Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 556 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Teatr

piątek, 30 marca 2012 13:17

Teraz napiszę coś, jak zupełna dyletantka. Byłam w teatrze. Nie, żeby to była dla mnie nowość , ale ostatni raz byłam w teatrze w moim mieście sto lat temu, tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy. Tak jakoś, nie odczuwałam potrzeby (i niespecjalnie sie tego wstydzę). Teraz też nie z potrzeby jakiejś duchowej poszłam, tylko zaproszona przez przyjaciół, z ciekawości. I nie potrafię wyartykuować swoich odczuć. Są niejednoznaczne. Taak. Z całą pewnością spektakl zrobił na mnie duże wrażenie. Była to sztuka Hanocha Levina "Poper . Komedia z piosenkami". Była to raczej groteska albo tragifarsa. Ponoć w grotesce zawarta jest zawsze jakaś tragedia (tak twierdził Sherlock Holmes). Najpierw formalności: sztuka jest grana w kameralnej sali, nie ma sceny, nic nie dzieli aktorów od widzów, aktorzy grają o krok od pierwszego rzędu foteli (z podobną koncepcją spotkałam sie ostatnio w operze, na "operze kieszonkowej" w sali kameralnej). Najbardziej chyba poruszyła mnie praca aktorów. Jakaż to ciężka praca, jakiż ekshibicjonizm, czułam sie wręcz skrępowana, gdy niemłody mężczyzna przebierał się dwa kroki ode mnie (na szczęście pozostając w gaciach i skarpetkach). Tak, samo życie, ludzie miałcy, zwyczajni, szukający szczęścia. I tragedia z powodu drobiazgu, z braku porozumienia, komunikacji. Smuteczek codzienności, dający do myślenia, nie pozwalający łatwo zapomnieć tego, co się zobaczyło i usłyszało. Nie odwzorowanie rzeczywistości, ale jej przerobienie. Na pewno było to ciekawe i niecodzienne przeżycie. Ale gdybym wcześniej nie poczytała trochę  na temat autora i sztuki, byłabym zawiedziona i rozżalona, że ktoś nazwał tę sztukę komedią. A tak przynajmniej wiedziałam, że to będzie gorzkie. Ładne były piosenki, ładnie zaśpiewane, ładne kostiumy i uważam wieczór za udany. Szczególnie, że przed teatrem zdążyliśmy jeszcze z przyjaciółmi wstąpić do klimatycznej kafejki i chwilkę pogadać  ;-).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Wiosna

czwartek, 22 marca 2012 20:18

               Pójdziemy w pole w ranny czas.

          Młode traweczki witam was.

          Młode traweczki zielone,

          Poranną rosą zroszone.

 

          Długoście spały twardym snem

          Pod białym śnieżkiem w polu tym.

          Teraz główeczki wznosicie,

          Bo przyszło słonko i życie. 

                                   ( Maria Konopnicka z cyklu "Co słonko widziało")

Dzisiaj w południe na "moim" polu. Był też skowronek, który nie wytrzymał nerwowo i podfrunął, gdy przeszłam zbyt blisko. Gdy przysiadł - zniknął, zlał się z tłem. Słyszałam także śpiewającego, ale go nie dostrzegłam. Były też 4 kaczki krzyżówki, które poderwały się znad strumykowych chaszczy. A na wierzbach pojawiają sie nieśmiało bazie. Piękny był dzisiaj dzień. Przyszła wiosna, niech trwa!

P.s.

Muzykę to tego wiersza i do całego "Śpiewnika dla Dzieci"(słowa M. Konopnicka) napisał  Zygmunt Noskowski. Jeśli chcecie posłuchać wpiszcie w wyszukiwarce "Pójdziemy w pole w ranny czas". Ja nie umiem wpisać linka. Ja też ten wiersz znam dzięki piosence, ten i wiele innych, których uczyłam sie w szkole podstawowej. To są miłe pioseneczki, na każdą porę roku. Wspomnienia dzieciństwa i cudownej szkoły, Państwowej Podstawowej Szkoły Muzycznej im.H.Wieniawskiego w Poznaniu:-).

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

O tureckich słodyczach

środa, 14 marca 2012 23:00

Dedykuję Dosi:-)

Jako znany łasuch musiałam spróbować tureckich słodyczy. Ale ja nie specjalnie zajadam się cukierkami czy czekoladkami. Moją "specjalnością" są słodkie wypieki, bez których świat wydaje mi się mniej kolorowy.

Ze słodyczami spotkaliśmy się już na pierwszym śniadaniu. Turcy uwielbiają takie galaretki -ciągutki, które nazywają  lokum, może to nie tylko te galaretki się tak nazywają, bo kupiłam też figi nadziewane różnymi orzechami, posypane cukrem pudrem, też lokum. Ciągutki nie zachwyciły mnie. Bałam się o swoje plomby. Słodki żelek, bez specjalnego smaku. Natomiast pasjami jadałam suszone figi, morele i rodzynki, zdrowe i miejscowe. Z ciast Turcy lubią różne słodkie bułki, pszenne i kukurydziane, które jada się na śniadanie z rozmaitymi konfiturami, półpłynnymi i bardzo słodkimi. Na licznych "popasach" spróbowałam ciast z jabłkami, trochę jak nasze bułeczki drożdżowe, ciasteczek w formie ruloników, nadziewanych masą orzechową i ciastek - nie ciastek: kulek morelowych z orzechami. Świetne, ale i drogie. Wszystko "łan"euro albo "tu" euro. W Antalyi, w małej piekarence kupiliśmy sobie makaroniki, wspaniałe, takich smacznych nigdy w Polsce nie trafiłam. Ale cena była nie do targowania 2,5 liry czyli przeszło 5 zł za sztukę. Wspominam je z rozrzewnieniem. A kawa i herbata były na każdym kroku. Herbatę podają w wielu sklepach klientom (przed transakcją i po) w miniaturowych szklaneczkach - tulipankach (są też tego samego kształtu, ale wysokości naszych szklanek), a kawa prawdziwie po turecku parzona jest w tygielku, pita w malutkich , kolorowych filiżaneczkach z bardzo miałkimi fusami (fuj, nie znoszę fusów) i popijana wodą (trzeba te fusy popić). Wypiłam raz i wystarczy. jest też pełno soków ze świeżo (przy nas) wyciskanych owoców, obecnie z pomarańcz i granatów. Nie rujnuje kieszeni. Tak. Karmić się w Turcji jest przyjemnie.

P.s.

No, tak , zapomniałam o chałwie. To dlatego, że syn jest uczulony na sezam, więc  chałwy nie kupowałam (ceny wyższe niż w Polsce za te same, tureckie chałwy). Ale jadałam chałwę, prawie codziennie , na śniadaniach (bogaty "szwedzki stół"). A jeśli chodzi o chałwy, to bardzo lubię "ruską" chałwę słonecznikową, jest inna, a najważniejsze, nikomu w domu nie szkodzi.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Turcja -końcówka

piątek, 09 marca 2012 23:20

    Pamukkale – wapienne tarasy,  przez które przelewa się gorąca woda. Cud natury. To ponoć największy, pod względem powierzchni, taki twór na Ziemi. Jest niezwykły, to fakt. I biały jak śnieg. I dlatego najlepiej zapewne, zwiedzać te tarasy latem. Trafiłam tam w ostatni dzień lutego, gdy na okoliczne wzgórza spadł prawdziwy śnieg. Pogoda była zimowa, a odczucie chłodu potęgował jeszcze mroźny, porywisty wiatr,  wyjątkowo nieprzyjemny. Spacer wzdłuż tarasów ograniczyliśmy do niezbędnego minimum, żeby zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Nad tarasami w czasach rzymskich istniało wielkie miasto Hierapolis, sławne ze swych nekropolii. Wielkim zaszczytem i splendorem było mieć swój grobowiec w tym mieście. Ruiny tego miasta ciągną się nad tarasami ok 2 km.  Przeszliśmy się starożytna drogą 1,5 km i widzieliśmy tę największą nekropolię czasów helleńskich (czyli po Aleksandrze Macedońskim) (Iskander –to po turecku „Aleksander”, słowo często pojawiające się w napisach ulicznych).  Po zwiedzaniu pojechaliśmy do sympatycznego (i całkiem eleganckiego) hotelu „Richmond”, gdzie wieczorem zażywaliśmy leczniczych kąpieli w hotelowym basenie z wodami termalnymi. I wszystko było fajnie.

 Na drugi dzień pojechaliśmy przez góry Taurus do Antalyi. W górach luta zima, jak w naszych górach.

Po drodze „zaproszono” nas do manufaktury dywanów.  Ja, jako ta pierwsza naiwna, zupełnie nieprzygotowana  do tureckiego handlowania przeżyłam pierwszy szok. Indywidualni sprzedawcy do indywidualnych kupujących. Istne pijawki.  Nie potrafiłam ich grzecznie spławić.  A ja jestem człowiek grzeczny, spokojny, do czasu. Spuśćmy zasłonę milczenia na tę fabrykę, faktem jest, że piękne dywany tam tkają. (tylko na co mi dywany, kiedy w całym domu mam ogrzewanie podłogowe?). Potem była Antalya.  I znów  „zaproszenia” – do fabryki jubilerskiej i fabryki odzieży skórzanej.  Nikt mi przed wyjazdem nie powiedział, że będą mnie nagabywać, „naganiać” do kupna tych „specjalności domu”, że będzie to niby grzeczne, ale jednak dość natarczywe i nachalne. Nawet się polskiego nauczyli, żeby wcisnąć w wyśrubowany sposób ludziom towary za niewyobrażalnie ciężką forsę. I jeszcze to targowanie się, to zbijanie ceny.  To jest dla mnie nie do przyjęcia, to mnie nie bawi, to mnie obraża, odstręcza, wprawia w popłoch, zaczynam uważać tych sprzedawców za oszustów i krętaczy.  Do tej pory, jak sobie przypomnę te podchody, to aż  mnie trzęsie ze złości i oburzenia.  Mąż tłumaczył,  że mam spokojnie  mówić „nie” i się nie denerwować. Łatwo mówić.  Ja się bałam, że oni mi jednak jakimś sposobem coś wcisną, czego w ogóle nie będę chciała, a potem się nie wypłacę do końca życia. Może ci sprzedawcy to wyczuli, tę moją słabość? Ale jednak bardzo marudziłam przy złotych wyrobach. W końcu facet, który się do nas dokleił, jako „doradca” prawie nas wyprosił z tego salonu jubilerskiego, więc mu przypomniałam, że podobno mamy prawo wszystko sobie dokładnie obejrzeć , a obowiązku kupowania nie ma. I dał nam spokój. Przecież były tuziny takich, którzy tylko w tym celu pojechali na te wycieczkę (jak się okazało).

A w salonie skórzanym patrzyłam na cudeńka, jak na eksponaty w muzeum, a tu mój małżonek zapragnął mi coś kupić.  A tośmy  ucieszyli „doradcę”.  Przymierzyłam z 10 albo więcej kurtek, marudząc,  a to na kolor, a to na rozmiar, a zwłaszcza na cenę i co chwile mówiąc : no to idziemy.  W końcu znalazła się idealnie na mnie, według Mojego,  kurteczka – płaszczyk , ale ja nadal uważałam, że nie stać nas na takie fanaberie. Turcy widać lubią takie teatry (chociaż ja zupełnie serio nie chciałam nic kupować), bo po kilku obniżkach ceny, która stale była dla mnie nie do przyjęcia, cena zjechała nagle o 80 %. No, przestałam się upierać i opierać.  W końcu czemu nie, mogę mieć pierwszą (i zapewne ostatnią)  w życiu sztukę odzieży skórzanej, do tego w prezencie od męża.

 Ale to handlowanie po turecku tak mnie rozstroiło, że nie miałam ochoty niczego więcej kupować, omijałam sklepy szerokim łukiem, żeby znów mnie ktoś nie naciągał, nie nagabywał, nie ćwiczył na mnie sztuki negocjacji. Bo ja się do tego psychicznie nie nadaję. Nie znoszę, jak ktoś daje sobie prawo do decydowania za mnie, co mi się przyda i co mi się spodoba. Brr.

 I jeszcze język. Wiem, że wydziwiam, ale jako filolog  i maniak druku czytam wszystko, co da się przeczytać. A akurat język turecki da się przeczytać, bo używają alfabetu łacińskiego. I ani jednego „ludzkiego „ słowa nie można zrozumieć. Pierwszy raz miałam do czynienia z taką sytuacją, że czytając nie rozumiałam zupełnie nic. I to mnie okropnie wkurzało. Język robił ze mnie głupią! I słusznie mi się należało. Ciągle za mało mam w sobie tolerancji, a za dużo ignorancji.  Ale za stara jestem (i zupełnie mi nie zależy), żeby dokształcić się w tureckim. Z dogadaniem się właściwie nie było problemu (angielski, niemiecki, rosyjski na każdym kroku, a i polski całkiem często). No i z pragnienia bym nie umarła, bo podstawowe napoje (także Polaków) cay („ c” z haczykiem, czytane „cz”) czyli czaj i kahwe, to jedyne „przyjazne” słowa, zrozumiałe bez tłumacza.  Do EU bym Turcji jeszcze nie przyjęła, to jednak ciągle „dziki” kraj, no i musieliby się nauczyć handlować po europejsku, nie tylko w supermarketach.  

Port i starówka w Antalyi.

Nad tą piękną zatoką leży Antalya.:-)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Turcja cz.2

środa, 07 marca 2012 16:28

Na trzeci nocleg dojechaliśmy w pobliże miasta Selcuk (c ma taki haczyk jak „ę”czy „ą” i wtedy czyta się „dż”) czyli Seldżuk i w pobliże ruin Efezu. Po drodze mijalismy bardzo malownicze okolice.

Przyjechaliśmy po ciemku. Hotel, jak hotel, wielki, znów udawał luksusy. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji wszystko jest spreparowane „pod turystę”, na wierzchu lukier, a pod spodem, jak „poskrobać” to bida. Pierwsze wrażenie ma nas olśnić, a niedoróbki i usterki w pokojach? Może turysta nie zauważy? Fakt, było czysto, ale doprawdy przesadą jest twierdzić, że te hotele są 5*, chyba w skali dziesięciogwiazdkowej. Poza tym te hotele są przeznaczone na lato, turysta ma się w nich tylko przespać, a cały dzień i wieczór spędzać na dworze. Więc po co się wysilać?

Hotel w "polu"

Widok z naszego pokoju na drugim pietrze.

Na drugi dzień okazało się, że z balkonu widać morze, Morze Egejskie. I świeci słońce. Ale widać też było, że w nocy spadł śnieg i nie ma zamiaru topnieć. Co zrobić, na pogodę nie ma rady. Pojechaliśmy zwiedzać ruiny Efezu, wycieczka na 2 godziny. Okropnie nie chciało mi się wysłuchiwać historii tych miast, czterech Efezów z okresu greckiego, hellenistycznego i rzymskiego. Kamienie, ruiny, zniszczenie, smutek i dojmujący mroźny wiatr. Zupełnie mnie to nie interesowało. Zdziecinniałam. Poczułam się, jak przed laty w Berlinie w Muzeum Pergamońskim (ruiny Pergamonu leżą zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Efezu, co za zbieg okoliczności). Tato , zafascynowany historią starożytną, zabrał mnie, dziesięciolatkę, do owego muzeum, żebym się czegoś nauczyła. A ja straszliwie się nudziłam i nie widziałam nic ciekawego w tych obłupanych , szarych kamieniach (po latach sama z wielką uwagą i przyjemnością studiowałam tam rzeźby greckie i zabytki Mezopotamii). W tym mroźnym Efezie myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej schować się w ciepłym autobusie. No, niestety.

Ruiny Efezu pod śniegiem.

Po zwiedzeniu Efezu mieliśmy wycieczkę fakultatywną. Kto nie zapłacił 55 euro, mógł siedzieć w hotelu z widokiem na morze, w „polu”, bo żadnego osiedla w pobliżu nie było. Zapłaciliśmy i dostaliśmy do wycieczki bonus w postaci „lanczu”. Spróbowałam tureckich dań na ciepło, jakieś kulki mięsne, mniejsze, większe, z kaszą, kuskusem, ryżem i surówki z różnych sałat, ogórków, papryki pomidorów, do samodzielnego skomponowania. Nic, za czym bym tęskniła.

Wstąpilismy do meczetu. Ruiny po chrześcijańskiej światyni odrestaurowano i urządzono w tych murach meczet: meczet Pana Jezusa  - Isa Bey. Tak się oficjalnie nazywa.

Poza tym, najświętszym, miejscem meczet jest pusty, tylko na podłodze leżą dywany.

Potem pojechaliśmy na wysoką górę (nazwy nie pamiętam) do sanktuarium maryjnego Meryemana (czyli dosłownie Marii Matki). Ponoć tam właśnie nastąpiło wniebowzięcie Marii. Jest to do dziś ośrodek kultu maryjnego, maleńki kościółek sprzed prawie tysiąca lat. W pięknym obszarze leśnym, obecnie Parku Narodowym.

Napiłam się wody źródlanej z czterech „cudownych” źródełek (były to 4 krany), na zdrowie, na mądrość, na dużo dzieci i na coś jeszcze, nie wiem co. Woda bardzo czysta i zimna.

Potem był wyjazd do wysoko położonej, malutkiej i „milutkiej' wioski Sirince (co znaczy właśnie „milutka”). Tam było znów pełno śniegu, wąskie uliczki, pełne sklepików i kramów z orzechami wszelkimi, suszonymi owocami, pamiątkami, z winiarniami i restauracyjkami. W jednym z takich lokali mieliśmy degustację miejscowego wina z granatów i Raki, wódki z winogron. (oraz plasterka solonego sera). Na wieczór wróciliśmy do tego samego hotelu i zakończyliśmy dzień kąpielą w ciepłym, hotelowym basenie (pod dachem).

Nazajutrz czekał nas wyjazd do Pamukkale – wapiennych tarasów.

Ale o tym w następnym wpisie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 672  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513672

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl