stałe, to miałabym co robić jeszcze w ogródku. Chwasty rosną w najlepsze. Ale nie mieszkam, a w jeden , czy nawet dwa dni nie będę się forsować, szkoda zdrowia. W takie ładne słoneczne dni ta wieś wydaje się być całkiem przyjazna. A jak jeszcze odwiedzają mnie mili goście, koleżanka, syn, rodzice, to jest sympatycznie. 
 Ale jak zaczną się szarugi, deszcze, słoty, potem zimne, szare, krótkie dni, monotonnie jednostajne, z daleka od mojego świata, jak ja tam wytrzymam?  Jeszcze nie potrafię myśleć o wsi jak o moim świecie. Najbliższa "pokrewna dusza" mieszka 10 km stamtąd. Inni jeszcze dalej.
 Ale jest pociecha. Jestem "bliżej" świata. Wolno, ale dość przyzwoicie działa mi internet bezprzewodowy na wsi. Po podłączeniu dodatkowej antenki do internetowego "ustrojstwa" (żeby nie robić reklamy mojemu operatorowi, ale nie jest to Orange ani nic związanego z TePsą) mogę korzystać z netu. Ale nie wiem ile mogę. Na razie tylko czytałam, nie wysyłałam nic. Przy dłuższym pobycie będę też pisać. Ponoć, jak się wykorzysta swój zakres informacji, swój abonament, to tylko radykalnie zwalnia się czas transmisji, czyli powinnam zauważyć, kiedy to nastąpi. I to tyle na dziś. Miłego tygodnia wszystkim. Dobranoc.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Nie dać się

poniedziałek, 16 listopada 2009 11:41
Wczoraj spotkałam znajomą. Mieszka w sąsiednim bloku. Zawsze, gdy ją widzę uśmiecham się do niej, a ona do mnie i dusza moja się uśmiecha. Dlaczego? Przez krótki czas pracowałyśmy razem, do tego znałyśmy sie z widzenia, z sąsiedztwa. A któregoś razu spotkałyśmy się w tramwaju (a było to już około 20 lat temu). Oczywiście pytania grzecznościowe: jak zdrowie i kobieta "pękła". "Mam raka piersi" usłyszałam. I pani opowiedziała mi, że właśnie wraca z naświetlań, że bardzo się ich boi, tej ciemnej rury, w której musi tkwić i boi się przyszłości, ale nie podda się. To wyznanie wstrząsnęło mną. Życzyłam jej z całego serca zdrowia i zwycięstwa z chorobą. Więc gdy ją widzę w zdrowiu, wiem, że zwyciężyła. Pani jest sporo starsza ode mnie, odchowała córkę i syna, cieszy się wnukami. Róbcie dziewczyny badania profilaktyczne, nie wrzucajcie zaproszeń na nie do kosza. Nie chowajcie głowy w piasek, nie myślcie fatalistycznie, że lepiej nie wiedzieć, że nikt nie pomoże. Może jestem zbytnią optymistką w tym względzie, ale ponoć optymiści są zdrowsi. W każdym razie spotkania z sąsiadką zawsze napawają mnie optymizmem.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Jak co roku

środa, 11 listopada 2009 15:44

Jak co roku w Poznaniu i u mnie obżarstwo: rogale, rogale, ROGALE! Tym razem zajadamy się rogalami już od piątku, komercja przepchnęła trochę tradycję i rogale, te świętomarcińskie cukiernicy zaczęli wypiekać już z tygodniowym wyprzedzeniem (ale oczywiście codziennie świeże). No to korzystam z okazji, bo uwielbiam ten smak. Jutro już nigdzie rogali (świeżych)tych z certyfikatemoryginalności,  nie będzie, najwyżej te, które zostaną. Ale mimo kryzysu, mimo cen (od 25 -45 zł za kilogram,  średnio ok5 zł za rogal) rogale znikają, jak przysłowiowe ciepłe bułki, bo cukiernie mają dziś pozwolenie na handel rogalami właśnie. A jeszcze dwadzieścia lat temu 11.11 był zwykłym dniem roboczym i tylko w ten jeden dzień sprzedawano rogale, kupowało się je do pracy, zjadało wspólnie z koleżankami, potem w drodze do domu w kolejnych piekarniach nastepne rogale (w każdej miały nieco inny smak)i jadło sie je z domownikami.
  Ja też, całkiem wyjątkowo, upiekłam rogaliki z nadzieniem orzechowym, żeby tradycji stało sie zadość. Bo na podwieczorek przychodzi do mnie wnuś (jutro ma imieniny, ale ja pracuję do późna, więc dziś świętujemy).
 Według starej tradycji na Marcina jadało się na obiad gęś pieczoną, z pyzami (drożdżowymi) i gotowaną modrą kapustą. U mnie w domu wszyscy lubią pyzy (ja zjem, ale nie przepadam) i modrą kapustę na ciepło (ja też nie za bardzo), ale gęsi, to chyba jeszcze nie jadłam (może  w restauracji kawałek). Za to często dość zjadamy kaczkę. To typowo zimowe danie, sycące i dość tłuste, i dobrze sie sprawdza, jako odświętny obiad - wszyscy lubią, nikt nie ma zastrzeżeń (a ja zjem, co lubię kiedy indziej).
 No, to szybko biegnę wydać i zjeść nasz świąteczny obiad, i czekam na gości.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

piątek, 24 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  2 288 311  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2288311

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl