Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 765 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

"Za chwilę" Nowy Rok !

poniedziałek, 28 grudnia 2015 20:15

Czy rzeczywiście wszyscy podsumowują odchodzący rok?  Rok 2015 był dla naszej rodziny dobrym rokiem, spokojnym i był też rokiem podróży małych i dużych. Te małe podróże, to wyjazdy "w Polskę", krótkie jedno-, dwu-, trzydniowe. W tym roku poznałam kolejne miasta - miasteczka, w których albo nigdy nie byłam, albo tylko przez nie wcześniej przejeżdżałam: Golub-Dobrzyń, Strzelce Krajeńskie, Nową Sól, Wolsztyn, Suchą Beskidzką. Jelenią Górę. Wyjątkowo dużo latałam w tym roku samolotem: 6 razy wznosiłam się w powietrze i szczęśliwie tyleż razy lądowałam ( nie pobiłam zeszłorocznego rekordu 7 lotów). Pierwszy raz widziałam Monachium, Poczdam, Sigtunę, pierwszą stolicę Szwecji, Oslo, Toskanię, a w niej region Chianti i Sienę, Bolzano i Innsbruck, i pierwszy raz byłam na Krecie (jednocześnie pierwszy raz w Grecji). Moc pozytywnych wrażeń. Byłam też w Krynicy, Krakowie, Świnoujściu, Gdańsku, Warszawie, Wrocławiu nocując w różnych ciekawych hotelach i próbując wielu nowych potraw w rozmaitych ciekawych restauracjach. Zajmowałam się też z przyjemnością moim ogrodem (na ile mi siły pozwoliły), zacieśniałam więzi z wnusiami, czytałam pasjami (dla absolutnej rozrywki) i śpiewałam z radością w chórze. Podtrzymywałam także liczne znajomości i zadzierzgałam nowe :) I zdrowie dopisywało jako tako. 

Życzę wszystkim wspaniałego Nowego Roku 2016! Dużo zdrowia, radości i wielu pozytywnych przeżyć, które podobno pomagają nam i naszemu mózgowi nie zestarzeć się zbyt szybko :) !

 

DSCN1663.JPG

Tegoroczna choinka z ogrodu mojego taty.

DSCN1664.JPG

 

I jeszcze smacznego wszystkim: jabłka i orzechy z mojego ogrodu :)

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Wracam do teraźniejszości - Jelenia Góra i Wrocław

poniedziałek, 14 grudnia 2015 0:07

Mało znam Dolny Śląsk. Żałuję. Raczej nie zdołam nadrobić tych przeszłych lat, kiedy Dolny Śląsk na mnie czekał. A to niezwykle ciekawy, piękny krajobrazowo i bogaty w zabytki region (zdaje się, że nie ma nieciekawych miejsc, są tylko mało rozpowszechnione). Była okazja, więc pojechałam do Jeleniej Góry.  Nie miałam okazji wcześniej zobaczyć centrum miasta, chociaż na jeleniogórskich dworcach PKP i PKS byłam już mając 6 lat. Wtedy jadąc z mama do Szklarskiej Poręby przesiadałyśmy się na autobus własnie w Jeleniej Górze. Jelenia Góra leży u stóp Karkonoszy, tutaj znajduje się siedziba Karkonoskiego Parku Narodowego. Widziałam te zamglone góry dojeżdżając do miasta. Jelenia Góra powstała już w XII wieku, ale z tamtych czasów nie zachowały się żadne zabytki. Przez 23 lata (1975-1998) Jelenia Góra była miastem wojewódzkim, w 98 roku mieszkało w Jeleniej Górze prawie 100 tysiecy mieszkańców, obecnie 83 tysiące.  Przez miasto przepływa rzeka Bóbr. 

Miałam niewiele czasu, słońce zachodzi teraz tak wcześnie. Zdążyłam tylko dojść na Plac Rynkowy, rozejrzeć się wokół, popatrzeć na stare kamienice z charakterystycznymi podcieniami, na klasycystyczny Ratusz z połowy XVIII wieku, zrobić kilka zdjęć i już słońce zachodziło. Odnotowałam jeszcze nowe zjawisko świąteczne : sztuczną choinkę miejską. Może to obecny nowy trend: ochrona dużych iglaków? Bo we Wrocławiu też na Rynku stoi wielka, jak rakieta, sztuczna choinka (ciekawe, jaka stoi w Poznaniu, jaka w Warszawie, mam nadzieję przekonać się o tym niebawem, w naszych małych podpoznańskich miasteczkach stoją tradycyjne przepiękne drzewka -drzewa!).

 

DSCN1630.JPG

Południowa strona placu.

DSCN1633.JPG

Podcienie po zachodniej stronie Placu Rynkowego.

 

DSCN1632.JPG

Jeleniogórski Ratusz.

 

Wrocław - czwarte, co do wielkości miasto Polski. Jest duże, fakt. Ale piękne nie jest, szczególnie o tej porze roku, kiedy zieleń nie ozdabia i nie ubiera miasta. Są tu tylko piękne fragmenty: piękne odnowione budynki, piękne zabytkowe kościoły (też podniesione z ruin). No i piękny, najpiękniejszy jest Ratusz. Tylko dlaczego tę perłę architektury próbuje się zasłonić jakimś kiczowatym wesołym miasteczkiem świątecznym? DSCN1638.JPG

 

I widzicie tamten "blok" w tle? Okropieństwo, w takim zabytkowym miejscu, ale co zrobić. 

DSCN1639.JPG

 

Piękny gotyk i oryginalny (tylko jedna ściana ucierpiała w czasie wojny). Byłam w muzeum w Ratuszu ( w naszym Ratuszu jest bardziej okazale).

DSCN1634.JPG

 

Niewielki kościół Bożego Ciała, po drodze do Rynku.

 

DSCN1637.JPG

 

A tu Opera Wrocławska, pięknie wyremontowana po pożarze.I widać wielka bryłę kościoła Franciszkanów, też po drodze do Rynku. Pogoda dopisała, do południa było słonecznie. Słońce też zdobi.

Wspomnę jeszcze, że wyjeżdżając wieczorem widziałam pięknie oświetlone  kościoły na Ostrowie Tumskim. Takich oryginalnych wież z gotyckimi hełmami nie ma chyba wielu w Polsce. Ogólnie lubię Wrocław, ale wolę go zdecydowanie w zielonych porach roku.

 

 

 

  


Podziel się
oceń
1
3

komentarze (7) | dodaj komentarz

Tamtych wakacji ciąg dalszy - Budapeszt i Praga

środa, 09 grudnia 2015 21:36

Zaczęliśmy powoli wracać do Polski. Z Lublany  najpierw pojechaliśmy jeszcze do Belgradu, wtedy stolicy całej federacyjnej Jugosławii. „Zaliczyłam” Belgrad, ale nie pamiętam nic, mam jakieś mgliste wspomnienia dużego miasta i nic więcej. Po drodze do Polski zatrzymaliśmy się w Budapeszcie na 3 dni. Nocowaliśmy w kwaterze prywatnej w Budzie, u miłej rodziny z córkami nastolatkami (mnie sie wydawały całkiem dorosłe). Jedna z tych dziewczyn podarowała mi  duży karton  najróżniejszych serwetek stołowych. Pokazywała mi te serwetki, a ja się zachwycałam. I na pożegnanie dała mi te serwetki – zbiór kolekcjonerski. Wtedy w Polsce były dostępne jedynie małe pojedyncze białe serwetki, szczytem marzeń były serwetki różowe lub żółte. A tu takie nieprawdopodobne bogactwo! Były tam najpiękniejsze serwetki, jakie w życiu widziałam. Śmiem twierdzić, że do dzisiaj nie widziałam ładniejszych. To był zbiór serwetek z całego świata, serwetki cieniutkie jak muślin i delikatne, jak jedwab, wielobarwne, w różnych rozmiarach, w najrozmaitsze wzory. Póki mieszkałam z rodzicami, to co jakiś czas przeglądałam te serwetki i się nimi nieustannie zachwycałam. Potem wyprowadziłam się z domu, przeprowadzek było kilka, nie wiem, co stało się z owym zbiorem. A jestem pewna, że panie od decoupage z radością wykorzystałyby większość z wzorów. W Budapeszcie spotkaliśmy się z Węgrami poznanymi w pociągu jadącym do Zagrzebia. Tato z panem ( Laszlo -po niemiecku), mama z panią ( Ince - we wszystkich znanych im językach i na migi) przegadali prawie całą drogę. I bardzo sobie przypadli do gustu . Przyjaźń przetrwała lata, aż do śmierci Węgrów, którzy byli dekadę starsi od moich rodziców. Jeszcze o nich wspomnę przy następnej okazji W Budapeszcie poszliśmy na Wyspę Małgorzaty, są tam baseny termalne. Był tam też zwykły basen ze "zwykłą" chłodna wodą. Spróbowałam swoich nowo nabytych umiejętności pływackich i okazało się, że nie bardzo pływam, podtapiam się. No, tak, ta woda była zupełnie słodka, nie niosła mnie, jak Adriatyk, najbardziej słone morze basenu Morza Śródziemnego. Ale początki zrobiłam, w kolejne wakacje już normalnie pływałam.

Z Budapesztu pojechaliśmy jeszcze do Pragi. Wtedy miasto nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Po zielonym, wielkomiejskim Budapeszcie Praga wydała mi się szara, stara, ciasna, brzydka. Nie rozumiałam, że obcuję z żywą historią, że oglądam autentyczne zabytki, domy stojące od wieków w niezmienionym stanie (w odróżnieniu od większości polskich miast, odbudowanych ze zniszczeń wojennych). Krakowa jeszcze nie znałam, więc nie miałam porównania ani odniesienia. Z tamtej Pragi pamiętam Hradczany, monumentalne, robiły wrażenie i Orloy'a na Starym Rynku – czyli zegar z ruchomymi figurkami na ratuszowej wieży (a właściwie na resztce tego, co było ratuszem). W Pradze byliśmy z wizytą u taty znajomego – filatelisty, słuchałam czeskiego i już wtedy porównywałam z chorwackim i słoweńskim, starając się zrozumieć, co nie było aż takie trudne. Do Pragi wracałam potem jeszcze wielokrotnie. To jedno z moich ulubionych miast :)

Ach, co to była za wyprawa! Nie było nas miesiąc w domu. A wspomnienia nie zatarły się do dziś! Następny zagraniczny wyjazd trafił się dopiero za 3 i pół roku.  

DSCN1641.JPG

 

Wspomnienia z Pragi: na moście Karola i na Rynku Starego Miasta, z mamą.

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Drugi wyjazd - Jugosławia cz.1

piątek, 04 grudnia 2015 13:34

Drugi raz pojechałam za granicę już w następnym roku, w wakacje po czwartej klasie (IV) podstawówki. Moi rodzice korespondowali od połowy lat pięćdziesiątych z rodzeństwem z Lublany, tato z Janezem, a mama z Vidą, rodzice pisali po polsku, a Słoweńcy po słoweńsku i całkiem dobrze się porozumiewali. Na tyle dobrze, żeby się wzajemnie poznać, polubić i chcieć spotkać . W kolejnych latach gościliśmy w naszym blokowym dwupokojowym mieszkaniu najpierw brata, a potem siostrę. Po paru latach zaprosili całą naszą trzyosobową rodzinkę. Pojechaliśmy pociągiem do Jugosławii. Co to była za wyprawa! Do NRD jechałam ze 3 godziny do Berlina i potem, po przerwie na zwiedzanie berlina, jeszcze z godzinę i byliśmy na miejscu. Tym razem jechaliśmy najpierw kilka godzin do Katowic, tam wieczorem wsiadaliśmy w pociąg do Budapesztu, jechaliśmy nocą zwykłym wagonem, na siedząco. W Budapeszcie rankiem przesiedliśmy się na pociąg do Zagrzebia. W Zagrzebiu znów przesiadka do Lublany. Pół żywi dojechaliśmy wieczorem do domu naszych znajomych. Nasi znajomi, nieco młodsi od moich rodziców, założyli już swoje rodziny, ale mieszkali w tej samej kamienicy, co ich rodzice. My zamieszkaliśmy właśnie u rodziców, na I pietrze (Vida z rodziną mieszkała na II, a Janez w oficynie). Było piękne, gorące bałkańskie lato. Zwiedzaliśmy z gospodarzami Lublanę i robiliśmy wycieczki do ciekawych miejsc. Pojechaliśmy nad jezioro Bled w Alpy Julijskie. Na samym środku niedużego jeziora była mała okrągła wyspa z kościółkiem, a jezioro otoczone ośnieżonymi szczytami Alp. To był cudowny widok, bajkowy (gdyby nie był prawdziwy można by go uznać za kicz, taki był idealny). Potem pojechaliśmy zwiedzać jaskinie Postojny. Wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, co to są zjawiska krasowe, co to stalaktyty, stalagmity i stalagnaty – przepiękne sople, slupy i kolumny, a także wielkie sale i groty, utworzone przez płukany wodą wapień. Tak pięknych i wielkich zjawisk krasowych nie widziałam już później (chociaż byłam w słowackich, czeskich i polskich jaskiniach). Zapamiętałam, że jaskinie zwiedza się częściowo kolejką, dla dziecka – wspaniała sprawa, szczególnie, że trasa liczy ponad 5 km długości. Przez jaskinie przepływa też podziemna rzeka. Rzekę i inne wody podziemne zamieszkuje endemiczny gatunek rybki, zwanej po słoweńsku : czlowecka rybica (pisownia ze słuchu) czyli ludzka rybka, po polsku – odmieniec jaskiniowy, rybka w kolorze ludzkiej skóry, bez oczu albo (jedynie) niewidoma. W ciemnościach jaskiń wzrok nie jest jej potrzebny. Tyle zapamiętałam ze Słowenii. Tam byliśmy pewnie z tydzień. Później pojechaliśmy z Janezem, jego żoną i dwoma małymi synkami nad Adriatyk (pociągiem, znów przez noc). Zamieszkaliśmy w malutkiej wiosce Krilo, niedaleko Splitu, „przy rodzinie” w chłopskim gospodarstwie. Kąpałam się codziennie w cieplutkim morzu i uczyłam się pływać. Bardzo lubiłam skakać do wody z betonowego mola, na „główkę”, z rozsądnie wyciągniętymi rękami nad głową (nie do wiary, a jedna fakt, jak dorosłam przestałam skakać na głowę). Cieszyło mnie to i dobrze mi wychodziło. Tato rzucał mi koło ratunkowe, żebym mogła wrócić na brzeg. Rzucał coraz dalej ode mnie, więc chcąc nie chcąc musiałam do kółka podpłynąć. Słony Adriatyk pięknie mnie wypierał i nauczyłam się szybko utrzymywać na wodzie i odpowiednio ruszać rękami i nogami. Robiliśmy wycieczki do Splitu na zwiedzanie i na targ . Pamiętam rzymskie ruiny Pałacu Dioklecjana i kościół z okresu weneckiego. A ze zwiedzania owego kościoła taki fakt: byłam jeszcze małą dziewczynką, płaską jak deska, był upał, miałam sukienkę na szerokich naramkach. Strażnik moralności, czyli cieć nie wpuszczał do kościoła panów ani pań w szortach i z gołymi ramionami. Mnie też nie chciał wpuścić, ale albo dał się przekonać, albo mama miała w zapasie jakąś dodatkową chustkę, którą mi okryła „ramiona”. Na targu były najsoczystsze i najsłodsze brzoskwinie, jakie jadłam (później w Neapolu jadłam podobne cuda). Były tam też najróżniejsze papryki, których w Polsce (wtedy) nie znałam, także czuszki, te najostrzejsze. Handlarze mieli złośliwy ubaw, jak dawali cudzoziemcom do spróbowania te palące, piekielnie ostre papryki (to znam tylko ze słyszenia). Wszędzie nad morzem rosły drzewa figowe i figi właśnie dojrzewały. Znałam figi suszone i miałam nadzieję, że surowe figi też są smaczne. Nie były. Były mdłe i mało słodkie. Takie mi się wtedy wydawały figi zielone. Figi fioletowe były jakby słodsze, ale o wiele rzadziej spotykane. Obecnie sprzedawane figi w sklepach są jakby smaczniejsze, ale nie przepadam za surowymi figami (na Krecie miałam okazję się przekonać, że pospolite figi dziko rosnące są podobnie nijakie, jak te dalmatyńskie). Naprzeciw naszej, kamienistej, plaży w Krilo majaczyła duża wyspa, zasłaniając daleki horyzont. Była bardzo tajemnicza, bo taka niedostępna. Marzyłam wtedy, że kiedyś dotrę do tej wyspy. To była wyspa Brac. Do tej pory do niej nie dotarłam. Mieszkaliśmy tuż nad morzem, od plaży dzieliła nas tylko szosa, a za domem gospodarzy zaczynały się wzniesienia, dalej góry, porośnięte skąpą sucholubną roślinnością. Któregoś dnia tato wymyślił, że zamiast nad morze pójdziemy w góry. To był horror dla mnie. Żar lał się z nieba, nie było ani skrawka cienia, droga cały czas się wznosiła, a na szczycie wyznaczonym za cel nic nie było. Szliśmy i szliśmy (według mnie wtedy, bez sensu), ja oczywiście zaczęłam marudzić, w końcu jęczeć, bo ile można się smażyć na patelni. Po drodze mijaliśmy rzadkie dzikie figi i krzaki wawrzynu (te liście znałam jako przyprawę – liście bobkowe lub laurowe). Woda w butelkach się skończyła. Nie doszliśmy do założonego celu, ale widoki i tak mieliśmy cudne wracając. Całe morze u naszych stóp, a za wyspą Brac, zobaczyłam z góry kolejną wyspę, Hvar i jeszcze inne wyspy, co za niespodzianka!

Z Dalmacji wracaliśmy statkiem wzdłuż wybrzeża, popłynęliśmy ze Splitu do Rijeki. Była to znów podróż wieczorem, niewiele widziałam, ciemno było, niewiele pamiętam, ale wiem na pewno, że czułam się na morzu równie dobrze, jak na lądzie. Po krótkim pobycie w Lublanie zaczęliśmy wracać powoli do domu.

DSCN1609.JPG 

W Splicie, pod palmą :) Pierwsze kolorowe zdjęcia na Orwo-Color (NRD)

Nie wiem, gdzie mi się zapodziały zdjęcia z tamtych lat, nawet u rodziców ich nie mogłam znaleźć?? A na dodatek popsuł mi sie aparat i nawet tych zdjęć, co znalazłam, nie mogę wstawic do bloga (póki co).

Ale ciąg dalszy nastąpi - po drodze do Polski zwiedzałam jeszcze Budapeszt i Pragę :)


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

piątek, 28 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  2 363 449  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2363449

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl