Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 765 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Urodziny teściowej

poniedziałek, 31 marca 2008 15:42
 Już sobie obiecywałam, że nie będę się więcej denerwować sytuacją.  Teściowa w środę ma urodziny - 80. Mają być hucznie obchodzone w lokalu. Ja ciągle nie wiem, kto wpadł na ten głupi pomysł. Mnie zakomunikowano tylko, że będzie impreza w lokalu za miastem, bo tam mieszka jakaś kuzynka, która już niejedną imprezę organizowała. Mnie nikt nie pytał, w końcu ja tylko synowa jestem. Mój potulny mąż na wszystko sie godził, moze w duchu rad, ze nic załatwiać nie musi. Ma "tylko" zapłacić. Teściowa naspraszała gości różnych, jakby nie dochodziło do niej, że to kosztuje. I jeszcze  na imprezie nie bedzie jej wnuków (moich dzieci), ani jedynego prawnuka, bo w taki powszedni dzień pracuja i uczą się, i nie mieliby jak dojechać, bo za taksówke wydaliby pewnie więcej niż za bilet kolejowy do Warszawy. Teraz okazuje się, że i jej siostra ma kłopoty z dojazdem, a jeszcze niektórzy goście nie mogą się zwolnić z pracy. Też miałam ten problem. Jedne zajęcia będę odrabiać. Spóźnię się, ale pojadę. A przecież pomieściłabym u siebie na wsi te 20 osób (no może bez tych nieznanych mi pociotków, które mogła teściowa zaprosić do siebie). Nie powiem, że mi nie żal tych pieniędzy na konsumpcję w lokalu. Żal. Za tę wydaną forsę można byłoby w domu ucztę zrobić. I teściowa mogłaby miec lepszy pozytek z tych naszych pieniedzy. Ech, szkoda mówić. A jak mi A. bedzie nadawać, że trzeba teściowej wyremontować łazienkę, to mu powiem, że mógł o tym mysleć przed imprezą i nie godzic sie potulnie na wszystkie pomysły mamy i siostry. Chyba mam w sobie żal, że mnie tak pominięto , że nie miałam żadnego wpływu na organizację imprezy, a mam za nia zapłacić (tę 1/3 przypadająca na  mojego A.), chyba o to "pominięcie" i marginalizację mam najwiekszy żal. Co tam, będę , jak zawsze , dobrą synową. Ale ja bym nie cieszyła sie ze swojego jubileuszu, gdyby moje wnuki nie były ze mną. No, ale ja takiego jubileuszu nie dożyję. I tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wpis.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Mam dość

czwartek, 27 marca 2008 16:18
 Syn po raz kolejny naraził mnie na wyczekiwanie w urzędzie celnym. Kupuje coś "spoza Unii Europejskiej", za moje pieniądze, bo nieletni i potem ja muszę tracić czas na cle. Mam dość. Jako kochająca matka załatwiłam sobie kartę kredytową, żeby synuś mógł sobie kupić mundur galowy za granicą. Kupił i był szczęśliwy. Ja też niejako przy okazji kupiłam kuchenkę do nowej kuchni i zmywarkę, na kartę. Ale potem syn "zaanektował" kartę i straciłam nad kartą kontrolę finansową. Więcej niż limit nie wyda, a limit nie jest niebotyczny, ale jednak są to moje pieniądze.  Jeśli chce się uczyć handlować, to muszę mu załatwić osobną kartę do płacenia za granicę, ale nie wiem czy niepołnoletnim wydają karty kredytowe (chyba jako karty dodatkowe do kart rodziców). A teraz oddam dług bankowi (zapożyczając się na ROR-ze) i zlikwiduję tę feralną kartę, bo inaczej chyba nie powściągnę handlowych i konsumpcyjnych zapędów synka- utracjusza. Uff. I żeby to jeszcze chłopy coś w domu pomogły pod moją nieobecność! Gdzie tam. Robili fizykę. A zmywać teraz muszę ja i obiad też musiałam jakiś wymyslić na chybcika (makaron z mięsem od świąt w sosie beszamelowym). A teraz jeszcze muszę iść coś kupić, bo od świąt zostało nam sporo wędlin i słodkiego, ale "wyszły" jajka i sery, no i chleb też lubię świeży.
  Ogólnie na dziś odechciało mi się rodziny złożonej z marsjan. Jedna kobita w domu to czasem za mało. Ale na razie nie ma dokąd uciec, choćby na troszkę. Czekam na lato, wtedy będzie większy luz. A na razie grzeje mnie słonko, wpadające przez okno. I oby grzało jak najcieplej, już bardzo tęsknię za ciepłą wiosną.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Chorują

wtorek, 25 marca 2008 16:51
Mój synek i mój wnusio są bardzo zaziębieni. Jakaś paskudna infekcja z wysoką gorączką. I jak zwykle gardło. Dziś miałam Witusia pod opieką. A Młody też nie wstawał z łóżka. Maluch, mimo wysokiej temperatury (jak na moją rekę ok 38 stopni, a mam wprawę) był bardzo żywotny, tylko apetyt nie dopisywał:"chciałbym bułećki z masłem i sintą, poplosę" (tak to mniej więcej barwnie brzmi), a potem po dwóch kęsach porzucał a to paróweczkę, a to jajko, które sam sobie obrał. No, chore dziecko, po prostu. A Młody miał wczoraj wieczorem prawie 39 st gorączki i bardzo skarżył się na bolące gardło. Nie może się wykurować. Co tydzień "coś" łapie. Teraz ma gorączkę, ale zwykle w pierwszym roku nauki w każdej nowej  szkole miał okres adaptacji i "uczulenia" na szkołę, czerwone gardło, bóle brzucha i głowy, ale bez gorączki. W kolejnych klasach już było lepiej. Czyżby teraz znów? Tak go dręczy ten obowiązek szkolny? Wysoki, chudy, wiotki i słaby, jak niedożywiony. Jak dziecku pomóc? Właśnie siedzą syn i wnuk ze swoimi tatusiami w jednej przychodni, do tej samej pani doktór. Mają godzinne opóźnienie, taki tłum chorujących dzieci. Zobaczymy co teraz lekarka zapisze, żeby jakoś synkowi mojemu pomóc. Martwię się o niego:-|
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Święta, święta...

niedziela, 23 marca 2008 20:11
I nadal Święta. Mija powoli pierwszy dzień Świąt. Miałam trochę krzątaniny. Spędzaliśmy ten świąteczny dzień rodzinnie na wsi. Wcześniej dwa dni zwoziłam tam różności, żeby niczego nam nie zabrakło (oczywiście wszystkiego, jak zawsze, zostało na kilka następnych dni. Nie wysilałam się ze sprzątaniem. Tam na wsi jest zawsze sprzątnięte, jak wyjeżdżamy, staram się zostawić dom w takim stanie, żeby móc kazdego "z drogi" tam poprosić. Więc tę "kosmetykę" zostawiłam małżonkowi, a sama piekłam mięsa (takie z "vacum" po staropolsku, juz się sprawdziły w zeszłym roku) i gotowałam szynkę wędzoną, prawdziwie wiejską w specjalnych przypeawach. Wyszła bardzo smaczna. Na tym wywarze i na rosole wołowym zrobiłam barszcz z koncentratu i ugotowanych buraków. Mam przygotowała swoje firmowe paszteciki z miesem. Pasztet zrobiłam już w piątek, z dwóch kilogramów różnych mięs, wyszło dużo, 3 foremki, część zamroziłam. Ustroliłam dom nowymi żółciutkimi zasłonkami i gałązkami wierzbowymi, zerwanymi nad pobliskim strumykiem przez A. i forsycjami i bukszpanem z ogródka. Kupiłam jeszcze pęk żonkili, rozwiesiłam i porozkładałam różne malowane pisanki, zbierane co roku z okazji Świąt. I dziś zasiedliśmy o średnio późnej porze do śniadania, a może Śniadania, dzieląc się z najlepszymi życzeniami święconym jajkiem (o które zadbała moja mamusia). Po śniadaniu wnusio poszedł szukać w ogrodzie jajek zostawionych przez Zajączką (syn wczesniej porozkladał pod krzaczkami czekoladowe jajka). Mały miał dużo radości z szukania i wkładania do koszyczka znalezionych jajek. Potem poszliśmy na tradycyjny spacer przez wieś. Nasza wieś jest bardzo stara, jej początki sięgają XII wieku, kiedy była własnością joannitów. Teraz jest malutka i przytulna i czysta. Ma zabytkowy drewniany kościółek z XVIII wieku i pałacyk z końca XIXw., 3 sklepy spożywczo-przemysłowe i kwiaciarnię, piękną nowoczesną szkołę podstawową, plac zabaw dla dzieci i plac ujeżdżeniowy dla początkujących jeźdźców. W tym roku A. chciał być na Zajączka "świętym Mikołajem" i kupił wszystkim prezenty i było miło. Ja dostałam dwa czerwone sweterki z "Olimpii", które sobie wcześniej wybrałam. A Mojemu kupiłam album o motocyklach.
Nakrzątałam się dziś trochę, ale było sympatycznie, rodzinnie i wesoło. Jutro dalszy ciąg świętowania, mam nadzieję, że będę miała czas na poczytanie gazet i książek, które na mnie czekają. Miłego świętowania.
@)-->-->--
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Powspominam świątecznie

wtorek, 18 marca 2008 19:57
Święta Wielkanocne w dzieciństwie spędzałam zazwyczaj w Gostyniu, u babuni. Babunia mieszkała z rodziną cioci, a właściwie to ciocia mieszkała "u babci", takie feudalne rządy prowadziła moja babcia. Ale dla mnie była najukochańszą babunią. Ona była moją chrzestną matką, a ja jej pierwszą, ukochaną wnuczką i jedyną dziewczynką. Babunia była macochą mojej mamy i cioci. Wyszła za mąż za dziadka na rok przed wojną, dziewczynki już chodziły do szkoły. A w czasie wojny Niemcy zamęczyli dziadka w Auschwitz( bo cóż winne miasto Oświęcim, że obok powstał obóz) i babcia została "dwuletnią" wdową z dwiema pasierbicami. Instynkty macierzyńskie dały znać o sobie dopiero, gdy ja pojawiłam sie na świecie. Spędzałam u babci zawsze sporą część wakacji letnich, gdy chorowałam babunia przyjeżdżała do nas, spedzała też część zimy u nas. No i wiosenne święta też tradycyjnie spędzaliśmy wspólnie z babunią i rodziną cioci. Przyjeżdżaliśmy autobusem w sobotę, szliśmy gromadą ze święconką. W niedzielę szliśmy na 9.00 do fary albo Świętego Ducha na mszę, gdzie z wielką niecierpliwością oczekiwałam na swoją ulubioną pieśń :"Otrzyjcie już łzy płaczący". Jeśli organista jej nie zaintonował, to byłam niepocieszona, jakby święta były niepełne. Inne pieśni mnie tak nie nastrajały świątecznie jak ta. Po powrocie było uroczyste śniadanie. Pamiętam 7 osób, a po urodzeniu drugiego kuzyna - 8 osób przy wielkanocnym stole (u nas w tym roku, szczęśliwie będzie znów 10 osób, tak jak w zeszłym roku i 4 pokolenia!!). Po śniadaniu, które ciągnęło się do popołudnia, szliśmy obowiązkowo na dłuugi spacer. Im byłam starsza, tym krótszy wydawał mi się ten spacer, chociaż tras nie zmieniliśmy. W pierwsze Święto szliśmy zazwyczaj szosą, zwykle pustą w tamtych czasach w stronę Goli. Tam na poboczu drogi kwitły kaczeńce i fiołki, parę razy znaleźliśmy też podkowy na szosie, całkiem zwykla rzecz, w czasach, gdy gospodarze jeździli na targ furmankami, a do kościoła do dziś jeżdżą w tamtych okolicach powozami i "landami" na dwóch kołach. W drugi dzień Świąt babunia miała zwyczaj budzić nas tradycyjnym w Lany poniedziałek dyngusem. Miała takie psikające jajko i symbolicznie "polewala" wszystkich jakąś pachnącą Przemysławką cieczą. W ten dzień po obiedzie szliśmy do klasztoru, przez łąki, czasem przez cmentarz (ale cmentarz był raczej "tabu", bo tam był grób mojej pierwszej babci, z niewiadomego mi powodu tajemnica rodzinna, o której miałam usłyszeć dopiero po śmierci babuni, jako dorosła już kobieta, żona i matka, ale o tym innym razem). W drodze do klasztoru oglądaliśmy pierwsze kwitnące krzaki, czasem już drzewa owocowe i znów kaczeńce, przy stawkach, a wokół klasztoru znów pełno fiołków. Zdecydowanie fiołki nieodmiennie kojarzą mi się z Wielkanocą. Teraz i o dzikie fiołki trudno i o kaczeńce. I jeśli je widzę, to już ich nie zrywam, jak kiedyś , zbyt ich mało i takie są kruche, nietrwałe, wolę podziwiać je w naturze. Nie spędzamy już od dawna Świąt w Gostyniu, ale nie jest to szczęśliwie miejsce wspomnień jedynie. To ciągle jest miejsce serdecznych spotkań z następnym już pokoleniem i z innych teraz okazji. Bywamy tam czasem w Drugie Święto i próżno by szukać fiołków i kaczeńców na poboczu drogi. Ale nastrój rodzinny, ciepło i życzliwość są tam nadal. I to jest piękne.@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

piątek, 28 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2363440

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl