Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Muzyka współczesna

niedziela, 30 listopada 2014 15:15

Notarii dedykuję

Przygotowujemy  z chórem kilka utworów  kompozytorów współczesnych. Ja z założenia nie lubię muzyki zwanej współczesną. Nie lubię dysonansów, zmian rytmu, ostrych kontrastów dynamicznych. Pod tym względem (i pod paroma innymi też) jestem niepoprawną konserwatystką. Lubię "ładnie", melodyjnie, żeby pieściło ucho (a najlepiej, żeby to był Mozart). Nie słucham utworów współczesnych, nawet nie staram się ich polubić (bo im częściej słuchamy, tym bardziej lubimy, na zasadzie "znacie, to posłuchajcie"). Ale cóż, ćwiczymy z chórem utwory współczesne. Śpiewam w altach (po lewej, patrząc na scenę, to po prawej), pozostałe głosy, siłą rzeczy, słyszę i znam mniej. Nie słysząc całości, tak, jak to słyszy dyrygent, czy słuchacze, oceniam utwór po swojej partii. Ostatnio zauważyłam (albo tak sobie wmówiłam), że partia altowa w utworach współczesnych jest ładniejsza i ciekawsza niż sopranowa. Im dłużej ćwiczymy te współczesne utwory, tym lepiej je poznaję i tym bardziej mi się podobają. Już w zeszłym roku śpiewaliśmy  "O Crux Ave" współczesnego kompozytora łotewskiego Rihardsa Dubry . Zakochałam się w tym utworze, jest cudny. Teraz ćwiczymy Magnificat estońskiego kompozytora Arvo Pa''rta. Na razie śpiewam, bo śpiewam, na razie dla mnie takie sobie, ale już zaczynam sobie podśpiewywać fragmenty. Na razie jestem zadowolona, że alt śpiewa mało. I dobrze(że mało). Śpiewamy też współczesne opracowanie naszej pięknej kolędy "Jezus Malusieńki". To co powstało mogłabym określić mianem "Jezus Maria!". Litościwie nie podam nazwiska kompozytora. No cóż. Ja nie wiem, komu to się spodoba.  Pewnie snobom, którzy stwierdzą, że to coś nowatorskiego. A ludzie na koncercie w kościele i tak nie będą gwizdać. Powstał utwór brzmiący zupełnie inaczej niż klasyk, pierwowzór. "To" jest opracowane bardzo "ludowo", w rytmie kujawiaka z przyśpiewem "dziiź, dziś, dziiź, dziś" . I faktycznie sopran śpiewa melodię kolędy , tylko w innym rytmie, ale pozostałe głosy tak sopranowi "przeszkadzają", że właściwie nie wiadomo, co ten chór śpiewa. Zaciskam zęby i śpiewam , jeden pionek w chórze. Przynajmniej umiem już swoją partię, mogę śpiewać, mechanicznie. Tej wersji nie polubię (uparłam się i nie polubię). Śpiewamy też współczesną , ale już całkiem "dojrzałą" kolędę Francisa Poulenc'a , (on Francuz, a kolęda po łacinie) "Quem Vidistis Pastores Dicite" (Kogo widzieliście pasterze, powiedzcie) z 1952 roku. Ten utwór mi się podoba, lubię go śpiewać, już jest "mój", chociaż ma dysonanse i nie jest gładki i "milutki". Nadal do muzyki współczesnej mam stosunek ambiwalentny, bo jednak nie odrzucam jej w całości. Ale nadal, słuchając na różnych konkursach, koncertach występów innych chórów w utworach współczesnych, nieznanych mi zastanawiam się, co skłania dyrygentów do wyboru takich "gniotów" bez melodii, bez wyrazu, nudnych i zgrzytliwych? Że trudne? Nowe? Ciekawe? (dla kogo?). Ale nie dla słuchaczy, często przypadkowych, niewyrobionych czy dla jurorów? A może dla pozostałej chóralnej braci z innych chórów, która jest szczerze rada, że nie musi czegoś takiego śpiewać. I tu dochodzę do kwestii wyboru repertuaru. Dyrygent jest, jak kapitan na statku, jak dowódca w wojsku. Nie ma dyskusji, nie ma konsultacji: jest utwór, wybór dyrygenta i trzeba śpiewać. I nie ma znaczenia, że chór jest amatorski i w zasadzie nikogo do niczego się nie zmusza. Po to przyszłaś do chóru, żeby śpiewać, co ci zadadzą. I jakie to szczęście, że nasza pani dyrygent ma świetny gust i znajduje nam utwory przyjemne do śpiewania i słuchania. Inaczej musiałabym się buntować. A tak tylko sobie trochę pomarudzę;).    

P.s Teraz będę kombinować, jak z YouTube wstawić tu choćby Magnificat. To potrwa. Dubra kiedyś już był wstawiony w którymś wpisie. W najgorszym razie w styczniu, po koncertach będę miała nasze nagrania i wstawię na blog;)

P.s,p.s

Bardzo przepraszam panie, których komentarze zniknęły pod poprzednim wpisem. Tak niefortunnie usuwałam spam, że dwa komentarze "zniknęły" wbrew moim intencjom. Ale przeczytałam je i dziękuję, Czesiu i Notario.    


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jest taka ulica

środa, 26 listopada 2014 0:00

 Dla moich dzieci

 Ulica Chociszewskiego na poznańskim Łazarzu zawsze budzi we mnie ciepłe uczucia. Już sama nazwa brzmi jak hasło do wspomnień. Józef Chociszewski, patron ulicy, długo pozostawał dla mnie zagadką. Rosnące młode pokolenie zapewne zdziwi się i zapyta :"a nie mogłaś zajrzeć do Wikipedii, babciu?" W encyklopedii znalazłam informację, że Chociszewski, urodzony we wsi Chełst w powiecie czarnkowskim, w północnej Wielkopolsce był wydawcą, redaktorem, działaczem ludowym i słowianofilem. Działał w Poznaniu, Inowrocławiu, Gnieźnie (tu są ulice jego imienia). Zmarł w 1914 roku.  Ulica Chociszewskiego , jak ją pamiętam, bardzo niewiele zmieniła się w przeciągu ostatnich lat. Ulicę nadal pokrywa wspaniały, zapewne już zabytkowy bazaltowy bruk. Nie znam innej ulicy z taką nawierzchnią w Poznaniu. Kilkanaście lat temu wymieniono  stare, zniszczone krawężniki na nowe, jakieś nowatorski, eksperyment z Politechniki Poznańskiej, niewysokie, zaokrąglone, gładkie i bardzo wytrzymałe. Stale trwają w niezmiennym dobrym stanie.   Południowa strona ulicy, to stare przedwojenne kilkurodzinne domy - klocki. Na tej stronie ulicy, liczącej nie więcej niż 60 numerów, zbudowano zaledwie dwa, czy trzy nowe bloki za mojej pamięci, ostatni w latach siedemdziesiątych. A są tu jeszcze dwa domy w ogrodach, aż dziw, że się jeszcze ostały.  Po północnej stronie zbudowano bloki w początku lat pięćdziesiątych, a potem jeszcze dwa domy w latach sześćdziesiątych. W tych wszystkich blokach nie ma sklepów. Na całej ulicy (długości dwóch przystanków autobusowych) są 3 czy 4 sklepy. Jest natomiast poczta "od zawsze", czyli od lat 50-tych, jest magiel elektryczny od lat sześćdziesiątych,  jakiś pub, który wygląda na zupełnie "nieużywany" (tam kiedyś było mieszkanie na parterze), są jakiś nowe agencje ubezpieczeniowe (też w dawnych mieszkaniach). W starych blokach był kiedyś magiel mechaniczny, taki z ciężkimi drewnianymi wałkami i wielką machiną. Pamiętam, że chodziłam tam z rodzicami "pomagać" w maglowaniu. Czy to możliwe, że jeździłam na tych drewnianych wałkach? Ale  takie właśnie mam mgliste wspomnienia. W jednym ze starych domów był szewc, przez wiele lat ten sam. Przetrwał chyba z 40 lat. Już za kapitalistycznych czasów lokal kilka razy zmieniał branżę. Teraz od paru lat są tam artykuły biurowe i punkt ksero. Na rogu  ulicy Jarochowskiego  (historyk, publicysta, współzałożyciel Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk) przez 40 lat była piekarnia, sklep z pieczywem i ciastkami. Babunia dawała mi 2 złote i szłam po bułkę wrocławską. Pamiętam, że chleb Wielkopolski (800g) kosztował 3.80, a chleb Praski (1 kg) - 4 złote. Drożdżówki, pączki i ciastka tortowe kosztowały 2 zł za sztukę.  Od dwudziestu lat jest tam rzeźnik.  Ulicą jeździ autobus jednej tylko linii (64),trasy się nieco modyfikowały przez te 50 lat kursowania autobusu, ale przystanki są nadal w tych samych miejscach i przez te wszystkie lata tylko jeden z nich doczekał się nowej wiaty i krzesełek, parę lat temu. Mimo autobusu ulica jest cicha i spokojna, jak przed laty ruch na ulicy jest niewielki. Jakby czas tu przystanął, żeby trochę odpocząć. Mieszkają tu w większości starsi ludzie, wiekowi, jak ich mieszkania lub ich wnuki, którym na dorobku muszą wystarczyć 2 pokoje (taki socjalistyczny standard lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych). Ostatnio i ja przystanęłam i poczułam się zawieszona w czasie i przestrzeni. 

 Jest taka ulica, trwa. Ulica mojego dzieciństwa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pożegnanie Złotej Jesieni

czwartek, 13 listopada 2014 18:32

Z dnia na dzień coraz mniej liści na drzewach, coraz więcej mgieł i wilgoci w powietrzu, słońce takie blade. Ale ja nie narzekam, ja się niezwykle cieszę, że ta jesień Złota tak długo trwa. I jako odwieczna pesymistka już martwię się na zapas tymi spodziewanymi lada dzień deszczami i szarugami.

 Szedł listopad przez wieś w drogę

 Och, jak sucho, już nie mogę.

 Jak potrwają takie susze

 To na pewno się uduszę.

 Panie Deszczu, pani Słoto 

 Proszę tutaj zrobić błoto!

 Proszę wody nalać dużo,

Co dwa kroki trzy kałuże.

To wiersz Lucyny Krzemienieckiej  ze zbiorku " Malowany Wózek", z czasów mojego dzieciństwa. Być może zacytowany nie dość wiernie, ale tak go zapamiętałam z czasów, gdy czytałam go moim dzieciom.

A może słoty nas ominą i od razu przyjdzie prawdziwa zima? Już nie wiem sama, co gorsze (albo lepsze, jakby powiedział optymista).

A tak odchodzi jesień drogą na południe:

DSCN0409.JPG

 

DSCN0408.JPG

 

I tylko kwiatów żal, bo cały czas chcą kwitnąć.

DSCN0411.JPG

dzisiejszy bukiecik.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Jesień w ogrodzie

poniedziałek, 03 listopada 2014 14:32

Taki leń mnie ogarnął, odkładałam prace w ogrodzie na "jutro", na lepszą pogodę, a potem się martwiłam, że przyjdą przymrozki, a ja nie zdążę przygotować ogrodu na następny sezon. Staram się, żeby mój ogród był maksymalnie "bezobsługowy". Niby lubię grzebać w ziemi, ale nie lubię się męczyć. Najbardziej lubię chodzić sobie po moich "włościach" i patrzeć, jak rośnie, kwitnie, owocuje. No, a żeby móc sobie tak z satysfakcją chodzić, to trzeba trochę sił i czasu  wcześniej poświęcić. A jesienią trzeba już myśleć o wiośnie. Taki mamy klimat, że  rośliny w zimie marzną. Staramy sie przechytrzyć przyrodę, sadzimy na lato egzoty z tropików, pięknie nam rosną i kwitną latem, ale przed zimą musimy je wykopywać i chronić przed mrozem (np. kanna). Są też byliny niezimujące w gruncie (dalie) i kwiaty z cebul, wrażliwe na mrozy (gladiole, geltonie, ismeny). Zżymam się na tę "robotę głupiego" : sadzenie, wykopywanie i tak co roku. Ale nie chcę zrezygnować z  przepięknych dali, których mam kilka odmian w różnych kolorach i formach (pomponowe, igiełkowe, pierzaste) i które  kwitną obficie całe lato, nawet teraz jeszcze(liście zmarzły, a kwiaty zostały). A cebulowe, to tradycja rodzinna i żal ją przerywać. Więc wykopałam kilkanaście karp i jeszcze więcej cebul. Suszą się teraz na słonku (tak dziś pięknie świeci). A jeszcze czeka na wykopanie reszta gladioli  i krokosmie ( które w Szkocji zimują, ale w Polsce mogą zmarznąć, wolę nie ryzykować). Jedne rośliny wykopywałam, a inne sadziłam. Bardzo lubię żonkile, ale do tej pory nie udawało mi się ich dochować. Przepadały gdzieś pojedyncze cebulki, nie dane mi było się nimi cieszyć dłużej. Teraz posadziłam około 30 cebulek kilku odmian na nowym poletku - klombie. Zobaczymy na wiosnę, co mi wyrośnie. I tradycyjnie dosadziłam kilkanaście cebulek tulipanowych do tych, które są w ziemi od zeszłego sezonu. Jeszcze czeka mnie wycięcie zasuszonych słoneczniczków i rudbekii, zrobienie kopczyków ziemnych wkoło róż i wrażliwszych krzewów. to może jeszcze poczekać.  Dzisiaj pogoda sprzyjała,  pięknie świeci słońce, jest całkiem ciepło i  ta praca na świeżym powietrzu była  przyjemnością i myślę, że wyjdzie mi na zdrowie. Teraz mogę  już z większym spokojem czekać na zimę .

I jeszcze (przed)ostatnie kwiatki, zerwane dziś w ogrodzie (rudbekie, gailardie, nagietki, turki, dalie).

DSCN0400[1].JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Początek Listopada

sobota, 01 listopada 2014 21:58

Na Święto Zmarłych, na Zaduszki przed poznańskimi cmentarzami sprzedają na straganach rury, obok kolorowych pierników i rogali marcińskich (to novum, za moich młodych lat rogale były dopiero na imieniny Marcina, 11 listopada). Rury trudno nawet nazwać ciastkami. To zwarte ciasto, powinno być na miodzie, bez jaj, dość twarde, po upieczeniu formowane na jakiejś "rurze", czyli jakiejś cylindrycznej blasze (bo raczej wątpię, żeby na tej cylindrycznej blasze pieczono te kawałki). O smaku nie będę pisać, Rury, to rury. Dobrze zrobione są smaczne i tyle. I nasze, poznańskie. No i w żadnym sklepie ich nie można kupić. A pojawiają się jeszcze na Boże Ciało i być może na jakichś odpustach. Ale widziałam je tylko w Poznaniu. W okolicy (na mojej wsi, w czasie odpustu) już ich nie znają. 

DSCN0398[1].JPG

 

Dla mnie to symbol tego smutnego (bardzo-w tym roku) święta.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 545 864  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2545864

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl