Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 943 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jak to się zaczęło cz.2

czwartek, 26 listopada 2015 16:58

Nie wiem, jak długo byliśmy na wsi, dziecko nie ma poczucia czasu, zapewne tydzień. Potem pojechaliśmy na wycieczkę na południe NRD. W Erfurcie nocowaliśmy w hotelu. To był jakiś stary hotel w centrum. Spytałam tatę, jak to organizacyjnie rozwiązał. Jak i kiedy zarezerwował noclegi. Okazało się, że niczego wcześniej nie rezerwował, z pewnością siebie beztroskiego czterdziestolatka pojechał z dziesięciolatką "w ciemno". W hotelu oczywiście uswiadomili tatę, że powinien mieć rezerwację z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem. Gdy tato stwierdził, że jest z Polski i nie mógł wiedzieć o rezerwacji, okazało się, że nie ma problemu, dla cudzoziemców są pokoje wolne.  Z Erfurtu pamiętam mgliście jakiś zabytkowy kościół, a całkiem wyraźnie erfurckie ZOO. A najbardziej utkwiły mi w pamięci kozy, takie domowe w różnych kolorach, które tak łapczywie zjadały nasze herbatniki, że nawet opakowanie z folii metalowej zjadły, łakomczuchy. Z Erfurtu zrobiliśmy co najmniej dwie wycieczki kolejowe – do Weimaru i do Meiningen. Weimar – wiadomo niemieccy romantycy: Goethe i Schiller . Ich pomnik stoi na głównym placu miasta. Byliśmy też w Domu – Muzeum Goethego, to pamiętam.

 

DSCN1605.JPG 

Kiepskie zdjęcie, ale to jedno z nielicznych zachowanych zdjęć, w pokoju pracowni Goethego.

 

Potem pojechaliśmy do Meiningen, w górach Turyngii . Tutaj w latach 20-tych XX wieku powstał teatr (Teatr z Meiningen), który wywarł duży wpływ na rozwój sztuki teatralnej w Europie. Pamiętam do dziś budynek teatru. W niewielkiej miejscowości wielki, imponujący gmach z ogromnymi kolumnami przyciągał wzrok.

DSCN1603.JPG

Przed wejściem do teatru w Meiningen, w rajtuzkach - patentkach. Tam w górach Turyngii było, jak widać, dość chłodno.

A ja zapamiętałam jeszcze, że oglądaliśmy wystawę sklepu jubilerskiego z bajecznymi (dla 10-letniej dziewczynki) precjozami, tatuś wskazywał poszczególne kolorowe kamienie, nazywał je i marzyliśmy sobie razem, że może kiedyś będę posiadaczką pierścionka z rubinem albo brylantem, czy broszki z szafirem. Ach, dziewczęce marzenia. Na początek, na pociechę tatuś kupił mi mały srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem (pewnie szkiełkiem), ach, jaka się poczułam dorosła.

Z Erfurtu wracaliśmy do Pretziena przez góry Harcu. Jechaliśmy z Nordhausen ciuchcią parową przez piękne leśne okolice, niewysokie góry i liczne wiadukty, do Wernigerode. To typowe miasteczko w Harcu. Ale stwierdzić mogłam to dopiero, gdy w 86 roku zwiedziłam kilka harceńskich miasteczek, z typową zabudową z tzw. muru pruskiego czyli z drewnianym szkieletem wypełnionym gliną (szachulec). W Wernigerode tak zbudowany jest między innymi ratusz z dwiema wieżami zakończonymi ostrymi, strzelistymi hełmami (ale pamiętam to, z tego drugiego wyjazdu). Wróciliśmy do Pretziena, tam się tylko przepakowaliśmy i już wracaliśmy do domu. Tak zakończyła się moja pierwsza podróż zagraniczna , a zaczęła moja przygoda z podróżami, która trwa do dziś. Ziarno zostało umiejętnie rzucone :).


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (5) | dodaj komentarz

Żeby mi się dużo widziało* - jak to się zaczęło

poniedziałek, 23 listopada 2015 15:04

*Cytat z wiersza Krystyny Miłobędzkiej "Znikanie"

Pierwszą moją podróżą zagraniczną był wyjazd na wakacje do NRD czyli Niemieckiej Republiki Demokratycznej (to dla młodzieży, urodzonej po 1990 roku). Było to we wczesnych latach 60-tych. Miałam 10 lat i pojechałam z tatusiem do tego Bauera, u którego tatuś pracował w czasie wojny, na robotach przymusowych. Gospodarz był „ludzkim” Niemcem, traktował tatę, który trafił tam jako niewyrośnięty szesnastolatek , nie jak parobka, podczłowieka, a bardziej jak członka rodziny. Po wojnie tato utrzymywał kontakt z Bauerem, odwiedzał go, a i Bauer gościł u nas, w Poznaniu. Potem zaprosił całą naszą rodzinę do siebie na wakacje, ale mama nie chciała jechać (po przeżyciach wojennych miała uraz do języka niemieckiego). Bez zaproszenia wtedy nie można było chyba nigdzie wyjechać. Przecież paszport, nawet jeśli się go miało, leżał w dziale paszportów MO. Do NRD potrzebna była też wiza. Po wizy pojechaliśmy z tatą do Wrocławia. Tam był konsulat niemiecki, bodajże jeden dla obu państw niemieckich (?) Byłam wpisana do paszportu taty, miałam zrobione piękne zdjęcie z tatą.

Pojechaliśmy pociągiem do Berlina. Wtedy byłam pierwszy raz (z tych kilkunastu) w Berlinie. Tatuś fascynował się archeologią i koniecznie chciał zobaczyć Muzeum Pergamońskie. Oczywiście zwiedzaliśmy je wspólnie. Pamiętam, że mocno mnie nudziły niezliczone ilości poobijanych posągów bez nosów, rąk czy (o zgrozo) przyrodzenia. Tylu golasów jeszcze w swoim krótkim życiu nie widziałam (to były rzeźby greckie i rzymskie, obecnie eksponowane w odbudowanym Alte Museum na Wyspie Muzeów). Z tamtych czasów zapamiętałam babilońską drogę procesyjną i imponujący ołtarz z Pergamonu (helleńskie miasto na wybrzeżu Morza Egejskiego Azji Mniejszej, w dzisiejszej Turcji).

 

DSCN1602.JPG

Widziałam wtedy także Bramę Brandenburską, która już oddzielała Berlin Wschodni od Zachodniego.

 Potem pojechaliśmy pociągiem do miejscowości Gommern, skąd do wioski Pretzien zostaliśmy zawiezieni autem. Niebywała sprawa – prywatny obywatel, zięć Bauera, miał swój samochód. I był to Moskwicz :) Pretzien, to małą wioska w starorzeczu Łaby, w której mój tato spędził 6 wojennych lat, gdzie z synusia mamusi wyrósł na mężczyznę i gdzie zetknął się z pracą na roli i uprawą roli, co wpłynęło na wybór jego drogi zawodowej. Było lato, piękna pogoda. Chodziłam z gromadą niemieckich rówieśników, z wnukiem Bauera i jego kolegami kapać się w jednej z odnóg Łaby. Chodziliśmy sami bez nadzoru dorosłych, najstarsze z nas miało może 12-13 lat. Tato jakoś też się nie bał, że mogę się utopić , wtedy jeszcze nie umiałam pływać.

DSCN1607.JPG

Z dzieciakami porozumiewałam się bez problemów, bo tato od mojego urodzenia zadbał, żebym poznała niemiecki (tato rozmawiał ze mną po niemiecku, mama po polsku, potem w ten sposób tato nauczył moich trzech synów niemieckiego, bezboleśnie). Pretzien, typowa niemiecka wioska znacznie się różnił od wsi, które znałam z Polski (tylko, że ja znałam wsie z polskich gór). W niemieckiej wiosce był duży czworokątny plac w środku wsi, był tam park z dużymi drzewami, alejkami i ławkami. Od placu odchodziło kilka ulic z domami piętrowymi, na tych ulicach były pojedyncze sklepy: rzeźnik, piekarnia (w NRD funkcjonowały sklepy prywatne), był też duży sklep spółdzielczy, wielobranżowy typu nasze GS-y. W podwórzu były zabudowania gospodarcze, obory, stodoły. Był też kościół na wzniesieniu i obok cmentarz. A nieco dalej szkoła. Pola uprawne były kolektywne, spółdzielcze - za wsią. Bardzo mi się podobał ten wiejski luz, ta swoboda, no i towarzystwo rówieśników. Gospodarze bardzo się starali, żeby nam było wygodnie i żebyśmy się najedli. To właśnie tam odkryłam smak smalcu. Jako pięciolatka zachorowałam na żółtaczkę zakaźną i nie wolno mi było jeść smalcu. Rodzice też nie jedli smalcu, więc nie znałam tego smaku. Gdy go odkryłam, zachwycił mnie. Objadałam się wiejskim chlebem ze smalcem własnej, gospodarzy, roboty i często wychodziłam z taką pajdą do dzieciaków. Tato wspomina, że ktoś z sąsiadów upomniał naszego Bauera, że to nie wypada karmić gości smalcem, jest przecież godniejsze masło. Wytłumaczono sąsiadowi, że to smalec był dla mnie rarytasem :). Beztrosko było na wsi.

I jeszcze sobie przypomniałam, że jadąc do Niemiec musiałam  nauczyć się robić sobie fryzurę;) Od urodzenia nie ścinałam włosów i urosły mi długie. Zwykle codziennie mama plotła mi dwa warkocze. Ja oczywiście umiałam pleść warkocz, ale robienie równego przedziałka, zaplatanie dwóch długich warkoczy mogłoby być dla świeżo upieczonej dziesięciolatki skomplikowane, a tatuś, mający wiele talentów, jednak pleść warkoczy nie umiał. Musiałam więc nauczyć się radzić sobie samej z włosami. I nauczyłam się pleść jeden warkocz po lewej stronie głowy. I na ten  miesiąc wakacji była to moja oficjalna fryzura. Również i dzięki temu te wakacje były wyjątkowe.

DSCN1604.JPG

Tama na Starej Łabie, wspaniałe kąpielisko :)

 

 Po beztroskim pobycie  na wsi przyszedł czas na zwiedzanie. C.d.n.


Podziel się
oceń
5
2

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pamięć smaku

czwartek, 12 listopada 2015 20:40

Właśnie skończył się "festiwal" rogali  Marcińskich, upieczono ich podobno w tym roku ok 1,5 miliona sztuk! .Rogale Marcińskie - tak mówiło się za mojego dzieciństwa. Teraz są to rogale Świętomarcińskie, bez tej świętości miały dokładnie taki sam smak (ja wiem, oczywiście, że one były „świętomarcińskie” na długo przed moim urodzeniem, ale ja je znałam od zawsze pod tą pierwszą z wymienionych, nazwą). Wydaje mi się, że mam dobrą pamięć do smaków :) W tamtych moich młodych latach 11listopada, to były jedynie imieniny Marcina. I tylko w ten dzień, na pamiątkę ulicy Święty Marcin (której wtedy też nie było, była „Armii Czerwonej”, taak) we wszystkich sklepach spożywczych, piekarniach i kawiarniach Poznania sprzedawano rogale, z nadzieniem z białego maku, z rodzynkami i orzechami. Tylko jeden dzień w roku można było objadać się rogalami. I czekać znów cały rok na kolejną okazję. A teraz rogale pojawiają się w sklepach już w połowie października i sprzedaje się je, i piecze jeszcze przez kilka dni po 11 listopada. A jest jeszcze kilka cukierni, które pieką i sprzedają rogale Marcińskie przez cały rok. Ja jestem tradycjonalistką – rogale Marcińskie na Marcina. To smak mojego dzieciństwa, jeden z bardziej ukochanych. Innym zapamiętanym smakiem jest zupa Nic. Znacie? Tak w moim domu (i zapewne w domu mojej cioci) moja mama nazywała waniliową zupę mleczną z kartoflanką i koglem-moglem, z ubitym i zaparzonym białkiem. To białko przypominało mi chmurki na zupie:) Moje dzieci nie najlepiej tolerowały mleko i chyba nie zapamiętały zupy Nic (pamiętacie?). Bardzo rzadko, ale jednak czasami robię sobie tę zupkę, szczególnie latem, bo smakuje dobrze także na zimno. Inną zapomnianą potrawą, ale zapamiętanym smakiem dzieciństwa było jajko po wiedeńsku, czyli jajko w szklance. Nie jadłam tego chyba ze 40 lat, odkąd ostatni raz mi to babunia robiła na śniadanie. Dopiero w zeszłym roku w Australii znów na śniadanie – w barze śniadaniowym takie jajko sobie zamówiłam. Potem siostrzenica jeszcze parę razy zrobiła nam takie jajko na śniadanie. Moja mama tego nie robiła i ja nie wiedziałam, że wystarczy do gotowania dodać łyżkę octu, żeby jajko wlane prosto ze skorupki do wrzątku się nie rozlało. Może to i nie wygląda, ale z masełkiem, solą i pieprzem bardzo mi smakuje. I przenosi w młode lata. Innym smakiem, który trudno dziś zastąpić, jest kaszka manna z syropem wiśniowym. A dlaczego nie można zastąpić? Bo teraz syrop wiśniowy ma „ogólnoeuropejski” czytaj: niemiecki smak, zupełnie inny niż ten z czasów PRL-u. Ten obecny „wiśniowy” (pewnie według europejskiej normy) ma mocno pestkowy, migdałowy smak, taki sam w syropie, jak w jogurcie wiśniowym czy lodach wiśniowych, nawet w wiśniach w czekoladzie (szczególnie tych importowanych). To nie jest smak mojego dzieciństwa, wiem, bo tamten pamiętam. Mogłabym zrobić sobie sama syrop wiśniowy, ale jeszcze mi moje wiśnie nie obrodziły na tyle, żeby robić z nich syrop. A jeszcze pamiętam smak serka harceńskiego w hotelu w Erfurcie. Miałam wtedy 10 lat i pojechałam z tatusiem pierwszy raz za granicę, do NRD. I pierwszy raz nocowałam w hotelu i jadłam tam śniadanie. Na śniadanie podawano wątrobiankę, metkę (jako poznanianka znałam i lubiłam te smaki) i właśnie ser harceński (Erfurt leży na granicy Turyngii i Harcu). U nas też był wtedy ten serek i jest także obecnie, ale... Niemiecki ser harceński, także i dziś, ma różne odmiany i pewnie nazwy, jest nie do końca zgliwiały, niekoniecznie w formie walca i ma smaczny, biały, słony twarogowy rdzeń, który lubię najbardziej. U nas w sklepach natykam się zwykle na serki harceńskie całkowicie dojrzałe (czyli zgliwiałe), w formie walca, z wydrążonym środkiem. No, wydłubali to, co lubię najbardziej. I jeszcze jedno kulinarne zachwycenie z dzieciństwa – kisle zele. To potrawa, którą jadłam jako jedenastolatka u znajomych w Lublanie, w ówczesnej Jugosławii. Potrawa z ziemniaków i kiszonej kapusty z dużą ilością kminku. Bardzo mi smakowała. Moja mama wzięła na nią przepis i nawet kiedyś zrobiła, ale to już nie smakowało tak samo, do tego tato nie lubi kminku, więc nie było powodu, żeby tę potrawę robić. Nigdy potem jej nie jadłam. I jeszcze ze smakiem dzieciństwa związany jest smak miodu spadziowego. Jadłam go jako dziecko we wsi Szczawa w Gorcach. Spędzaliśmy tam wakacje „pod gruszą” klika lat pod rząd u zaprzyjaźnionych gospodarzy. To był miód z pasieki nad rzeką Kamienica. Jako dorosła miałam okazję stwierdzić, że żaden inny miód spadziowy, kupowany w sklepach, czy na straganach nie smakuje tak, jak tamten. Pojechałam do Szczawy znów, już ze swoimi dziećmi do dzieci moich gospodarzy. Na pożegnanie dostałam od nich butelkę miodu spadziowego (bo tamten miód zawsze był w butelkach). To był ten smak! Smak z mojego dzieciństwa. Nie wiem, czy jeszcze w Szczawie zbiera się miód spadziowy, po wielkiej powodzi z lat 90-tych rzeka Kamienica zrobiła duże spustoszenia (przejeżdżaliśmy tamtędy rok po powodzi), ule tam już nie stoją (a może stoją znów?). Nie wiem, czy odnalazłabym jeszcze tamten smak miodu, dawno tam nie byłam. Smaków niemiłych nie pamiętam. No, może z wyjątkiem czerniny. Wyglądała trochę, jak zupa owocowa (z jagód?), nazywała się czernina, ja miałam 6-7 lat i nikt mi nie tłumaczył, z czego jest to zupa. Gdy nastawiasz się na słodki smak, a czujesz jakiś słono kwaśny, to czujesz się oszukana i jesteś zła na ten obcy smak (kiedy jesteś dzieckiem, które je wszystko z chęcią). Tym razem nie wiem, czy mnie zachęcano, czy przymuszano nieco, wiem, że czernina wydała mi się obrzydliwa i niestety nie zdołałam jej zatrzymać w żołądku. Od tamtego czasu, jako dorosła miałam jedną próbę skosztowania czerniny, ale po pierwszej łyżce zrezygnowałam. Ta zupa nie była nic lepsza niż w moich wspomnieniach z dzieciństwa. Więc się jej nie tykam. Wiem, że ta zupa wywołuje skrajne emocje, od zachwytu, po odrzucenie. Każdy ma swój kulinarny gust. Jedzenie, to jedna z niewielu przyjemności, które nam zostają aż do starości, jak zapewniała mnie, wtedy studentkę, moja leciwa ciocia (pod warunkiem, że mamy zdrowy układ pokarmowy). Dziś zgadzam się z nią. Lubię smacznie ugotować, lubię smacznie zjeść, lubię też próbować różności w różnych miejscach świata i sprawia mi to przyjemność. Dla niektórych jedzenie, to konieczność (jedzą, żeby żyć), ja jestem bliżej tych, co żyją żeby jeść;) Czemu miałabym odmawiać sobie tej codziennej przyjemności. Więc zjadłam sobie jeszcze dziś pół rogala (drugie pół małżonek), na jutro został jeszcze jeden do podziału. A następne za rok, na Marcina :)


Podziel się
oceń
2
3

komentarze (8) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  2 940 590  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2940590

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl