Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 545 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ezoteryka?

wtorek, 21 lutego 2017 13:18

Jako zatwardziała sceptyczka .nie daję wiary zjawiskom nadprzyrodzonym, a tym (bodajże) zajmuje się ezoteryka. Jest jednak jedna dziedzina tej wiedzy (wiary), którą obserwuję i która kiedyś mnie interesowała (ale zawsze z przymrużeniem oka). Horoskopy ;) Wierzycie, że na podstawie waszej daty urodzenia można odgadnąć, czy wręcz wyczytać waszą przeszłość, przyszłość, cechy charakteru i kondycję fizyczną? Ja, oczywiście, uważam, że to mało prawdopodobne. Nie twierdzę, że niemożliwe. Poddaję wszystko w wątpliwość, także stwierdzenie, że coś jest niemożliwe. Traktuję najróżniejsze horoskopy, jako punkty wyjściowe do porównań, do obserwacji ludzi i ich zachowań. Czy jest cień prawdy w tym, że ludzie urodzeni w tej samej porze roku mają podobne cechy charakteru? Czy możliwe jest, że ludzie o tych samych imionach mają jakieś cechy wspólne?  Miałam kiedyś taki ambitny plan, żeby sprawdzić wszystkie znane mi horoskopy, opisujące mnie ze względu na datę urodzin. Zobaczyć, czy te charakterystyki pokrywają się, czy może wykluczają, czy opisują mnie tak, jak ja się widzę, czy może dowiem się jeszcze czegoś nowego o sobie, czegoś, czego do tej pory nie dostrzegałam. Na razie do tego nie doszłam, ale przecież mam czas (chociaż tego nikt nie wie na pewno). Musiałabym porównać horoskop chiński, nasze popularne znaki Zodiaku, horoskop Majów, horoskop kwiatowy, horoskop druidów. Był jeszcze horoskop Azteków, ale bardzo skomplikowany , nie pamiętam go (no, chyba żebym poszukała w necie). Może, gdy będę rozmyślać, co zrobić z czasem wolnym zabiorę się za tę robótkę. Jest jeszcze sprawa imienia. W kilku książkach  fantasy był taki motyw, że imię było najtajniejszą tajemnicą swego nosiciela, gdyż w imieniu była cała nasza istota i wróg (oczywiście jakiś mag) mógł wykorzystać nasze imię (wypowiadając je) przeciwko nam, pozbawiając nas mocy, sił i zdrowia. Dlatego wszyscy nosili imiona codzienne- zwyczajowe, tym prawdziwym dzieląc się z tymi, którym ufali. Może i w naszym świecie imiona mają jakąś moc?;) Pamiętam (z serialu o Władysławie Jagielle) służącego o imieniu Nienasz. Tłumaczył to imię tak, że matka rodziła dzieci i one wszystkie umierały. Więc jak on się urodził nadano mu imię Nienasz, żeby odpędzić złe moce od dziecka, które "nie ich" było.Czyli też myślenie magiczne.

Kupiłam kiedyś książkę "Wpływ imienia na życie" i tam dopiero jest jazda. Po przeczytaniu opisu swego imienia jeden z moich synów miał do mnie pretensje (nastolatek), że akurat takie "niekorzystne" imię mu wybrałam. Prawdą jest, że ja mu tego imienia nie wybierałam, zgodziłam się tylko na imię, którym dziadek nazywał nienarodzonego drugiego wnuka, mówiąc stale(gdy twierdziłam, że teraz będzie dziewczynka): jaka tam dziewczynka, to będzie >>>uś. No i został >>>usiem. Porównuję znane mi osoby o tym samym imieniu i no, cóż, widzę w nich wiele tych cech, o których czytałam w ich charakterystyce imienia. Przypadek? Ale przecież nie należy w to wierzyć. To zabobon!

Żebyście już wszystko o mnie wiedziały zdradzę wam moje ezoteryczne dane;) Jestem Wężem, Rakiem, Szmaragdem, Niezapominajką, Wiązem i oczywiście Hanną :) Wszystko już wiecie! Czyżby? ;) 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Ciasteczka zimowe

piątek, 17 lutego 2017 16:03

 Wszyscy tu już wiedzą, że jestem łasuchem. Nie tylko lubię jeść, lubię też piec. Przypomniałam sobie o ciasteczkach, które robię tylko zimą i ostatnio rzadko. Przypomniała mi o nich przyjaciółka, chwaląc się, że po raz pierwszy w życiu zrobiła te rożki (bo taką w jej domu mają nazwę). Moje zdumienie nie miało granic? Jak to? Dostałam ten przepis od niej przeszło 43 lata temu (data pierwszej mojej próby wpisana w zeszycie z  przepisami - wrzesień 73). A ona nigdy ich nie piekła ? Ano nie. Rożki piekły najpierw  jej babcia, potem mama. Zawsze na Gwiazdkę i w karnawale. Teraz sędziwa mama już nie piecze i moja przyjaciółka pierwszy raz wypróbowała przepis. Są to kruche ciasteczka maślane z dodatkiem mielonych orzechów lub migdałów w formie zawiniętych na kształt litery C ruloników. Babcia przyjaciółki pochodziła z dawnej Galicji. Przywiozła z rodzinnych stron wiele przepisów kulinarnych, nieznanych w kuchni wielkopolskiej. Jak bardzo owe rożki są wyrobem galicyjskim przekonałam się w Krakowie, gdzie do dziś można je kupić  w cukierni z tradycjami - "Cichowscy" na Starowiślnej. Gdy jestem w Krakowie, choćby przejazdem , to nie mogę odmówić sobie przyjemności wstąpienia do tej niezwykłej cukierni. Mają tam przede wszystkim (dla mnie) wyborne nugaty, kiedyś popularne w wielu krakowskich cukierniach, teraz gdzie indziej nieobecne, także wspaniałe makaroniki z różanym dżemem (były też z kremem orzechowym, mniam), no i owe rożki, zwane w cukierni chyba ciasteczkami maślanymi. Zawsze kupuję ten zestaw ciast. Piszę to po obiedzie, a mimo to, aż mnie ssie na myśl o tych smakołykach ;) Nugatu nie zrobię, za dużo zachodu, makaroników też na razie nie próbowałam. Ale rożki - każdej chwili, szczególnie, że orzechy (włoskie) mi wybitnie obrodziły w tym roku. Chcieć to mieć :)

 

DSCN2427.JPG

 

Trochę koślawe wyszły, bo ciasto jest dość sypkie, trudno się te rożki lepi. Ale smaczne zawsze.:)  Z 3 szklanek mąki i dodatków wyszło 48 ciasteczek. Od wczoraj zostało 30. W puszce można je przechowywać dłużej, to w końcu kruche ciasteczka. Dla chętnych - służę przepisem.

Czy ktoś z was zna te ciastka?

    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Kwestia wyboru

środa, 15 lutego 2017 14:32

Całe życie podejmujemy jakieś decyzje, codziennie, co chwilę. Wybieramy. od spraw błahych (co dziś zjeść na śniadanie), po całkiem ważne i poważne. Od naszych wyborów zależy nasza codzienność i nasza przyszłość, nasze dobre samopoczucie, nasz dobrostan. Wybieramy świadomie i podświadomie, z namysłem i bez zastanowienia. A przecież wybierając bierzemy (albo powinniśmy brać) odpowiedzialność za skutki tych decyzji. Niby nie ma sensu zastanawiać się, co by było gdyby...Ale na pewno zadajemy sobie takie pytania, fantazjujemy o równoległej rzeczywistości. W podstawówce robiono nabór uczniów, którzy mieli wystąpić w przedstawieniu operowym, w naszej Operze. To był nabór utajniony, uczniowie o nim nie wiedzieli. To nauczycielki muzyki na lekcjach prosiły wybranych uczniów o zaśpiewanie dowolnej piosenki. Ja też miałam sobie wybrać, co chcę zaśpiewać. Wybrałam ambitną trudną piosenkę, bo chciałam być "lepsza" od koleżanek śpiewających "zwykłe" pioseneczki. I posypałam się, a nie popisałam. Dobrze mi tak, trzeba było zaśpiewać to, co umiałam najlepiej. Dopiero po roku chyba, gdy operę już wystawiono, a parę osób z naszej szkoły zostało szkolnymi gwiazdami, dowiedziałam się od mojej wychowawczyni (z którą czasem wracałam pieszo do domu, bo zwykle jeździłam tramwajem 5 przystanków), że mnie przecież też przesłuchano, ale uznano, że nie sprostam zadaniu, że jestem zbyt dziecinna (miałam 11 lat) i lekkomyślna. Ach, jak mi było żal tej szansy, szansy na występ na scenie Opery i szansy na popularność szkolną. Cóż, widocznie tak miało być, nadal miałam być szara myszką, brzydkim kaczątkiem ,które nie wiedziało, że będzie łabędziem, nie wierzyło w to. Później nauczyłam się rozpatrywać różne "za" i "przeciw" swoich decyzji. Ale przecież każdy popełnia błędy. Możliwość wyboru, podejmowania decyzji, to według mnie prawdziwa istota wolności. Człowiek, który jest zbyt słaby, zbyt lękliwy, czy zbyt leniwy, żeby samemu decydować o sobie, jest człowiekiem zniewolonym. Jak to wygodnie nie podejmować decyzji, niech inni za mnie myślą, niech decydują za mnie, ja już nie muszę. Nie mieć własnego zdania, zgadzać się na wszystko, wykonywać polecenia, bierność. Wrr, ja jestem krnąbrna (piękne słowo), przekorna i niepokorna. Czasem nie mamy wyboru, miotamy się, jesteśmy bezradni (powiadają filozofowie, że zawsze jest jakiś wybór,ale wybór mniejszego zła jest kiepskim wyborem).

Ale dość filozofowania. Nic się ważnego nie stało. Popełniłam parę drobnych błędów w błahych wyborach. Kosztowało mnie to trochę czasu i biegania, ale nawet pieniędzy nie straciłam (zamroziłam jedynie). Teraz przede mną kolejne wybory, siedzenie w internecie i szukanie rozwiązań. Ale mam ten swój luksus, że mogę wybierać. Obym jak najdłużej była panią swej woli.

20170213_173524[2].jpg 

Buciki kupiłam, bo mnie zanęciły, a potem oddałam. Źle wybrałam. Jak będę miała dużo czasu na decyzję - kupię te właściwe.


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zainspirowana

piątek, 10 lutego 2017 18:18

Moja dzisiejsza pizza obiadowa :) (część została na "zaś").

 

DSCN2423.JPG

 

Zainspirowana wpisem Jotki zrobiłam dzisiaj na obiad pizzę. Dzień cały miałam zajęty w Mieście, ale przed wyjazdem zarobiłam ciasto na pizzę i dałam mu porządnie wyrosnąć. Po powrocie na wieś tylko rozgrzałam piec, rozwałkowałam ciasto, wrzuciłam, co się znalazło  na ciasto (niewiele tego było, ale też wiele nie potrzeba - trochę szynki, żółtego sera, jakiś pomidor, kawałek świeżej papryki i przyprawy). Błyskawiczny obiad można rzec. 

 Młodemu pokoleniu pewnie się wydaje, że pizza w Polsce jest od "zawsze". Dla nich 42 lata to wieczność. Nie zdają sobie sprawy, że pokolenie ich rodziców i dziadków, czyli moje pokolenie dorosło nie znając smaku pizzy. Owszem, czytało się o tym włoskim daniu, rozsławionym na świecie dzięki włoskim emigrantom w USA, ale jak ten wytrawny placek drożdżowy smakuje, to można się było ledwie domyślać. Ponoć bar mleczny w Słupsku uznano za pierwszą pizzerię w Polsce. W owym barze 8 marca 1975 roku podano - sprzedano pierwszą pizzę w lokalu. Z mojego doświadczenia pamiętam, że po ślubie w 76 roku znalazłam w jakimś babskim magazynie przepis na pizzę. I wtedy spróbowałam tego włoskiego klasyka po raz pierwszy. A będąc we Włoszech w podróży poślubnej w końcu miałam okazję poznać smak prawdziwej włoskiej pizzy. I we włoskim wydaniu, to może być naprawdę coś banalnie prostego i smakowitego. Pamiętam, jak wędrowaliśmy sobie po Rzymie, bez celu i planu, co raz wychodząc na zabytkowe place, natykając się na opisywane w podręcznikach kościoły, pomniki, pałace. Z Piazza Navona poszliśmy za tłumem jedną z krętych uliczek  - przed siebie. W pewnym miejscu zauważyliśmy sporą kolejkę przed jakimś sklepem? piekarnią? Dochodziły stamtąd niezwykłe, smakowite zapachy, jakby chleba, podobne do zapachu pizzy pieczonej przeze mnie w domu. Ach, trafiliśmy na naszą pierwszą włoską pizzerię. Zapamiętałam ją na całe życie. Sklep - piekarnia, zupełnie pusty w środku (nie licząc tłumu klientów) miał właściwie tylko szeroką drewnianą ladę i piec do wypieku pizzy. Tłum się poruszył, gdy piekarz (dziś wiem, że pizzaiolo) wyjmował z pieca na wielkiej drewnianej łopacie ogromne blachy z pizzą, na której był w charakterze obkładu tylko podsmażony boczek, w długim płóciennym fartuchu  kroił te wielkie płaty pizzy na mniejsze prostokąty i kładł na każdy kawałek krążki melona . Druga osoba kasowała pieniądze od klientów. Błyskawicznie to szło. A ta prosta pizza z boczkiem i świeżym melonem była jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą , jakie jadłam. Na pewno była jedną z tych autentycznych. Potem jadłam różne, zwykle takie komercyjne, pizze, dla masowego turysty. Ale w Neapolu trafiłam na mały bufet- stragan, gdzie sprzedawano pizze w formie pierogów - calzone, niektóre były smażone w głębokim tłuszczu, była też jedna z ciasta ziemniaczanego. Mnie te pierogowe pizze niezwykle przypominały rosyjskie "pirożki", też często smażone w tłuszczu. Ech, smakowitości.

Jak to dobrze, że świat tak nam się otworzył. Nie musimy nawet wyjeżdżać, żeby poznać smaki świata. Te smaki przyszły do nas. I to też jest wspaniała różnorodność, bogactwo i dziedzictwo cywilizacji.

Jakie potrawy świata lubicie najbardziej?   


Podziel się
oceń
0
3

komentarze (19) | dodaj komentarz

Dziś torcik alla dakłas

wtorek, 07 lutego 2017 23:52

Ja wiem, że cukier, to biała śmierć. Ale wolę "umierać" z przyjemnością niż bez. No, już nie bluźnię. Ale po prostu jestem uzależniona od słodkich wypieków. I lubię sobie sprawiać drobne przyjemności kulinarne. Więc dziś zrobiłam Dacquoise. Ale zaczęłam już wczoraj.  I tak naprawdę, to nie jest dokładnie dakłas. To jest coś lepszego :) Mój pomysł autorski. Ale nie odważyłabym się sama zmieszać różnych ingradiencji i upiec. Aż takiego wyczucia i doświadczenia nie mam. Dakłas, to dwa lub więcej spody bezowe przełożone kremem ponoć z bitej śmietany z daktylami. Ja zrobiłam spody  według przepisu na tort kijowski: z ubitych białek, z dodatkiem odrobiny mąki i sporej ilości orzechów (ja dałam płatki migdałowe i siekane migdały, akurat miałam). Krem zrobiłam z mascarpone z dodatkiem kajmaku z puszki, bitej śmietany i daktyli (a jakże). Spody upiekłam wczoraj, żeby papier do pieczenia łatwo było zdjąć. Dziś tylko krem  zrobiłam i przełożyłam (znów nie bardzo chciało mi się bawić w ozdabianie). I przeszło połowę tortu zaniosłam wnukom. Tak bez okazji. Na podwieczorek zjedliśmy z Moim  tylko po jednym kawałku, zostało jeszcze trochę na jutro. Nie, nie, na noc nic nie będę jeść, chociaż, jak o torcie piszę, to kusi mnie...  Smaczniutkiego !! ;)

 

DSCN2421.JPG 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

piątek, 24 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  2 288 353  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2288353

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl