Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 554 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Już dobrze

wtorek, 27 listopada 2012 0:09

Czuję się zdrowa i nie kaszlę. Dziś skończyłam brać antybiotyk. Niby ubocznego działania nie ma, bo żadnych sensacji nie było, ale zupełnie straciłam smak, wszystko czuję gorzkie. Całe szczęście, że już koniec, bo przecież jedzenie, to jedna z życiowych przyjemności (dla mnie tak), a ostatnio została mi ta przyjemność odebrana na tydzień. Teraz już bedę wracać szybko do normalnego odczuwania smaków (mam nadzieję).

 Mój syn wrócił z Karaibów (był na Sint Maarten, indywidualnie), pełen wrażeń. Ale stwierdził, że trochę mu szkoda tej "kasy", bo może trochę inne rośliny, trochę inne ptaki, trochę inne domy, ale ludzie tacy sami (bez względu na kolor skóry), jak u nas. No, pewnie. Nawet w książkach fantasy (tych dobrych) ludzie mają takie same problemy i radości, jak my. Ja bym pewnie była zafascynowana tą inna przyrodą, a syn nawet nie popływał w morzu, bo "nie lubi sie moczyć". Ach, ci mężczyźni. Cieszę się, że wrócił cały i zdrowy z tej drugiej półkuli.

   A "Ciemną stronę Greya" przeczytałam . Była nawet bardziej "harlekinowa" niż pierwsza część. Gładko się czyta, tym razem jest o wielkiej miłości i jeszcze większym pożądaniu i oczywiście literalnie o zaspokajaniu owego pożądania (często w sposób kontrowersyjny). No i to bywa czasem nudne, bo ile razy można czytać  wciąż o tym samym (słowo "jęczeć" w różnych formach gramatycznych pojawia się niezliczoną ilość razy).  Książka kończy się zaręczynami. To w trzeciej części będzie chyba ślub?  Ale kto wie? Chyba ci, co przeczytali książkę w oryginale. Poczekamy do stycznia. Ale kupować książki nie będę, szkoda kasy.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Rozgorączkowana

wtorek, 20 listopada 2012 21:12

Wyraźnie odczułam prawie już miesiąc temu, że moja odporność mnie opuściła. Rozchorowałam się na jakąś infekcję grypopodobną drugi raz w tym roku. A poprzednimi laty nie chorowałam wcale (około 6 lat). A teraz "na pochyłe drzewo" wszystkie mikroby skaczą. Przestałam kaszleć, znów trochę zaczęłam. W końcu dotarłam do lekarza domowego. I okazało się, że się doigrałam: zapalenie oskrzeli. Jakim cudem? W zasadzie nic mi nie jest. Trochę czasem zakaszlę i gardło mam nadal nieswoje. Ale żeby aż taka poważna infekcja? I niby co, mam leżeć w łóżku (dostałam antybiotyk)? Ja bardzo chętnie, ale nie czuję się chora. Może mam lekki stan podgorączkowy, ale to może na skutek czytania "50 twarzy Greya". Dostałam do przeczytania i połknęłam w dwa dni, a oderwać sie do domowych zajęć było bardzo ciężko. Chociaż treści zawarte w książce są dla mnie jak " inna galaktyka" i  wszelkiego seksu jest tam zdecydowanie za dużo, szczególonie opisów seksu "niestandardowego" (mówiąc delikatnie), to pani EL James pisze wartko, ciekawie i delikatnie (wątpię, czy mężczyzna byłby w stanie tak sprawy ująć). No i przekonująco. Jest wiarygodna. Zwłaszcza na zakończenie pierwszej części trylogii ( i po pierwszym szoku nie wydaje się być pornograficzna).  Byłby z tego "harlekin", gdyby nie "trudna " tematyka i prawda psychologiczna. To też rzecz o tolerancji i jej granicach. Zawsze fascynowały mnie ludzkie zachowania, reakcje na różne sytuacje. Ale aż się boję drugiej części: "Ciemniejszej strony Greya" . Czy może być jeszcze ciemniejsza, niż w części pierwszej? Litości! Będę jak główna bohaterka, narratorka, z emocją , strachem i niecierpliwością tropić dalsze losy jej i Greya. A potem pewnie z utęsknieniem czekać na trzeci tom trylogii, który ma się ukazać dopiero na poczatku przyszłego roku. A od mojej australijskiej szwagierki, która zna już całą trylogię, dowiedziałam się tylko, że zakończenie jest zaskakujące i nie takie, jakiego by się oczekiwało.??? Czyżby nie mieli na koniec młodzi żyć "długo i szczęśliwie"? A może po przeczytaniu drugiej części zniechęcona rzucę ze złością książkę i nie zechcę nic już o panu Greyu słyszeć?  Okażę sie wkrótce. I dam znać. A teraz z chęcią "zakotwiczę w łóżku i będę się kurować, z książką w ręku.:-)



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Rogale, rogaliki

piątek, 09 listopada 2012 22:57

W Poznaniu na Marcina (11.11) piecze się rogale od zamierzchłych czasów. Pamiętam w dzieciństwie i młodości (czasów socjalistycznych) tę atrakcję, jaką były rogale Marcińskie właśnie 11 listopada. Tylko w tym jednym dniu można  było je kupić we wszystkich piekarniach, cukierniach i sklepach spożywczych Poznania. A był to najczęściej dzień roboczy, więc z kupnem w sklepie nie było problemu. Gdy Marcina wypadało w niedzielę, jak w tym roku, to rogale pojawiały się w sobotę, bo przecież w niedzielę wszystko było zamknięte. A 12.11 nigdzie już nie było śladu po rogalach. I trzeba było czekać cały rok na kolejne. A że zawsze były dość drogie, to najczęściej  czułam niedosyt, mogłabym je jeść i jeść, codziennie.

 W naszych dzisiejszych czasach dobrobytu i nadmiaru także rogale marcińskie są obecne w wielu poznańskich cukierniach przez cały rok (dlatego tak do nich nie tęsknię już).  i jeśli już nazywają się "Świętomarcińskie", to muszą spełniać normy, muszą mieć certyfikat. Nie wystarczy, że mają ciasto pólfrancuskie i nadzienie z białego maku, i są posypane orzechami. Jest jeszcze jedno kryterium. Muszą być duże. W końcu to rogale, a nie rogaliki. Żeby nazywać się Świętomarcińskim trzeba ważyć więcej niż 200g. Jak się takiego rogala zje, to na drugiego już raczej nie ma się ochoty, w każdym razie przez pewien czas. Więc na spotkaniach towarzyskich te duże rogale kroi się na mniejsze kawałki. A robi się je takie wielkie, bo taka jest tradycja. Bardzo byłam zadowolona, kiedy w połowie października w naszej miasteczkowej cukierni mogłam kupić rogalki marcinkowe. To moja prywatna nazwa. Pani cukiernikowa (żona cukiernika) tłumaczyła, że to już właściwie są rogale marcińskie , ale jeszcze nie mogą sie tak nazywać , bo są za małe, a oni mają certyfikat i muszą przestrzegać norm. Ja byłam bardzo rada, że rogale sa nieco mniejsze i cena też (dzieki temu, że bez certyfikatu). Kupiłam wtedy prawie kilogram (zawsze są na wagę), 6 sztuk i wreszcie mogłam jeść do woli (bez obaw, nie jadłam ich sama).

 Teraz przez dwa tygodnie nie wychodziłam z domu i zapomniałam o tym rogalowym "festiwalu", który na pewno trwa w cukierniach Poznania i okolicy. Mam nadzieję, że jutro kupię jeszcze jakieś firmowe rogale, mają niepowtarzalny smak, nie jestem w stanie ich podrobić (i skad wziąć biały mak?). No i to przecież tradycja i wspomnienia. Wtedy wstawię tu odpowiednie zdjęcie.

Dziś tylko moje  rogaliki. To są Witusiowe rogaliki. Jutro idę na imieniny mojego wnuczka (Witolda 12.11) i upiekłam drożdżowe rogaliki z masą makową i z marcepanem. Nie są najładniejsze, nie mam uzdolnień manualnych, ale one nie są do oglądania, tylko do jedzenia. I smaczne są:-D. Wiem, że moje wnuki to docenią.

 

 

A oto rogale Świętomarcińskie (dziś , w sobotę, u moich Dzieci).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Z "nominowania"

czwartek, 08 listopada 2012 17:56

 Jola - Nagietek wyciągnęła mnie ze "skorupy", "nominując" do odpowiedzi na kilka pytań. Dziękuję. Czemu nie?

Tylko ja, wredna taka, przerwę łańcuszek, zawsze byłam "łamiłańcuszkiem", nie zaproszę miłych blogowych znajomych do zabawy.  Nie znoszę wartościowania, oceniania, porównywania, wszelkie odcienie rywalizacji są mi niemiłe (jakbym z góry zakładała swoją przegraną, a przegrywać z z klasą nie potrafię). Kogo nominować w pierwszej kolejnosci, kogo później? Nie, proszę nie wymagać tego ode mnie. 

 No i coraz mnie mniej na blogu. Może zimą częściej tu i u znajomych zagoszczę.

A Teraz odpowiedzi, szczere dzisiaj. Ale czy na wszystkie pytania odpowiedziałabym za miesiąc tak samo? Nie wiem.

1.Ulubiony numer - 17 (dzień moich urodzin)

2. Ulubiony napój bezalkoholowy - zielona herbata (bez cukru)

3. Ulubione zwierzę - oczywiście KOT

4.Ulubione pasje - jestem osobą "letnią", ale lubię pasjami czytać kryminały, nie tylko po polsku, oglądać niemieckie seriale kryminalne po niemiecku, uprawiać kwiaty w moim ogródku, pisać listy, zwiedzać Polskę i śpiewać w chórze.

5.Dzień tygodnia - piątek (jestem dzieckiem piątku)

6.Facebook -formalnie tak, ale w praktyce nie ma mnie tam, Twitter - a co to takiego?

7. Ulubiony kwiat - banalnie: róża dowolnego koloru.

p.s Ale jeszcze nie jestem do końca zdrowa, długo to trwa. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Niic, nic...

niedziela, 04 listopada 2012 23:59

Otóż to, nie dzieje się nic. Schowałam się w skorupie (raka pustelnika), choruję na gardło i przeczekuję. Jak mi się poprawi, to się odezwę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 561  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513561

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl