Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 556 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zwiedzanie, podziwianie.

piątek, 28 marca 2014 11:53

Wiem, że ludzie jeżdżą w tropiki dla tych ekstremalnych temperatur. ja wolałabym, żeby Bali było nieco chłodniejsze. I okazuje się, że są takie cudne miejsca na tej rajskiej wyspie, gdzie "można oddychać" i bywa nawet chłodno! Wnętrze wyspy jest górzyste, jest tu kilka wulkanów, wznoszących się przeszło 2 tys.m nad poziom morza (a morze tuż, czyli realnie bardzo wysokich). Z okien naszego drugiego hotelu w Ubud widać było wulkan Agung (3074m npm), świętą górę Balijczyków.

IMAG0186.JPG

Pod oknem ołtarzyk domowy, a jakże. A dalej pole ryżowe:)

My pojechaliśmy na wycieczkę nad jezioro Bratan, prawie w samym środku wyspy. Na jeziorze, otoczonym górami (prawie stale zamglonymi) na wysepkach blisko brzegu znajduje się świątynia, o której przewodniki piszą, że koniecznie trzeba ją zobaczyć :Ulun Danu Bratan.  byliśmy tam w niedzielę i niestety, nad jeziorem były tłumy. I byli to w przeważającej mierze Indonezyjczycy. Tłok, hałas, nie było nastroju na skupienie i wczucie się w atmosferę tego, ponoć, energetyzującego, miejsca. I jeszcze kierowca! moja szwagierka, gdy przyjeżdża na Bali zatrudnia zaprzyjaźnionego kierowcę. Ona uważa, że lepiej sytuowani (czyli ona) powinni pomagać tym biedniejszym (czyli Indonezyjczykom). Więc zatrudnia miejscowego kierowcę (płacąc mu znacznie wyższe wynagrodzenie, niż ogólnie przyjęte), u siebie na Sumbawa zatrudnia gosposię i ogrodnika, "żeby dać im zarobić". Ja zupełnie nie jestem przygotowana na "służących"(jak inaczej ich nazwać?). Niby ich nie ma, a jednak są. Stale czułam obecność kierowcy, który chodził za nami. Ja go nie znałam, zupełnie nic o nim nie wiedziałam, miałam wrażenie, że nas pilnuje, takie głupie uczucie, że jestem kontrolowana. A on tylko chciał dobrze wypełniać obowiązki. Ale ja sobie popsułam nastrój.  Po obejrzeniu nadjeziornych atrakcji pojechaliśmy do ogrodu botanicznego Bedugul. Zimy tam nigdy nie bywa, ale klimat jest zawsze bardziej wiosenny, niż letni. Na stokach góry zawsze jest chłodno, ok 20 st.C. Także roślinność była bardziej "swojska", kwiaty, krzewy znane z polskich parków. Owszem była kolekcja orchidei, tylko akurat większość przekwitła, zostały pojedyncze kwiaty (kolekcja mojej synowej jest o wiele bogatsza i stale kwitnąca). A ja już zaczynałam być chora (przeziębienie) i coraz bardziej marudna.  Na obiad zjadłam coś balijskiego, a raczej azjatyckiego, jakiś nasi goreng i mi to nie wyszło na zdrowie. Przez cały pobyt w Indonezji drażniły mnie tamtejsze zapachy potraw, przypraw, nie miałam ochoty niczego zjeść, próbować. Stwierdziłam, że wszystko jest przesolone, przesłodzone albo gorzkie i oczywiście ostre, bardzo ostre.Kuchnia nie dla mnie. 

Swiatynia2.jpeg

Świątynia Ulun Danu Bratan (widokówka)

Na drugi dzień, już sami , bez szwagierki, która musiała wracać do pracy, pojechaliśmy z "naszym" kierowcą do pięknej świątyni nad morzem, na skale: Tanah Lot. Upał był normalny, ale nad samym morzem przyjemnie chłodziła morska bryza. Chciałoby się tak posiedzieć w cieniu i patrzeć na cuda przyrody i ludzkich rąk. Ale ... znów ten kierowca. Chodzi za nami, siedzi, czeka, czy płacimy mu za jazdę, czy na godziny? Hollender! Czułam się poganiana. Pewnie zupełnie bezpodstawnie, ale tak sie czułam. A nad tym oceanem było tak pięknie...

IMAG0172.JPG

To nie jest świątynia, to zdjęcie zrobione od strony świątyni. A zdjęć świątyni mam  aktualnie "pod ręką" 4 i ŻADNE  nie chce się załadować na blog. Fatum jakieś? Juz zeskanowałam widokówkę, ale dziś bloog nie chce "ładować" zdjęć. Poczekam.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Lecimy dalej - Bali

poniedziałek, 24 marca 2014 19:30

Z Kuala Lumpur lecieliśmy na Bali (Indonezja) 3 godziny tanimi liniami Air Asia. A jak linie tanie, to nie dają jeść. Kupiliśmy jakąś w miarę "europejską" kanapkę, bo te zapachy "goreng" (potraw smażonych) doprowadzały mnie do mdłości. Lot minął szybko, tylko lądowanie w środku gwałtownej burzy trochę mi się dłużyło;) Chciałam byc jak najszybciej na twardym gruncie. Oczekiwanie na odprawę paszportową w hali przylotów, to był horror. Za najgorszych socjalistycznych czasów nie stałam w tak długiej kolejce. Całą godzinę posuwaliśmy się noga za nogą w tej "sali tortur". A torturą nazywam okropny chłód, który panował w tej hali. Było najwyżej 15 st. Kto miał, zakładał na siebie swetry i polary. My nie mieliśmy. W końcu lecieliśmy z tropiku w tropik.  Już w samolocie było chłodno, ale w koszuli z długim rękawem  do wytrzymania. Mój sie wtedy przeziębił. Nasza siostra (moja szwagierka) czekała na nas na lotnisku, bardzo przejęta, bo czekała 2 godziny. Pojechaliśmy do hotelu w Ubud, ok 50 km od lotniska. To małe miasto, w głębi wyspy, opisane w książce "Jedz, módl sie i kochaj". Miasto pełne spokojnych turystów, ciekawych kultury i historii wyspy Bali, a także malarzy i muzyków miejscowych i z całego świata. Bali jest niezwykłą wyspą na tle całej Indonezji, bo nie jest muzułmańska. Jest hinduistyczna i ludzie tu mieszkający żyją na codzień ze swoimi bóstwami, jak z członkami rodziny. Każde domostwo, to rodzinna świątynia, ołtarze i ołtarzyki, bóstwa przepięknie rzeźbione i codzienne ofiary składane bóstwom w plecionych z liści koszyczkach, z owocami i kadzidełkami, przy każdym sklepie, w hotelowym ogrodzie, na każdym kroku. Nawet tańce i widowiska nie są dla turystów, tylko dla bogów, ale przy okazji można i na turystach trochę zarobić;). Balijczycy są sympatyczni, uśmiechnięci, przyjaźni i ładni. To niewysocy, śniadzi ludzie, o zgrabnej sylwetce i miłych twarzach. Na każdym kroku są dzieła sztuki, rzeźbione w kamieniu lub drewnie. To byłby raj na Ziemi, gdyby nie klimat!  Na pewno wielu ludzi lubi łaźnię parową i nie przeszkadza im pot zalewający oczy i całe ciało. Ja nie znoszę (jak się okazało) takiego klimatu. Gdy patrzę na zdjęcia, to cudnie, ale zaraz sobie przypominam tamten upał i cieszę się wtedy, że jestem z Polski i w Polsce. Bo co to za przyjemność być w takim fascynującym miejscu i nie móc po nim pospacerować? Do wybranych miejsc jechało się taksówką albo hotelowym busem z klimatyzacją (oczywiście nastawioną na maxa, czyli ok 15 st, brr), wysiadało sie na te mokre 30 st. i po 15 minutach można było się przebierać i brać prysznic (a w każdym razie ja miałam taką potrzebę). Wychodziliśmy wieczorem do miasta ,5 minut spacerem do centrum, a mieszkaliśmy przy polach ryżowych, bo miasto niewielkie, z trzema głównymi długimi ulicami, pełnymi sklepów i restauracji dla turystów. Wieczorem nadal nie było czym oddychać, a chłodniej było tylko o tyle, ze słońce dodatkowo nie grzało. A jeszcze chodząc wąskimi chodnikami czuło sie mdlący zapach mysich (szczurzych?) odchodów. Średnia przyjemność. Ogólnie ten tropik jest nie dla mnie. Chociaż zabytki i przyroda Bali zapiera dech (z powodu klimatu - dosłownie).

IMAG0068.JPG

Z takich pawilonów w pięknym parku, schodzącym tarasowo do rzeki znajduje się zabytkowy hotel Tjampuhan. W tym pawilonie na piętrze mieszkaliśmy 3 dni.

 

IMAG0063.JPG

 

A to widok z naszego tarasu na staw i dalej na basen (woda cudownie ciepła).

 IMAG0101.JPG

To wejście do jednej ze świątyń w Ubud. Wejścia strzegą bóstwa odziane w jakieś szmatki. Wszystkie posągi bóstw zawsze były obwiązane w pasie jakimiś materiałami (??).

 

IMAG0081.JPG

Dla bóstw (i żeby było ładnie).IMAG0148.JPG

To wejście do jednego z hoteli, jak świątynia, prawda?

O innych pięknych miejscach, które widziałam napiszę w następnym "odcinku".

 

 

   


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jeszcze w Kuala

niedziela, 23 marca 2014 10:24

Po zwiedzeniu Wież Petronas pojechaliśmy kolejką "w miasto". Z dworca Sentral (nie wiem, czy tak seplenią, czy wymawiają s jak c, bo ich drobne, to senty, a nie centy) poszliśmy pieszo do Ogrodu Botanicznego, było już po 16.00 i słońce tak bardzo  nie piekło.  W Ogrodzie było jezioro z dzikim ptactwem, a spacer brzegiem jeziora, z lekką bryzą, był bardzo przyjemny. Ludzi w tym parku właściwie nie było, czasem przemknął jakiś szalony biegacz (biegać w taki skwar - szaleństwo). To było moje pierwsze zetknięcie z tropikalną przyrodą, bujną i intensywnie zieloną. Zaskoczyła mnie mała ilość kwiatów. Wyobrażałam sobie, że tropiki, to wiecznie kwitnący eden, a tu zaskoczenie, nawet tam są pory kwitnienia i pory zbiorów. Niestety nie mogę pokazać tych nielicznych ciekawych kwiatów, które sfotografowałam, bo mój aparat został mi skradziony z  mojej walizki na lotnisku na Bali (moja wina, bo nie zapięłam zamków walizki na klucz). Pokazywane tu zdjęcia pochodzą z tableta, z komórki i z aparatu szwagierki (z Bali i  z Perth). Po odpoczynku w Ogrodzie Botanicznym oczywiście kawka  w kafejce pod drzewami. I dalszy spacer pieszy przez milionowe miasto. Widzieliśmy po drodze wielki nowoczesny najważniejszy meczet Malezji (religia państwowa - mahometanizm), dawną dzielnicę kolonialną z czasów panowania Brytyjczyków, dzielnicę chińską , pełną małych sklepików i restauracyjek, które otwierają się dopiero po zmroku (zapada tuż po 18.00). Trafiliśmy na godziny szczytu do zakorkowanego setkami aut centrum. Z daleka widzieliśmy pięknie iluminowane Petronas Twin Towers.

Twin Towers.jpeg

Robią wrażenie, prawda? (to widokówka)

Do hotelu dotarliśmy taksówką, a na drugi (czyli trzeci) dzień zrobiliśmy sobie tylko krótki spacer po okolicy hotelu i o 14.00 już jechaliśmy  na lotnisko. Wcześniej przeczytałam, że lotnisko niby jest jedno, wielkie, międzynarodowe, ale ma dwa terminale, odległe od siebie o ok. pół godziny jazdy autobusem. Dobrze, że to wyczytałam, bo teraz mieliśmy lecieć właśnie z tego drugiego terminalu, obsługującego loty krajowe i loty tanich linii Air Asia. Na lotnisku, zaraz po przylocie zaskoczyły mnie funkcjonariuszki  w chustach na głowie. Muzułmańskim zwyczajem miały głowy i szyje owinięte chustami, pod chustą na czole jeszcze czarna opaska, żeby czasami śladu włosów nie było widać.  Chusty były jak najbardziej częścią umundurowania, miały nawet emblemat w miejscu "orzełka". Nie dziwiłam się chuście jako takiej, tylko, przez cały pobyt  temu, że te kobiety muzułmanki nie spływają potem. Nie dość, że odziane w długie rękawy i długie spodnie, z chustami szczelnie okręconymi wokół szyi, to jeszcze w pełnym makijażu. Jak one to robiły, że tusz nie kapał im z rzęs? Zazdrościłam im tej odporności na upał ( i jednocześnie tkwiła we mnie złośliwa myśl, że   trzeba je rozebrać z tych szmat, szczególnie z tych chust). Jednocześnie zachwycała mnie różnorodność ludzi na ulicach, zgodne współżycie Malajów z Chińczykami i Indusami (3 największe grupy etniczne Malezji), życzliwość i ciekawość wobec turystów, często pytano nas z uśmiechem skąd jesteśmy i czy podoba nam się  Kuala Lumpur. Mnie to miasto spodobało sie bardzo. Mimo upału, mimo oddalenia od domu tak sobie myślę po cichu, że do Malezji chciałabym jeszcze wrócić.

Kuala Lumpur.jpeg

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pierwszy etap podróży

sobota, 22 marca 2014 13:06

Zaczęliśmy naszą podróż w południe w Warszawie. Małym (stosunkowo) samolotem Embraer holenderskich linii KLM polecieliśmy do Amsterdamu. Lot trwał 2 godziny. W Amsterdamie, w wielkim porcie lotniczym Schiphol ,mieliśmy 1,5 godziny na przejście z terminalu C do terminalu E, z którego odlatują samoloty do Azji. Lotnisko jest rozległe, z terminalu C do E idzie sie 30 minut, według dokładnych tablic informacyjnych. Daliśmy radę. Bramki kontroli osobistej robią wrażenie. Każą człowiekowi stanąć w takiej otwartej klatce, w rozkroku z rozpostartymi ramionami i twarzą zwróconą na sufit, i prześwietlają z czterech stron. Pierwszy (i jedyny) raz coś takiego przeżyłam, bardzo nieprzyjemna procedura. Do Kuala Lumpur lecieliśmy jakimś naprawdę dużym samolotem (airbus 320 -3 rzędy siedzeń, na środku 4 fotele, przy ścianach po 3). Lot trwał 12 godzin, większość przez noc, więc spaliśmy (dostaliśmy podusie i koce, jednorazowego użytku, cóż za marnotrawstwo). Karmili nas podczas lotu. KLM smacznie karmi. To była ciepła kolacja, trafiła mi sie "pasta" czyli bezmięsny makaron, w zestawie był też serek (holenderski, a jakże),jakaś surówka, owoce i deser typu budyń. Napoje gorące i chłodne, wino i piwo bez ograniczeń, na życzenie. Rano było śniadanie. trochę mnie zaskoczyli, bo do jajecznego omleta z serem były też podsmażane ziemniaki (których nie ruszyłam). W Kuala Lumpur wylądowaliśmy popołudniu czasu miejscowego. No i nie było to miasto Kuala Lumpur, tylko port lotniczy, oddalony od miasta przeszło 50 km! Jak sie dostać do hotelu? Znamy tylko adres i wiemy, że nie stoi w pobliżu stacji kolejki miejskiej. Wybraliśmy taksówkę oficjalnego przewoźnika lotniskowego. Płaci się za przejazd w kasie, a potem już nic więcej. Jechaliśmy do hotelu (powiedzmy szczerze - hoteliku) prawie godzinę, podziwiając egzotyczne widoki: lasy palmowe, szerokie autostrady, szklane domy i ludzi pracujących na budowach w 40-sto stopniowym upale. Upał mnie poraził. Jakbym weszła do suchej sauny (bo to był suchy upał). Po zimnych, klimatyzowanych pomieszczeniach, to ciepło było nawet przyjemne, przez chwilę. W taksówce znów chłód, siedziałam w polarze. W ogóle najbardziej mi doskwierała ta duża różnica temperatur między bardzo ciepłym dworem, a , niekiedy, nieznośnie zimnymi pomieszczeniami z klimatyzacją. W kolejkach miejskich i taksówkach zawsze zakładałam dyżurną flanelowa koszulę.

 Do małego, nowego hotelu U Pac dotarliśmy już pod wieczór. Pokój był niewielki, ale czysty, a z okien mieliśmy widok na odległe wieże Petronas (do wież było 12 km). Hotelowe śniadanie w tak egzotycznym miejscu nie mogło być "normalne". Ale był wybór. Nie musiałam jeść smażonego ryżu czy makaronu z warzywami, ani innych "obiadowych" dań. jadłam więc jajecznicę albo kiełbaskę, albo naleśniki, zrobiłam sobie kanapkę z dżemem, pojadłam świeżym ananasem, mango, papają i popiłam bardzo smaczną herbatą. 

Do centrum było daleko. dotarcie tam, to była przygoda. Najpierw musieliśmy znaleźć bankomat i wypłacić miejscowe pieniądze, ringity,  żeby kupić bilety na kolejkę.  A potem dojść do przystanku kolejki jakimiś opłotkami. Lotniskowe bankomaty ignorowały nasze karty płatnicze. Na szczęście można było za nie dokonać transakcji i zapłacić za taksówkę. Kolejka miejska, świetny środek transportu publicznego, bezkolizyjnie, w krótkim czasie  i tanio dowozi setki ludzi z jednego krańca metropolii na drugi. Nas też dowiozła pod Wieże.

 Tu słówko o Kuala Lumpur. To stolica Malezji i jej największe miasto (1,6 mln mieszkańców), uważane za jedno z najpiękniejszych miast świata. Nie bez powodu. Mnie też zachwyciło. Kolejką (bilety kupuje się na stacjach w automacie, są to żetony, które oddaje sie na stacji docelowej)  dojechaliśmy pod same wieże Petronas, które są głównym celem turystów , odwiedzających Kuala Lumpur. Oczywiście wykupiliśmy zwiedzanie wież (a właściwie jednej z wież). Dostaliśmy nawet 50% zniżki dla seniorów;) . Wieże, to centrum biznesowe, kongresowe, a u podnóża wielka, bardzo ekskluzywna galeria handlowa na 4 piętrach, z cenami tak niebotycznymi, jak wieże. Czekając na wjazd na wieżę postanowiliśmy zrobić sobie krótki spacer po mieście. Było to nasze pierwsze zetknięcie z tropikiem i nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Na dworze upał był tak obezwładniający, że po przejściu kilkuset metrów ruchliwą ulicą byliśmy mokrzy od poty i zupełnie osłabieni. Dotarliśmy do jakiejś stacji kolejki i bez przesiadki dojechaliśmy znów pod wieże, by tam, czekając na wycieczkę, w klimatyzowanej kawiarence wypić wspaniałą kawę za małe pieniądze  i zjeść miejscowego banana, za grosze.

IMAG0006.JPG

      U podnóża wież (po lewej stronie), w tle druga atrakcja Kuala Lumpur - wieża telewizyjna Menara. Ja, jako jedyny przechodzień. 

 

IMAG0007.JPG

Bliźniacze wieże - Petronas Twin Towers, zaraz po wyjściu ze stacji kolejki (w tym miejscu podziemnej). Wieże do 2004 roku były najwyższym budynkiem świata (452 m wysokości).

IMAG0010.JPG

Panorama miasta z 42 piętra łącznika (długości 58 m) łączącego dwie wieże na wysokości 41 i 42 piętra.

 

IMAG0022.JPG

A to widok w drugą stronę, u stóp wież piękny park z sadzawkami i fontannami.

 

IMAG0026.JPG

A to skwer przed głównym wejściem do Wież.

 

IMAG0037.JPG

Widok miasta z samej góry, z 86 piętra wieży.

IMAG0041.JPG

A to widok na szczyt drugiej wieży - bliźniaczki.Cdn.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Przyjechałam

piątek, 21 marca 2014 23:28

Dopiero dzisiaj odebrałam od rodziców netbooka. Mieliśmy spotykać się na skyp'ie, ale nic z tego nie wyszło. W sumie, nie wiem, jak to jest, ale pisać mogę na blogu tylko z tego netbooka, gdzie zalogowałam sie po tych wszystkich zmianach na Bloogu. Jak mi netbook siądzie, to będę zmuszona założyć nowy bloog. To dlatego nie mogłam napisać tutaj nic z podróży. Dziś tylko kilka wstępnych wiadomości i jeszcze bez zdjęć. Mam nadzieję, że od jutra będzie to już uporządkowana relacja ze zdjęciami.

 Byłam na "wakacjach życia", jak je nazwałam, z Moim (małżonkiem). Od 18 lutego do 18 marca zobaczyliśmy stolicę Malezji, Kuala Lumpur, indonezyjskie wyspy: Bali i Sumbawa oraz stolicę Australii Zachodniej, Perth i okolice. Chcę tutaj serdecznie podziękować mojej kochanej szwagierce Eli, dzięki której ten wyjazd był wspaniałym wypoczynkiem. Dziękuję także kochanym australijskim siostrzeńcom; Gosi, Markowi i Tomkowi,  którzy zaopiekowali sie nami i pokazali nam tyle, ile sie dało. Gdyby nie rodzina ten wyjazd zapewne nie doszedłby do skutku.

  Kilka liczb: przemierzyłam samolotem przeszło 20 tys.km,  9 razy wsiadałam do samolotu i szczęśliwie tyle samo razy z niego wysiadałam, odwiedziłam 6 lotnisk, od wielkich, jak amsterdamski Schiphol, czy KLIA w Kuala Lumpur, po zupełnie malutkie, jak na Sumbawie (właściwie był to malutki port, z którego startował wodnosamolot). Zakres temperatur też był ciekawy: od +42 st. w Kuala Lumpur do + 10 st (w nocy) w Perth (temperatura w lutym, w dniu wylotu też była plusowa ok +7 st). Spaliśmy w 3 hotelach i 3 domach prywatnych. Poza samolotem poruszaliśmy się łodziami, dużymi i małymi, po rzekach i morzu, także gumowym pontonem (rafting), kolejkami miejskimi, taksówkami i busami. Widziałam niezwykłą różnorodność typów ludzi, różnych ras i konstrukcji fizycznej. Wspomnień mam do końca życia. Tam, daleko od domu, zrozumiałam, że zupełnie nie nadaję się w tropiki i że Polska jest wspaniałym miejscem, a na nasz klimat nie powiem już nigdy złego słowa(no chyba, że znów nas zaskoczy jakimiś anomaliami) .

W czasie podróży pisałam dziennik (ręcznie w kajeciku). Uporządkuję zdjęcia i zapiski, i zacznę relację. Już wkrótce.    


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 658  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513658

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl