Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 554 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Oto on - artykulik

sobota, 27 listopada 2010 22:31

A oto moja pierwsza próba dziennikarska. Niestety, nie zeskanuję z gazetki, ale zapewniam, że bardzo ładnie został ten tekst wydrukowany.

Leczo? Jak najbardziej!

Jesień za oknem i w kuchni także jesień. Bogactwo jarzyn w sklepach i ogrodach. To całe jesienne bogactwo mogę szybko i bez specjalnego trudu zamienić w pyszne dania. Bardzo lubię wszelkie mieszanki warzywne na ciepło, bo można je przygotować w krótkim czasie. Kilka dni temu znajomi z drugiego końca Polski zamówili się z krótką wizytą, mieli wpaść po drodze, na podwieczorek. Czekałam cierpliwie z kawą i ciastem do piątej. Potem pomyślałam sobie, że słodkie słodkim, ale może będą głodni, trzeba zrobić coś ciepłego, na kolację. Rozejrzałam się po moim gospodarstwie, wzięłam średnią cukinię, paprykę, cebulę i czosnek, kilka pomidorów, kawałek krakowskiej i wszystko pokroiłam w kostkę, Rozgrzałam olej w rondlu, wrzuciłam wszystkie składniki, posoliłam, dodałam szczyptę pieprzu i oregano, wszystko wymieszałam i przykryłam pokrywką ( co jakiś czas mieszałam). Goście zjawili się po jakichś 40 minutach. Danie było już ugotowane (a dokładniej - uduszone). Kiedy podałam warzywka na kolację, koleżanka zauważyła :„o ,leczo”. Niby tak, ale nie dla mnie. U nas przyjęto takie różne potrawy warzywne z papryką nazywać „leczo”. Niektórzy podobne mieszanki nazywają ratatuja albo jambalaya (każda z tych potraw ma wiele wariantów i odmian). Ale ratatuja to potrawa prowansalska (fr.ratatouille - niewyszukane danie) i powinna mieć w swoim składzie bakłażan oraz dużo ziół, prowansalskich, oczywiście. Natomiast jambalaya (dżambalaja)to potrawa kreolska, z rejonu Morza Karaibskiego, tu też są pomidory i papryka, cebula i ryż, mięso i kiełbasa, ale w niektórych wersjach zamiast mięsa daje się krewetki ( na codziennym polskim stole to pewna ekstrawagancja, także cenowa). A prawdziwe leczo(węg, lecso) to potrawa węgierska. Oto co znalazłam na stronie internetowej „Węgry od kuchni”: „Lecsó jest typowym węgierskim daniem, bazującym na składnikach roślinnych i przygotowywanym z papryki, cebuli i pomidorów. Lecsó bardzo często traktowane jest przez Węgrów jako przetwór na zimę(...). Gotową mieszaninę papryki, pomidorów i cebuli pasteryzuje się w zwykłych domowych słoikach, kładąc na wierzchu po odrobinie tłuszczu, pomagającego w konserwacji potrawy. Słoiki owija się w papier i przechowuje w chłodnej spiżarni. Lecsó można również zamrażać, bez szkody dla jego wyśmienitego smaku i aromatu”. Ja mam osobiste wspomnienia związane z tym smacznym daniem. Dawno temu, w moich szkolnych czasach byłam z rodzicami na Węgrzech, u węgierskich znajomych. Nasza gospodyni bardzo smacznie gotowała. Nam bardzo zasmakowało szybkie i proste danie z papryką (40 lat temu w Polsce słodka papryka była rzadkością w sklepach i w menu). Moja mama dostała przepis od naszej Węgierki, a ja przejęłam go od mamy i czasami gotuję „prawdziwe” węgierskie leczo. A oto leczo cioci Ince: 2 cebule 1 łyżka oleju 0,5 kg papryki 3 duże pomidory bez skórki 4 łyżki ryżu - 1 łyżka na osobę 4 jajka 4 parówkowe (lub inna kiełbasa) sól do smaku, szczypta ostrej papryki w proszku Cebule zeszklić na oleju, papryki pokroić wzdłuż, dusić z cebulą , dodać pomidory, rozgotować, ryż ugotować oddzielnie na sypko, dodać do papryki, parówkową pokroić w kostkę, dodać, doprawić solą i ostrą papryką, na koniec wbić jajka (które zagęszczą potrawę) i dokładnie wymieszać. Jeszcze chwilę pozostawić na małym ogniu. Gotowe. Życzę wszystkim smacznego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

W gazecie

piątek, 26 listopada 2010 16:26

Ach, jakie to miłe uczucie, zobaczyc swój artykuł w gazecie, z nazwiskiem:-). Zapewne nie we wszystkich gminach w Polsce ukazują się regularnie gazety.  A w mojej gminie i owszem. Gazeta jest lokalnym miesiecznikiem, szacownym i zasłużonym. Służy mieszkańcom radą i informacjami już 20 lat. Bardzo mi miło, że mogę współpracować z nią. Pierwszy raz (tak mi pamięć podpowiada) jestem w gazecie wydrukowana, jako autorka artykułu. Wcześniej zdarzało się, że pisałam do gazet , jako czytelniczka i cytowano fragmenty moich listów (ale tylko ja wiedziałam, że to mój list). Teraz poczułam się jak "pani redaktor". To przyjemne nowe doświadczenie życiowe. Wraz z emeryturą życie sie nie kończy. Nie. Dla mnie emerytura to wolność od rutyny i schematów. To nowe, ciekawe sposoby realizowania siebie. A to dopiero poczatek. Oby tak dalej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Nie poszłam

niedziela, 21 listopada 2010 16:27

Drugi raz w życiu nie poszłam świadomie na wybory. Czyli jestem i tak bardzo zdyscyplinowaną osobą. A pierwszy raz nie poszłam, kiedy miałam decydować , czy prezydentem ma zostać Wałęsa, czy Tymiński. Nie podobał mi się żaden z nich i zostawiłam tę decyzję innym. A teraz moja absencja nie ma chyba wiele wspólnego z polityką. Póki jestem , z powodu zameldowania, przypisana do określonego okręgu wyborczego, to muszę głosować w tym okregu, na ludzi, którzy chcą działać na terenie owego okręgu i miasta. Jeśli ja nie zamierzam w najbliższej przyszłości mieszkać tam, gdzie jestem teraz zameldowana, nie znam zupełnie kandydatów na radnych, nigdy o nich wcześniej nie słyszałam, nie specjalnie mnie obchodzi, co będzie się działo w obecnym miejscu zameldowania, to po co mam głosować? I gdybym chociaż była w pobliżu lokalu wyborczego! Ale dzieli mnie od niego ok.30km i szkoda mi czasu i benzyny, tylko po to,  żeby wypełnić"obywatelski obowiązek". Natomiast  tu na wsi kandydat na radnego odwiedził nas osobiście, z prośbą o poparcie. I mimo, że powiedzieliśmy, że, niestety, nie możemy na niego głosować, bo nie jesteśmy uprawnieni, to sobie sympatycznie porozmawialiśmy. I , jeśli zostanie wybrany go na radnego, to" zawsze możemy do niego przyjść i zgłosić nasze postulaty i uwagi". To sie nazywa - osobista kampania wyborcza. I słusznie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Miejsca

piątek, 19 listopada 2010 11:45

Tak to wygląda po wklejeniu z Worda.Na razie ładniej nie umiem, ale sie uczę.

 

Teraz mam czas i lubię wyjazdy. Nie miałam żadnego planu, była okazja, to pojechałam. Niektóre miejsca w Polsce lubię. Jest bardzo dużo takich miejsc. Na pewno większość miejsc jest piękniejsza w ładnej porze roku, tej słonecznej i zielonej. Ale nie wybrzydzam. jeśli jest okazja, to i środek szarego listopada jest dobry na spotkanie z miejscami. Byłam w Lesznie. Dla mnie - urocze miasto. Ma piękny Rynek, piękny Ratusz na środku Rynku, duży park wodny (bodajże pierwszy w Polsce), ma dużo cukierni, kilka sympatycznych kawiarni, sporo ciekawych sklepów, kilka cennych zabytków architektury, latem - dużo zieleni. I ma swój klimat, no i wspomnienia z dzieciństwa. Bardzo lubię tam bywać, wracać. To "moja" część Wielkopolski. Chyba dla nikogo z odwiedzających blog nie jest tajemnicą, że jestem łasuchem. Poświęcę każde mięso (no może zastanowiłabym się nad oddaniem schabowego) na rzecz smacznego ciasta, deseru. I uwielbiam przytulne małe kawiarenki, gdzie pachnie dobrą kawą i świeżym ciastem. Gdzie można siedzieć godzinami i nikt nie będzie przeszkadzał i ja nie będę przeszkadzać. A jeszcze siedzieć i rozmawiać z kimś sympatycznym i życzliwym, to dopiero przyjemność. Tak było w Lesznie. I jak tu nie lubić takiego miasta? Nie było tak w Katowicach. Przepraszam wszystkich, którzy kochają Katowice. Ja nie kocham. Dziwne," biedne" miasto, które nie ma centrum. Kiedyś widziałam część Katowic "po drugiej stronie torów", ładna, przedwojenna zabudowa i nawet bardzo miła kawiarnia. Tym razem nie miałam okazji być po tamtej stronie, czyli po stronie przeciwnej niż " rynek". Rynek, w nazwie tego miejsca, to spore nadużycie. To nic nie jest, jakiś mdły plac z torowiskiem tramwajowym i taką plątanina jezdni , po których nie można jeździć (zakaz ruchu), że zupełnie nie rozumiem po co tam one, lepiej zrobiliby tam skwer. A jak autem przejechać z jednej strony ulicy Korfantego, na drugą, to dla zmotoryzowanego przyjezdnego absolutna zagadka i horror. Tak "uspokoili" ruch, że zupełnie go zapętlili. A wieczorem, w końcu nie tak późno ok 19.30 miasto wyglądało jak wyludnione. W centrum. Był deptak, krótka uliczka Stawowa, tam było parę lokali, trochę młodzieży, ale ogólnie smętnie. Żadnej przytulnej kawiarenki w najbliższej okolicy, restauracja - jedna i do tego zatłoczona (i "dopiero" poszukująca kucharza, co oni tam serwują?) .W dzień postawiłam na kulturę i edukację własną, wybrałam się do Muzeum Śląskiego. Warto zobaczyć (chociaż od człowieka bywałego w świecie słyszałam, że muzea, to strata czasu, wszędzie podobne eksponaty, nie warto tym obciążać pamięci). Ja akurat miałam nadmiar wolnego czasu, nie nastawiłam się na zakupy, a jako emerytka mam ulgowy bilet do muzeów, to skorzystałam z okazji. Trafiłam na ciekawe wystawy czasowe: skarby średniowiecza, Eros naiwny i Jerzego Dudy-Gracza impresje malarskie na tematy utworów Chopina. Przyjemnie spędzony czas. Ale do Katowic już nie pojadę, mam ogólne wyobrażenie o mieście i nie jest to "moje " miasto, nie dla turystów, zwłaszcza nie w listopadzie. Ogólnie było nieźle, nie musiałam gotować, zmywać, sprzątać. Moje ręce doszły do siebie, już prawie nie bolą. Znów mogę brać się do prac domowych (niestety, bo okropnie mi się nic nie chce ostatnio). P.s. Znów nie umiem wstawiać zdjęć. Może ktoś podpowie? Z góry dziękuję. P.s. Znów problem z publikacja tekstu, naprawdę to może zniechęcić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Iść, ciągle iść w stronę słońca...

niedziela, 14 listopada 2010 20:32

Tak sobie dziś zaśpiewałam. Poszłam na spacer, a właściwie dość szybki marsz, w pole. Idąc polną drogą, wśród pustych pól  napawałam się, cieszyłam ciepłem, słońcem, ciszą i spokojem. Piękny dzień! Nadspodziewanie piękny, po wczorajszej jesiennej szarudze. Jak wczesną wiosną: część pól zaorana, na części rośnie ozime żyto i rzepak, tylko sucha kukurydza na ziarno przypomina, że to jesień, całkiem późna jesień. Jakie to dla mnie wspaniałe uczucie: stać sobie tak  na wielkim polu, tylko przyroda i ja. I ta piosenka, co w tytule i jej dalsze słowa:

Iść, ciągle być w tej podróży, którą ludzie prozaicznie życiem zwą

Iść, ciągle iść, jak najdłużej, za plecami mieć nadciągającą noc...

Właśnie tak...

                                      


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 615  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513615

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl