Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 874 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Miało być o wiośnie.

niedziela, 28 lutego 2010 20:12
Napisałam już niemały kawałek tekstu o wiosnie, a tu nagle (znowu) pstryk i wszystko zgasło. I to w mieście. I oczywiście zjadło mi tekst, bo nie piszę w Wordzie. A to mój Osobisty naprawiał światło i coś poszło nie tak. No to jeszcze raz.
 Na polu przedwiośnie. Śniegi prawie całkiem stopniały. Wielkie kałuże - jeziora wody stoją i płyną po polach i dróżkach, bez kaloszy na wsi trudno sie obyć. Sąsiadka już sobie takowe sprawiła. Ja też muszę. Nie mam kaloszy od lat, jakoś nie były potrzebne, ale przy takich roztopach suchą noga nie da się na wsi przejść. Nasz pobliski rowek jest wypełniony wodą po brzegi. Na razie się nie przelewa, ale kto wie, może wylać. Ptaki w przydrożnych zaroślach radośnie i głośno witają dłuższy dzień i cieplejsze dni. W krzakach wielkie ożywienie, śpiewy, krzyki, ruch, harmider. Idzie wiosna, bez dwóch zdań. Tylko dlaczego ja mam taką ciężką głowę i takież powieki? Czyżby już słynne zmęczenie wiosenne? Ach, trudno. Może po prostu trzeba wcześniej pójść spać? Dobranoc wszystkim.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Bez prądu

piątek, 19 lutego 2010 22:05
 Znów wracam do tematu: brak prądu. XXI wiek na polskiej wsi. Nie na odludziu, nie w wichurę, czy zamieć. W normalny, pogodny wczesny wieczór pstryk - i 4 godziny bez prądu, nagle i bez ostrzeżenia. Co można robić bez prądu wieczorem? Na laptopie zostało 8% mocy, pracować się nie da, TV bez prądu nie istnieje. Czytanie przy świecach psuje oczy. Ale trudno iść spać o 18.30. No to sprzątnęłam szafkę w kuchni przy świeczce, zrobiłam kolację, ach, jaką romantyczną z musu, przy świecach,  poczytałam trochę przy czterech świecach (4 kandele-mizerna jasność), dorzuciłam drew do kominka i patrzyłam w niego jak w telewizor, mąż w tym czasie stale psuł sobie oczy czytając zawodowe papiery. I kiedy już zaczęłam przymierzać się do bardzo wczesnego pójścia spać (21.30) włączyli prąd. Hura! No, to przede wszystkim zamknęłam żaluzje na oknie tarasowym, jedyne (jak sie okazuje, na szczęście) na prąd. I dalej sobie czytaliśmy, ale to "zaciemnienie" tak nas rozespało, że postanowiliśmy raz pójść wcześniej spać. Ledwie zdążyłam się wykąpać, a tu znów wyłączono prąd. Ze spokojnym sumieniem poszłam spać przed 23.00. I jak tu żyć , kiedy całe nasze życie uzależnione jest od prądu?  W ostatnim czasie zbyt często wyłączano prąd . Wczoraj  zapadła decyzja: kupujemy agregat prądotwórczy, na wszelki wypadek. A swoją drogą jako odbiorcy prądu płacimy specjalną stawkę za gotowość odbioru prądu, a nikt nam pieniędzy nie zwróci za brak owej gotowości i za ewentualne szkody spowodowane brakiem prądu. Sami chcieliśmy, jako cywilizacja sami się oplątaliśmy kablami  i nie ma od tego odwrotu. 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Pączki

poniedziałek, 15 lutego 2010 22:32
Zrobiłam, usmażyłam pączki!! Wielkie wydarzenie dla mnie. pewnie kiedyś już jakieś pączki upiekłam, w końcu już dość długo żyję. Ale mój najmłodszy syn nie pamięta, żebym je kiedyś piekła. No, tak. Zawsze wolałam chruściki zrobić, bo o wiele mniej pracochłonne. A dziś pojechaliśmy na wieś, bo od tygodnia tam nie byliśmy, a tam koniecznie trzeba kwiaty podlewać (pięknie mi kwitną fiołki alpejskie w dwóch doniczkach). Małżonek zajął się pracami na poddaszu, a ja szybko zrobiłam obiad i zabrałam się za pączki (no, jeszcze nie skończyłam szykować obiadu, a już nastawiłam zaczyn na pączki). Tak za mną "chodziły" od tłustego czwartku. Nie mogłam ich wtedy zrobić, bo okazało się, że przepis jest na wsi. Sprawdziłam , czego mi brakuje do wypieku i poszłam do sklepu po powidła i cukier puder. Już w domu okazało się, że nie mam tłuszczu do smażenia, to znaczy nie w takich ilościach jak przewidywał przepis. Poradziłam sobie, wzięłam olej i trochę pozostałego smalcu. Przepis dostałam już dawno temu od Fusilki, ale stale nie miałam odwagi go wypróbować. Ale jak zobaczyłam u niej w Tłusty czwartek piękne zdjęcia jej pączków, to postanowiłam odważyć się. Nie święci garnki lepią, a tym bardziej pączki. Faktycznie narobiłam trochę bałaganu, zabrudziłam  kilka garnków i misek, łyżek i noży, tu posypałam mąką i cukrem, tam pokropiłam tłuszczem, ale wszystko dało sie pięknie sprzątnąć. Całość, z garowaniem, lepieniem, smażeniem zajęła mi około dwóch godzin (mimo wszystko). Do podwieczorku, do kawki mogliśmy już podelektować się pączkami. Moimi, domowymi pączkami. Udały się znakomicie. Aj, nie powiem wam ile zjadłam, bo wstyd (Dorotko - zgadniesz?), ale są nieduże, na dwa, trzy gryzy. Zrobiłam ich około trzydziestu. Siedem zawiozłam rodzicom , a pozostałe przywiozłam do miasta. U syna był akurat kolega, syn go poczęstował. Kolega powiedział wychodząc, że to był niebiański smak:-), że takiego smacznego pączka chyba jeszcze nie jadł. Co za komplement, aż kraśniałam z dumy. A jutro Podkoziołek (czyli Zapusty), ostatni dzień karnawału. Przyjdą moje dzieci z wnusiem. Zostało jeszcze 10 pączków. Muszę je zamelinować, żeby do jutra popołudnia dotrwały. Jutro nic piec już nie będę. Jutro pracuję i dobrze, że mam taką możliwość jeszcze.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Bal

sobota, 13 lutego 2010 18:34
Rozkręcam się. Byłam na balu, wczoraj, tak nietypowo, ale dzięki temu mam dłuższy weekend. Bal był na prawie 50 par w pięknie udekorowanej dużej sali, w małej miejscowości. Jednoosobowa "orkiestra" miała niezły głos i dobry słuch muzyczny i "produkcji" słuchało się z przyjemnością (jednak dokuczały mi nieco dyskotekowe rytmy, których było za dużo). Całe balowe towarzystwo było bardzo kulturalne, wszyscy w jakiś sposób się znali, choćby z widzenia, co w małym miasteczku nie jest trudne. Nikt się nie spił, nie przewracał, nie awanturował , wszyscy się wesoło bawili, pełni radości i wzajemnej sympatii, bez względu na wiek. A rozpiętość wieku była ogromna - jakieś pięćdziesiąt lat, z przewagą ludzi  "w sile wieku". Była loteria fantowa z poważnymi nagrodami (aparat cyfrowy, robot kuchenny, odtwarzacz DVD i niepoważnymi (reprodukcja obrazu, ramka do zdjęć, talon do solarium). Nie wygrałam nic, co było prawie pewne, nigdy nic nie wygrałam, losowania to nie moja specjalność, od losu dostałam już zapewne swoje. Towarzystwa przy stole (10-osobowe) prawie nie znałam, poza kuzynostwem, którzy nas zaprosili. Mówię "prawie", bo spotkaliśmy sie już kiedyś na balu, 8 lub 10 lat temu . Pogadać wiele sie nie dało, bo w przerwach między tańcami się jadło. A tańca i jedzenia było duużo. A ja tańczyłam chyba wszystkie "kawałki" (zwykle 3 utwory w cyklu), opuszczając tylko najbardziej wściekłe "rąbanki". Chciałam napisać o menu (znów :-)), bo obawiałam sie, że na jedzeniu ktoś zechce oszczędzić, a okazało się, że jedzenia było w bród,  zadziwiająco dużo. I jeszcze obsługa była taka miła i uważna, co chwile zmieniali talerze, donosili wodę z cytryną i serwowali  ciepłe napoje na na każdą prośbę. Zaczęło się banalnie od schabowego z surówką z kapusty i ziemniaków pure (na stole stały różne soki w dwulitrowych kartonach, a w miskach leżały mandarynki i banany). Do popicia na ciepło był barszczyk, bardzo smaczny. Po jakimś czasie pojawiło się słodkie: na paterach ciastka tortowe, chruściki, kawałki placka drożdźowego i malutkie pączki (na dwa gryzy). Próbowałam dociec, ile sztuk przysługuje na osobę. Nie zdołałam. Wszyscy sie najedli, a ciasto nadal było. Do tego była kawa lub herbata. Po paru tańcach kolejne dania, tym razem garmażerka: sałatka jarzynowa, jajko w szynce, marynowane kulki z mielonego mięsa (chyba tamtejsza specjalność, nigdzie indziej tego nie jadłam) i galart, chudy, smaczny, i smalec ze skwarkami, i chleb ciemny i zwykły, oba świeże i w dowolnej ilości, i ogórki kiszone (wszyscy jedli, a tego jakby nie ubywało). I to jeszcze nie  był koniec menu, bo dobrze po północy podano jeszcze do wyboru flaczki albo zupę węgierską (kiełbasiana była). Ja lubię flaczki, a że nikt w moim domu ich nie je, to rzadko mam okazję je jeść. Te były smaczne, jak wszystko wczoraj. Do domu kuzyna trafiliśmy ok. 4.rano i nie pospałam sobie wiele, bo trzeba było wcześnie wracać do Miasta, bo obowiązki męża wzywały. Ale bal na koniec karnawału zaliczyłam jak się patrzy, na piatkę. Zauważyłam, że im mniej sobie obiecuję i mniej się spodziewam po jakimś spotkaniu, tym lepiej się bawię.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Menu

poniedziałek, 08 lutego 2010 23:52
Miałam gości na wsi. Było sympatycznie, wesoło, serdecznie. Ale chciałam tutaj sobie zapisać menu imprezy na "wieczną rzeczy pamiątkę" i może "na zaś". No i oczywiście, żeby się pochwalić, jaka to ja pracowita jestem.
 Zrobiłam pięć sałatek, nazwę je umownie:1) z kiełkami, 2) ryżowa z ananasem i curry, 3) marokańska z kuskusem, 4) tradycyjna śledziowa, 5) "promowa" z buraczkami i serem fetą. To bardzo prosta i ciekawa sałatka. Latem byłam na promowej wycieczce do Sztokholmu, szef kuchni urządził dla wycieczkowiczów wieczór przekąsek, zdradzając i demonstrując kilka przepisów. Ta sałatka została nazwana "CK Dezerterzy". Dlaczego? Z nazwą jest bardziej intrygująca, zapewne. A to po prostu buraczki ugotowane (w oryginalnym przepisie - upieczone w piekarniku), pokrojone w talarki, na to ser feta w kosteczkę, na to śliwki suszone. Wszystko skropione oliwą z oliwek i posypane oregano. Zrobiłam pierwszy raz, mi smakowała. Według tego samego szefa kuchni zrobiłam też łososia marynowanego z koperkiem i kaparami. Zrobiłam też barszczyk na wędzonce, do niego rurki makaronowe (grube, ale nie najgrubsze) z nadzieniem pieczarkowym, zapiekane z oliwą i serem. I jeszcze sos tatarski. Zarzekałam się, że słodkiego nie piekę, bo przecież można ciasto kupić. Ale...no lubię piec (i lubię słodkie). Upiekłam placek Jamajka (zna ktoś taki placek: bez jajek za to z musem jabłkowym, goździkami, cynamonem i imbirem, rodzynkami i orzechami) i upiekłam ciasteczka orzechowe  (sernik tym razem kupiłam). To przygotowałam. Były jeszcze różne szynki, nawet trochę bekonu i trochę pieczonej przeze mnie wcześniej karkówki, także sery żółte i pleśniowe, żeby każdy miał co lubi.  Dla przyjemności biesiadowania były jeszcze salaterki z oliwkami, grzybkami w occie, cebulki marynowane i papryka, dip meksykański i tarnina do mięs. A jeszcze goście przynieśli swoje specjały: sałatkę kalafiorową i śliwki w serze i w bekonie(z wykałaczką) do zapiekania, a także ciasto tortowe z kremem kawowym.  No i wina wszelkie, w przewadze czerwone, jakieś wódki dla panów (ja nie pijam, więc mnie nie intersują) i soki i wody, oczywiście. Na 10 osób to było tego wszystkiego naprawdę dużo. Dziś skończyliśmy sałatki, a łosoś jeszcze został. Po co tyle tego jedzenia nie wiem, ale Mój uważa, że gdyby czasem zabrakło (jeszcze się nie zdarzyło), to on by się wstydził.  Nie zmarnowało się, synkowie pomogli zjeść. A teraz czekam na oklaski;-):-D

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  2 939 894  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2939894

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl