Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 240 048 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Sezon ogródkowy

wtorek, 22 kwietnia 2014 23:33

Pracę "w ziemi" albo się lubi, albo nie. I wtedy nie ma się ogrodu ani nawet ogródka. Ale co zrobić kiedy ma się ogród, lubi grzebać w ziemi, ale sił powoli nie starcza?  Najbardziej lubię chodzić po ogrodzie i patrzeć jak rośnie. Ale najpierw trzeba się trochę powysilać, jednak. Wymyśliłam sobie rabatę bylinową. Bo byliny, wiadomo, kwitną co roku, raz posadzone powinny sie ładnie rozrastać i tworzyć malownicze kompozycje przez cały sezon, jak w Szkocji. Tu dygresja: szkockie zamkowe, pałacowe ogrody bylinowe, to po prostu dzieła sztuki, nie tylko ogrodniczej, zapomina się, że aby te ogrody tak się pięknie prezentowały potrzeba codziennej żmudnej pracy całego sztabu ogrodników. Mam nadzieję, że mimo wszystko wymagają mniej lat, aby wyglądać okazale, niż brytyjskie trawniki (te słynne trawniki mają po kilka stuleci). Tak więc szkockie ogrody bylinowe są moim niedościgłym wzorem i marzy mi się choćby miniaturka i namiastka takiej jednej rabaty.  Rabata już jest, pięknie przygotowana przez synków (mąż też rękę przyłożył do kopania). Mam obrzeża, posadziłam pierwsze niewielkie sadzonki (zakwitną pewnie za rok),  dużo pracy przede mną. Kupiłam na lotnisku w Amsterdamie  cebulki kwiatów (Holandia - cebulkowy i kwiatowy potentat i to nie tylko, jeśli chodzi o tulipany) .Skusiłam się  na cebulki (bulwy?) krokosmii. To bardzo popularny w Szkocji kwiat, wyglądający, jak dzika gladiola. Dzika, bo ma dużo małych, przypominających  gladiolowe, kwiatów. Zawsze w ceglasto czerwonym lub ostro pomarańczowym kolorze (okazuje się, że należy do rodziny kosaćcowatych, czyli spokrewniona z irysami). U nas nie rzuciła mi sie w oczy w ofercie ogrodniczej. Posadziłam tę krokosmię,( ponoć nie jest trudna w uprawie i ma małe wymagania) i przypomniałam sobie, że mam przecież odłożone na zimę w chłodne miejsce cebule gladioli i ismeny, bulwy dalii i begonii, i kłącza kanny . Już od pewnego czasu nie jest chłodno ani na dworze, ani tym bardziej w schowku. Cebule, bulwy, kłącza dawno się "obudziły". Jak to sie mówi - wybiegły, mają długie korzenie i blade pędy( z powodu braku światła). Rety, rety, jak to zobaczyłam, to nie wiedziałam, co mam wpierw sadzić. No i gdzie? Powinnam machnąć ręką na te pracochłonne rośliny, które na wiosnę trzeba sadzić, a przed zimą wykopywać i zabezpieczać, bo marzną. Ale takie są ładne. Widziałam przepiękne kanny w tropikach, wysokie na 1,5 metra, z kwiatami wielkości dużych gladioli, przeważnie czerwone, ale też, jak i u nas, żółte, białe i pomarańczowe. Rosną tam sobie latami i się rozkrzewiają (a pochodzą z rejonów Ameryki Środkowej). To i tak świetnie, że u nas kanny tak ładnie kwitną, takie egzoty. A dalie jakie są śliczne, w całej palecie barw i w najróżniejszych kształtach płatków. Jak tu z nich zrezygnować? Trudno mi też pozbyć się gladioli. Mam ich , na szczęście niewiele, większość już posadziłam,  a pozostał mi do nich sentyment z młodości, gdy hodował je mój tato (któregoś roku z powodu  wyjazdu, czy choroby nie zabrał cebulek na czas z działki do domu i zmarzły, przetrwały niedobitki, hodowla się skończyła).   Więc zostało mi do posadzenia jeszcze sporo, a sił mało. Może jesienią "zapomnieć" o cebulkach, bulwach, kłączach i kłopot z głowy? Ale jestem zbyt sumienna (mimo, że leniwa), żeby zmarnować celowo swoje kwiaty. W końcu naprawdę siły mnie opuszczą i zostaną (mam nadzieję) tylko byliny, jeśli teraz dobrze o nie zadbam. Zobaczymy, co mi ten ogród w tym roku urodzi. Jak sobie posieję, tak będę miała   

Krokosmia (Wikipedia)

   Kanna(coś malutka, ale inaczej nie umiałam) (Wikipedia)

Często sadzona w miastach na klombach ulicznych, w dużych grupach.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

O kawie (i herbacie) subiektywnie

sobota, 12 kwietnia 2014 22:52

Nie jestem kawoszką, nie znam się jakoś specjalnie na kawie. Albo mi smakuje, albo nie. Najprostsze kryterium. A pić kawę zaczęłam dopiero przed czterdziestką, czyli późno. Wcześniej była dla mnie gorzka, niesmaczna. Ale też były to czasy, gdy w Polsce pijało się jedynie "fusiatą" kawę w szklance "po turecku", a do kawiarni chodziło się od wielkiego święta.
Do tej pory piję kawę białą i słodką (ledwo słodką, ale bez cukru nie lubię). To tytułem wstępu. Byłam w rejonie, gdzie uprawia się i kawę, i herbatę. Pierwszą "miejscową" herbatę na wyjeździe piłam w hotelu w Kuala Lumpur na śniadanie. Była wyśmienita. Już prędzej znam sie na herbacie, niż na kawie. Trudno opisać smak dobrej herbaty, ale dla mnie powinna być pełna aromatu,  z niewielką ilością garbników, o ładnej barwie. Dotyczy to i czarnej i zielonej herbaty (zielona bez garbnika jest jak herbatka z pokrzywy, bez wyrazu). I oczywiście herbatę piję bez cukru.

Pierwszą kawę (w Malezji) piliśmy w małym barku, takim bufecie pracowniczym, na najniższym poziomie wież Petronas. Był tam ekspres - automat z różnymi przyciskami  i kubki jednorazowe. Czy można sie spodziewać dobrej kawy? Ekspres obsługiwał  sprzedawca. Gdy już kawa była zaparzona padło pytanie, czy chcemy tę kawę z lodem?? W życiu nigdy! Ale...w takim gorącym klimacie to jest bardzo częste rozwiązanie - kawa na zimno, zimna i jeszcze z kostkami lodu. Ta kawa była bardzo smaczna. I tania, ok. trzech złotych (malezyjskie ringity mają wartość ok 1,04 złotego). W mojej skali ocen postawiłam jej piątkę. Uznałam, że jak w takiej małej "dziupli" dają taką smaczna kawę, to zapewne wszędzie w tym mieście będzie smaczna kawa. Jakże się rozczarowałam. Zamówiłam sobie drugą kawę po południu w Ogrodzie Botanicznym. Co prawda tamten barek na wolnym powietrzu był bardzo obskurny (plastikowe stoły i krzesełka), a wnętrze kuchni wyglądało, jak garkuchnia, ale ja bardzo chciałam napić się kawy na podwieczorek (ciasteczka miałam własne). Tym razem dostałam jakiś napój kawopodobny, niemożliwie słodki i gęsty od zabielacza w proszku. Po prostu rozpuszczono mi we wrzątku  pakiecik "3in 1" jakiejś azjatyckiej produkcji. To było ledwo strawne. I żałowałam, że odmówiłam lodu, w tym przypadku akurat rozcieńczyłby ten dziwny napój. W samolocie Air Asia dają też "neskę" tyle, że mocniejszą i zabielacz osobno. Niesmaczna. W ogóle w Malezji jest problem z mleczkiem czy śmietanką do kawy (podejrzewam, że z nabiałem ogólnie). Nawet w Burger Kingu na lotnisku nie mieli mleka, tylko zabielacz. Nie lubię.
Na Bali w hotelu piłam tylko herbatę. Widocznie woda tam jest czysta i smaczna, bo herbaty wszędzie były bardzo smaczne i nie zostawiały osadu na szklankach-filiżankach. Na kawę wstąpiliśmy jednego wieczoru w Ubud, do malutkiej kafejki, która reklamowała się napisami w kilku językach świata, że tu przyrządzają najlepszą kawę na Bali. Był też napis po rosyjsku. Zaintrygowana chciałam sprawdzić przede wszystkim ich rosyjski, a kawę przy okazji. Za ladą stały 3 drobne panienki, które nie tylko nie rozumiały rosyjskiego, nie miały pojęcia, co to "Russia",  napisami na szybie się nie interesowały, one ledwo, ledwo "kumały" po angielsku. Z pomocą rąk i jadłospisu, a raczej spisu kaw zamówiliśmy banalne cappucino i nieco "frapujące"  frappucino. i żeby to nie była tylko "sucha " kawa, do niej "hot wafers with cream and fruits", co według fotografii wyglądało na nasze gofry z bitą śmietaną i owocami. I tak w istocie było, z tym, że śmietany było maluśko, bo przetwory mleczne, to i w Indonezji towar deficytowy. Cappucino była bardzo smaczna, wypiłabym więcej, ale był wieczór, na noc lepiej nie pić za dużo kawy(5+).  Frappucino była cudowna, tak smacznej kawy mrożonej jeszcze nie piłam (6). Po prostu zmiksowali smaczne lody waniliowe z mocną, dobrą kawą i wyszła małmazja, którą można było wciągać przez słomkę albo podjadać łyżeczką. Była bardzo zimna, pewnie kostki lodu też zmiksowano. A ja byłam zaziębiona. Więc tylko kilka łyżeczek wyjadłam Mojemu ze szklanki - pucharka, delektując się każdym roztopionym w ustach łykiem. Nie wiem, czy to faktycznie były najlepsze kawy na Bali, ale były świetne, reklama nie była na wyrost.

 Kawy Kopi luwak nie piłam i pić nie zamierzałam. To ta "najlepsza kawa świata", a z całą pewnością najdroższa. Takie małe indonezyjskie zwierzę, podobne nieco  do mangusty, nazywa się cyweta (po polsku łaskun), mimo, że drapieżne lubi sobie zjeść owoce kawy (która rośnie w Indonezji na plantacjach). Zielone owoce trawi, a nasion nie i po prostu je wydala, czyli przepuszcza przez przewód pokarmowy. Ziarna "wydobywa sie z odchodów cywety". Ja rozumiem, ziarna się myje, potem normalnie, jak każdą kawę pali, ale mimo wszystko, jest to obrzydliwsze, niż jedzenie jajek ;) I ta kawa ponoć po przejściu przez przewód pokarmowy i poddana enzymom trawiennym traci gorzki smak i jest łagodna w smaku. Może?  A cenę ma taką horrendalną, bo "zbiera jej się tylko 400-500 kg rocznie", czyli bardzo mało. No i jest bardzo snobistyczna. Jeśli chodzi o cenę, to w Indonezji (gdzie jak gdzie, ale u źródła) ta kawa jest oczywiście droga, 10 razy droższa niż inne kawy, ale to zaledwie ok. 40$ za 200gramów. Nic tylko jeździć do Indonezji, przywozić Kopi luwak i robić w Polsce interes. Ale ja (niestety) zawsze byłam daleka od robienia jakichkolwiek interesów , nie przywiozłam  nawet jednej paczki tej ekstra kawy do Polski (ponoć do robienia interesów trzeba mieć takie predyspozycje, jak do sportu, sztuk plastycznych czy muzyki, trzeba mieć "słuch" , ja nie mam). (w cudzysłowach cytaty z Wikipedii)
 Kawa serwowana w kawiarniach australijskiego Perth nie była już tak dobra, jak ta indonezyjska w Ubud  (4). Natomiast we Fremantl, gdzie jest mnóstwo restauracji i kawiarni, piłam 3 kawy w różnych miejscach i nawet ta na wynos (ta sama z ekspresu tylko w kartonowym kubku) była świetna: odpowiednia moc kawy latte i dobra proporcja mleka do tego (5). To ciągle była kawa z mlekiem, a nie to, co serwują u nas, jakiś napój mleczny z dodatkiem smaku kawowego dla przedszkolaków.  Ale to mój gust , a o gustach nie ma co dyskutować. Subiektywnie: na wyjeździe w tropiki piłam o wiele smaczniejszą kawę niż w Polsce i znacznie tańszą lub w zbliżonej cenie (w Australii - 4$ A, czyli ok. 11zł). Kawa smaczna, ale lody w Australii, to mistrzostwo, takich smacznych lodów pewnie długo nie będę jeść. Ale to już całkiem inny temat:)           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

City Perth i powrót

środa, 09 kwietnia 2014 17:13

Miasto Perth, stolica Australii Zachodniej, to oczywiście wielkie miasto. I nie tylko pod względem liczby mieszkańców (prawie 1,7 mln), ale przede wszystkim - powierzchni. Liczy sobie 5 386km kw. (dla porównania Warszawa, licząca również 1,7 mln mieszkańców ma 517 km.kw. powierzchni). Miasto Perth, to kilkanaście dzielnic i przedmieść mieszkalnych, takich miast- ogrodów, złożonych z setek willi i domów jednorodzinnych w ogrodach oraz niezbyt duże City, w którym są wieżowce, "szklane domy", budynki użyteczności publicznej, biurowce, centra handlowe, ale gdzie  się nie mieszka. To kilka, może kilkanaście ulic, w tym dwie przytulne ulice - deptaki, z kawiarniami, restauracjami i ekskluzywnymi sklepami. To miasto w nieznanym mi dotąd stylu, dość młode (1829r założenia), z kilkoma ładnym domami z przełomu XIX/XXw. Na ulicach w centrum stare, niewysokie domu sąsiadują bezpośrednio ściana przy ścianie z nowoczesnymi wysokościowcami, którym brakuje przestrzeni. No i te przedmieścia sypialnie! Niektóre oddalone od centrum o 50km, nadal w granicach miasta. Tylko, że w adresach pocztowych trudno znaleźć nazwę Perth. Tylko kod pocztowy wskazuje, ze mieszka sie w aglomeracji miejskiej Perth. nawet moja szwagierka, mieszkająca 2 przystanki kolejką miejską od City ma w adresie "Subiaco", nie Perth. A Subiaco, to "dobry adres" z eleganckim apartamentowcami i domami jednorodzinnymi, powiedzmy, szeregowymi, ale w najlepszym stylu z własnymi patio i ciekawą architekturą. Bardzo sympatyczna dzielnica (jak osobne niewielkie miasto). Podoba mi się Perth, ale nie chciałabym tam mieszkać, wszędzie daleko. Owszem, komunikacja miejska jest bardzo sprawna, rozbudowana sieć kolejki miejskiej, autobusy miejskie. Ale to są też koszty. Bilet najtańszy, w strefie A (np 3 przystanki) kosztuje 2,60$(austrl) czyli ok.6 zł. Fakt, jest ważny bodaj godzinę, można się przesiadać. Jak się uwiniemy, zdążymy jeszcze wrócić (przy australijskich zarobkach, to są nieznaczne koszty, dla nas już "ważyły").

I odpowiadając na pytanie Benki - tak, chciałabym jeszcze wrócić do Perth, do Australii i zobaczyć więcej. Ale albo na ich jesień (czyli kwiecień, maj) albo na ich wiosnę (wrzesień, październik), żeby nie było za gorąco. W Australii czułam się swobodna, bezpieczna, czułam się komfortowo w czystym, uporządkowanym, zasobnym otoczeniu. Tam się czuje, że te podatki bogatego społeczeństwa są właściwie zagospodarowane.20140312448.jpg

 

Panorama City z największego parku miasta ,King's Park.

20140313473.jpg

A tu kontrast starego z nowym. Widzicie ten mały domek z czerwonym dachem? To zabytkowy Weld Club z 1871r, a tuz za nim beton i szkło z XXI wieku.

 

20140311363.jpg

A to stara dzielnica willowa blisko centrum - Leederville.

 

Wracaliśmy z Perth do Polski znów przez Kuala Lumpur. Najpierw lecieliśmy 6 godzin  liniami Air Asia z Perth do Kuala Lumpur. Tam mieliśmy 10 godzin przerwy. Tym razem znaliśmy już miejscowy transport i wiedzieliśmy jak wykorzystać ten dany nam czas. Pojechaliśmy lotniskowym autobusem na drugi terminal, ten międzynarodowy z chęcią pozostawienia bagażu w przechowalni (mieliśmy dwie 20-kilogramowe walizy, na szczęście na dobrych kółkach). Przy okazji kierowca nie wydał mi reszty z pieniędzy za bilet i dwoje pasażerów potraktował, jak czworo (udając, że nie rozumie angielskiego i nie widzi ilu nas wsiadło), co jest niestety częste w krajach azjatyckich (poza Japonią, ponoć), a w Australii niespotykane.

W terminalu międzynarodowym (KLIA) za przechowanie naszych waliz życzono sobie  100 ringitów czyli prawie 100zł, na co nie mieliśmy zupełnie ochoty. Pojechaliśmy ekspresową kolejką (KLIA Express) do centrum Kuala Lumpur z bagażami. Kolejka pokonuje 50 km, dzielące lotnisko od miasta, w pól godziny, nie stając nigdzie po drodze. To kosztuje 35 ringitów od osoby. Kolejka kończy bieg na głównym dworcu kolejowym KL - Sentral. Tam, jak to na dużym dworcu pokazano nam przechowalnię bagażu, takie szafki bagażowe. Bardzo uprzejma i uważna obsługa dworca (sami panowie) zainteresowała się, czego szukamy. Pokazano nam szafki, zamieniono pieniądze na żetony, poinstruowano, jak korzystać z szafek bagażowych i żeby nie zapomnieć odebrać bagażu w 24 godziny, bo wtedy szafki otwierają się automatycznie. Wszystko gratis i z uśmiechem.  Bardzo to było miłe (Mój ma siwe włosy i tyle lat, co ja; ponoć w Azji bardzo się szanuje starszych ludzi, mieliśmy okazję doświadczyć uprzejmości ze strony "tubylców" w stosunku do Mojego, bo kobietami, to oni się za bardzo nie przejmują).

Tym razem w Kuala padał deszcz, przez cały czas naszego pobytu. Mnie było przyjemnie, zupełnie nie przejmowałam się ciepłym deszczem, a temperatura też była dzięki temu przyjemna, pewnie z jakieś +27,28 st. Dla mnie w sam raz. Co robić w deszcz? Pojechaliśmy do Wież Petronas na dobrą kawę i deser (tym razem jakieś torty naleśnikowe z kremem napoleonikowym, smaczne). No i zrobiliśmy zakupy. Poszerzyliśmy naszą garderobę o parę spodni, koszule, haftowaną bluzkę, sweterek, polar i bieliznę, za okazyjna cenę:).

Na samolot zdążyliśmy bez problemu. Lot do Amsterdamu trwał 13 godzin, przespaliśmy go w większości (chociaż obejrzałam także film dokumentalny o powstaniu Europy). Na Amsterdamskim Shipholu musieliśmy czekać 4 godziny na lot do Warszawy (bez możliwości wyjścia z lotniska). A w Warszawie byliśmy po dwóch godzinach lotu. Zaczęliśmy nasz powrót w poniedziałek w Perth o godzi. 6.50, a zakończyliśmy we wtorek, 18 marca o godzinie 19, w domu. UFF.

I po  tych 3 tygodniach od powrotu wydaje mi się, że ta podróż byłą już bardzo dawno temu, tak bardzo zagarnęła mnie moja ciekawa codzienność.  Ale we wspomnieniach mogę wrócić do tych wszystkich pięknych miejsc w każdej chwili, nawet nie muszę przymykać powiek. I nikt mi tego nie zabierze (nie licząc Alzheimera, oczywiście, ale mam nadzieję, że się nie spotkamy).:)     


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ostatni etap - Australia

niedziela, 06 kwietnia 2014 13:38

Australia - brzmi dumnie, ale w rezultacie byliśmy tylko w Perth, stolicy i największym mieście stanu Zachodnia Australia. Pojechaliśmy do rodziny. Siostrzeńcy, to już dalsza rodzina. Chociaż ilość (troje) też tworzy jakość. Każde z nich zajęło sie nami i pokazało ciekawe miejsca w Perth i okolicy. Byliśmy także na wycieczce (95$ australijskich od osoby za 4-godzinną wycieczkę). Zobaczyliśmy winnice w dolinie rzeki  Łabędziej (Swan Valley), mieliśmy degustację win w dwóch winnicach (sporo win, mogło sie zakręcić w głowie), była także degustacja serów i wizyta w manufakturze czekolady, oczywiście z degustacją. Na koniec był powrót łodzią po rzece Swan do Perth. Bardzo przyjemne popołudnie.

20140310353.jpg

Swan River, widok z dziobu łodzi.

 

20140310362.jpg

Takie dziwne, bardzo pojemne łodzie pływają po rzece Łabędziej, tą płynęliśmy.  Tu przystań w Perth.

Byliśmy z siostrzenicą w Akwarium Australii Zachodniej i  w Zoo, a także w miasteczku Fremantl.  To osobne miasto, wchodzące w skład aglomeracji miejskiej Perth. Powstało u ujścia rzeki Łabędziej do Oceanu Indyjskiego,  w 1829r.  Jest tu wiele zabytkowych domów z balkonami - galeriami, z pięknymi balustradami z końca XIXw,, pełno tu restauracji, kawiarni, pubów i małych butików. Jest także Muzeum Morskie z ekspozycją przedmiotów, wydobytych z wraków okrętów, zatopionych u tych wybrzeży Australii na przestrzeni 400 lat. Jest też duży port. Z tego portu jeden z siostrzeńców zabrał nas na wycieczkę na wyspę Rottnest, ok 20 km na zachód od brzegów Australii. Wyspa jest  rezerwatem przyrody, a jednocześnie bardzo drogim miejscem wypoczynku. Nie ma tu hoteli, są małe (i raczej obskurne) domki weekendowe, na wyspie nie ma samochodów, tylko małe busy, którymi mozna objechać wyspę i które dowożą turystów do plaż (odjazdy co godzinę). A plaże są w dziesiątkach cichych zatoczek, z piaskiem białym i miałkim, jak mąka. Turystów jest niewielu, jest cisza i spokój. Tylko przy przystani jest kilka restauracji i tam jest trochę gwarniej. Wyspa jest byłym więzieniem dla zesłańców, którzy już na australijskiej ziemi popełniali jakieś przestępstwo. Na wyspie prawie nie ma drzew, są krzaki i suche trawy, ale morze wokół wyspy jest lazurowe, a plaże urocze.

20140309317.jpg

 

20140309323.jpg

Na wyspie wystepuje endemiczny gatunek torbacza, jakby mały kangurek z łysym, "szczurzym" ogonem. Jest tych "szczurokangórków" dużo, spotyka sie je na każdym kroku, nie są płochliwe, mają miękkie, delikatne futerko (jednego pogłaskałam).

 20140309321.jpg

 

W Akwarium przechadzałam się podwodnym korytarzem, a nad głową i z boku przepływały mi całkiem spore rekiny, płaszczki i inne wielkie ryby, których nazw nie znam.

20140312394.jpg

 

W innym pomieszczeniu były ryby raf koralowych. Można je było podziwiać w basenie, a potem zejść piętro niżej i obserwować ryby z bliska przez ogromne szyby, jak w wielkim akwarium.

20140312446.jpg

W Zoo miałam okazję pierwszy (i jedyny) raz oglądać koale na żywo, były też różne gatunki kangurów, diabły tasmańskie i wombaty, czyli workowce, które spotkać można w europejskich ogrodach zoologicznych. Z australijskiej fauny szeroko reprezentowane były też gady: jadowite węże, warany, jaszczurki, z popularnym na przedmieściach Perth "bluetongue"  (ma faktycznie wyraźnie niebieski język) oraz oczywiście krokodyle, słodko i słonowodne.

Byliśmy też nad jeziorem Monger, w centralnej części miasta, jeszcze latach 60-tych zanieczyszczone i zaniedbane, teraz rezerwat ptactwa wodnego, oaza ciszy i zieleni. Widziałam tam żerujące na wodzie stada pelikanów, widziałam ibisy, czaple i czarne łabędzie. Czarny łabędź, to symbol miasta Perth. Cdn.

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Sumbawa

wtorek, 01 kwietnia 2014 23:06

Na Bali zostaliśmy 3 dni sami, szwagierka wróciła do pracy. Poleciła nam przed wyjazdem miejscową atrakcję: rafting. I w polskim używa się tego angielskiego określenia. Oznacza turystyczny spływ różnymi tratwami, najczęściej  pontonami. Ponoć chodzi o adrenalinę. Chyba musiałabym zapytać, co to jest adrenalina (niby wiem). Akurat nie rozumiem ludzi, którzy są uzależnieni od adrenaliny. Biedacy. Ja tam jestem spokojna osobą i preferuję spokojne rozrywki. Kupiliśmy ten rafting, bo  byliśmy postawieni przed faktem prawie dokonanym. W naszym imieniu zostały wynegocjowane najlepsze, ponoć,  warunki finansowe tego spływu ( bo na Bali należy stale sie targować, negocjować ceny. Może sa tacy, którzy to lubią, którzy to umieją i mają z tego korzyść. ja wprost nienawidzę się targować, traktuje to jako osobista obrazę, sprawdzanie, czy jestem frajerem, którego można oskubać, czy może nie. W rezultacie niczego na Bali nie kupiłam w niezliczonych sklepach, tylko w markecie i na lotnisku, gdzie ceny były na metkach i nie można (nie trzeba, uf) się targować. No więc wykupiliśmy ten rafting, Może tanio nie było (ok.90$ za dwie osoby, 3 godziny spływu+ lunch, czyli zupełnie normalny obiad o godz.14.00). Akurat byłam przeziębiona, kaszląca i z gorączką. Możecie sobie wyobrazić, że wepchnięcie pontonu pod wodospad i zamoczenie aż po majtki, w moim odczuciu,chłodna wodą, nie było dla mnie przyjemnością ani atrakcją. Pojechałam tam dla widoków: płynęliśmy w głębokim wąwozie podgórskiej tropikalnej rzeki, ściany wąwozu porastała tropikalna dżungla, soczyście zielona, rzeka miała dno usiane wielkimi głazami, ale obłymi, co chwilę ponton zawisał na takim głazie i trzeba było skakać i huśtać pontonem, żeby ześlizgnął sie do wody. Kolejną wątpliwa atrakcją były tabuny młodych Japończyków, płynących kilkoma pontonami,którzy zderzali sie z nami i polewali nas "z wiosła" litrami wody z rzeki. Trudno, byłam mokra od włosów po stopy. Na szczęście było tak gorąco, że ta wilgoć mnie chłodziła. No i sprawa najwazniejsza: machałam wiosłem. Tak się przejęłam, że muszę wiosłować, że to robiłam. A przecież w pontonie było nas sześcioro i sternik Balijczyk. Tamci, para młodych Chińczyków i para młodych Koreańczyków, wiosłowali od niechcenia, a my "staruszkowie" mieliśmy bąble, jak od ciężkiej pracy. ten wysiłek przy mojej chorobie nie wyszedł mi na zdrowie. Rafting nie był dla mnie super zabawą, ale było nieźle, mogę się teraz chwalić, że byłam na tropikalnym raftingu:) A jeszcze obiadek po raftingu był w końcu "zjadliwy": zupa dyniowa, prawie taka, jaką ja robię ("austriacka") i kurczak w miodowej glazurze z nasi goreng i meu goreng(ryż i makaron smażone) i duży czips krewetkowy. Zjadłam ze smakiem (po takiej ciężkiej pracy).

IMAG0195.JPG

  Na następny dzień opuszczaliśmy już piękną, pełną turystów Bali i lecieliśmy malutkim wodnosamolotem (z pływakami, do lądowania na wodzie) zaledwie 45 minut na Sumbawę, trzecią na wschód, po Bali i Lombok ,z małych Wysp Sundajskich.

20140227272.jpg

Sumbawa jest "dziką" , górzystą wyspą. Gdyby nie szwagrostwo tu mieszkający i pracujący w tutejszej kopalni, nie dotarlibyśmy do tego odludnego zakątka. Tu był prawdziwy, leniwy odpoczynek. Wystarczyła mi świadomość, że do plaży mam parę metrów, że mogę tam być, kiedy zechcę, żeby siedzieć w eleganckim, wygodnym klimatyzowanym domku weekendowym i przez wielkie okno podziwiać egzotyczne widoki. Morze było ciepłe, ale gwałtowne, fale biły silnie o brzeg, plaża była niezbyt czysta, zabrudzona wodorostami, wyrzuconymi przez morze, piasek szary, z muszli, no i upał był (dla mnie) nieznośny. Ale to właśnie tu realizowało się moje marzenie o bezludnej, tropikalnej plaży. Ciepłe morze, plaża, cisza, pustka i ja! Bo małżonek  na rybach albo na snorklingu(nurkowanie z maską, blisko powierzchni wody

), albo na próbach surfingu. On też spełniał swoje marzenia.

20140303282.jpg

  20140305285.jpg

 

Czyż nie przyjemne miejsce na odpoczynek? Widok z pokoju na ogród i morze. Na dalszym planie taka altanka bez ścian z wysoko umieszczona podłogą, nazywa się gazibo. Są tam hamaki, dociera morska bryza, można się pobujać:) Cdn.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

niedziela, 30 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  2 366 089  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2366089

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl