Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 942 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Spadnie, nie spadnie?

wtorek, 28 kwietnia 2015 11:49

 

Tak pisałam jeszcze wczoraj.

 

Trzeba być cierpliwym. Zapowiadano ciepłą, deszczową pogodę. Wspaniale. Dla roślin, oczywiście. Czy przy takim ogólnym postępie  technicznym meteorolodzy mogą się zupełnie pomylić? Widać mogą. Nie pada i nie pada. Podobno dziś rano coś skapnęło, sąsiadka usłyszała deszcz przed siódmą. Gdy ja wstałam dwie godziny później, to świeciło słońce i nie było żadnych śladów deszczu. A do tego wybuchło lato. W cieniu w południe miałam 26 stopni! Uff. Bratki nie wytrzymują w pełnym słońcu, słaniają się z upału. Ale jest pięknie , coraz piękniej:)  Nie tylko "wszystko" kwitnie, także wszystko się zieleni, z dnia na dzień zazieleniły się drzewa, brzozy, lipy, jarzębiny,  okoliczne topole, a kasztany chcą już kwitnąć, bez u mnie jutro, pojutrze też zakwitnie w pełni. Nawet późne zawsze akacje też wypuszczają listki. No, mogłoby być odrobinę chłodniej w tym kwietniu. Ale powinnam już przywyknąć, że od kilku lat przechodzimy od przedwiośnia w lato, a  prawdziwa wiosna jest doprawdy, szczątkowa. Cieszą mnie moje kwitnące drzewa (to jest ta cudna wiosna :)

 

No i w końcu udało mi się wstawić zdjęcia kwitnących drzew : młodej jabłonki, która  ma bardzo smaczne wrześniowe jabłka.

DSCN0740.JPG

 

A  także "portret" panienki wisienki,(drzewko jest niewysokie, ale całe w bieli, jak panna młoda w welonie).DSCN0742.JPG

 

Kwitnąca śliwa.Ta odmiana śliwki węgierki ma delikatne, blade kwiatuszki, ale śliwki zupełnie normalne. W zeszłym roku "zechciała" w końcu, po chyba 8 latach, sypnąć owocem. W samą porę, bo już była przeznaczona do wycięcia. Jeśli nie będzie jakiegoś pogodowego kataklizmu w tym roku też powinna obrodzić:)DSCN0745.JPG

 

I jeszcze wczoraj kwitnącą w pełni, niedużą  czereśnię, (dziś już przekwita), a zakwitła tak bujnie pierwszy raz (ma 6 lat) . Może w końcu najem się własnych czereśni(jeśli szpaki jej nie dojrzą)? 

DSCN0746.JPG

 

  Drzewa w kwiatach, to najpiękniejszy wiosenny akcent.

 

A deszcz w końcu spadł. Wczoraj wieczorem zaczęło kropić i szczęśliwie kropiło całą noc i ranek. I cały czas coś mży i jest pochmurnie i mokro.  A burze, które krążyły gdzieś po okolicy, nas ominęły.  No i mam, co wykrakałam. Nie kataklizm, na szczęście, ale koniec pięknego "lata" i zdecydowanie nie jest za gorąco.  Wręcz odwrotnie. U nas ostatnio z temperaturami jest ekstremalnie "od ściany do ściany: wczoraj 26 st. , dziś 9 st. A mnie brak cierpliwości. A mnie to nie w smak.  Mam ten luksus, że jak mi się temperatura na dworze i pogoda nie podoba, to mogę siedzieć w domu.

Zamieniam się w starą marudę. Ale jak mi wszystko pasuje, to jestem "do rany przyłóż". Naprawdę! ;)

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Podbeskidzie

niedziela, 19 kwietnia 2015 20:38

I wcale nie jest sloganem tytuł piosenki Mazowsza "Piękna nasza Polska cała". Sporo jeżdżę po Polsce i cieszę moje oczy i serce pięknymi krajobrazami i coraz ładniejszymi, zasobniejszymi miastami, miasteczkami i wsiami. Jeszcze 40, 30 lat temu tereny podgórskie uchodziły za biedne i zaniedbane. Teraz czyste wioski, odnowione miasteczka. Ale... odniosłam wrażenie, że te dawniej zaniedbane miejsca odżyły, wypiękniały, a te do niedawna uznawane za ładne i atrakcyjne przestały dbać o siebie (vide -Krynica). Pierwszy raz w swych wędrówkach trafiłam do Suchej Beskidzkiej. Powiatowe miasteczko, liczące niecałe 10 tys. mieszkańców leży na pograniczu Beskidu Makowskiego i Beskidu Małego (niedaleko stąd do Babiej Góry, która góruje na horyzoncie). Trafiłam na piękną, ciepłą pogodę i z dużą przyjemnością spacerowała po Suchej. Do najcenniejszego zabytku Suchej, Zamku Suskiego (taki ciekawy przymiotnik od nazwy "Sucha") nie dotarłam (widziałam z okien auta), ale na głównej  ulicy handlowej miasta (ul. Mickiewicza) stoi makieta tego Zamku.

DSCN0682.JPG   

DSCN0683.JPG

 

Na Rynku stoi zabytkowa, drewniana Karczma Rzym z XVIII wieku, jakby żywcem przeniesiona z "Pani Twardowskiej" Mickiewicza. A i menu karczmy jest staropolskie i bardzo smakowite. Zjadłam kwaśnicę (czyli wielkopolski kapuśniak, zawsze z kiszonej kapusty) i  bardzo smaczne ruskie pierogi.

DSCN0684.JPG

 

DSCN0685.JPG

 

DSCN0687.JPG

Klimatyczne wnętrze.

Potem pojechałam granicą Beskidu Wyspowego i Gorców, czyli szosą od Rabki przez Mszanę Dolną i Limanową na Nowy Sącz. Rabka i Mszana, to Gorce, dalej po północnej stronie szosy, to Beskid Wyspowy, a po południowej stronie Gorce, góry najmilszych wspomnień. Przez Nowy Sącz dojechaliśmy do Krynicy. Po wschodniej stronie Dunajca, który płynie przez Nowy Sącz z południa na północ( do Wisły), rozciąga się  Beskid Sądecki. W Krynicy (a właściwie już  sporo za miastem) miałam okazję zakosztować niecodziennych (dla mnie) luksusów w czterogwiazdkowym hotelu (& SPA) "Czarny Potok" (dzięki sponsorom). Rzeczywiście, wszystko tam "na bogato", wszystko eleganckie i dla wygody klientów. Mnie zachwyciły królewskie śniadania (szwedzki stół) , basen, cały do mojej dyspozycji i piękne położenie , wkomponowanie w przyrodę (mimo, że to moloch na 700 osób!).  Ten efekt uzyskano dzięki budowie kilku mniejszych domów, wszystkie oblicowane drewnem, połączone ze sobą szklanymi łącznikami.

DSCN0705.JPG

 

DSCN0701.JPG

 

A Czarny Potok przepływa przez cały kompleks hotelowy i szumi po kamieniach bardzo nastrojowo.

DSCN0703.JPG

Cały basen dla mnie:) I te bicze wodne też.

 

A samo miasto Krynica - nieciekawe. Szarobure i takie jakieś prowincjonalne. Byle jakie domy przy ulicach wjazdowych, wyjazdowych, byle jakie, badziewne  sklepy. Żadnych cukierni - kawiarni (pewnie wszystkie przy sanatoriach). Jest ładny park zdrojowy (ale jeszcze nie w kwietniu), są luksusowe enklawy hoteli (ogrodzone osobne światy) i byle jakie sanatoria dla "państwowych" kuracjuszy. Potrzebowałam  ładną, prostą bluzkę. Nie znalazłam. Same "tanie odzieże" i bezguście. Czy tanie musi być kiczem? Krynica to nie kurort, to zapyziałe miasteczko, niestety.

 

Miałam nadzieję pojechać jeszcze do Kosarzysk i Rytra, ale iście zimowa nagle pogoda skutecznie zniechęciła (nie tylko) nas do wyjazdu w góry.

 

Pojechaliśmy więc, według planu, do Wieliczki, zwiedzić Kopalnię Soli. Sól uzyskiwano na tym terenie juz w czasach neolitu, gdy z ziemi wytryskała solanka. Gdy solanka przestała płynąć zaczęto sól kopać z coraz większej głębokości. I tak powstała kopalnia. A od dwudziestu lat kopalnia wielicka wpisana jest na Światową listę dziedzictwa UNESCO i jest unikatem na skalę światową. Byłam tam bodaj czwarty raz i nadal jest to spore przeżycie. I nadal można się czegoś nauczyć, dowiedzieć nowego. Zdjęcia pod ziemią mi nie wyszły, a lampa błyskowa odmówiła posłuszeństwa, zbyt ciemno. Ale pamiątkę mam:

 

DSCN0712.JPG

A po tych schodach, przeszło trzystu! trzeba było do kopalni zejść (zakwasy mam do dziś). Wjeżdżało się ekspresową windą.

 

DSCN0729.JPG

Plan atrakcji turystycznych, związanych z kopalnia soli.

 

W pobliżu szybu Daniłowicza, czyli głównego wejścia  części turystycznej , przeznaczonej do zwiedzania, jest piękny park, w którym w zeszłym roku otwarto tężnię, ponoć największą na południu Polski, zasilaną solanką wielicką . 

DSCN0726.JPG

Było okropnie zimno (+4 st.), wilgotno, zupełnie nie miałam ochoty na zwiedzanie tężni i wdychanie rozpylonej soli. Może innym razem.

Rozpieszczeni luksusem zakończyliśmy wyjazd w nowym (odbudowanym) hotelu Grand Sal**** w dawnych Łazienkach Salinarnych. Już jest pięknie, a będzie jeszcze piękniej, odbudowują, dobudowują dalsze budynki (pewnie będzie tam basen , bo 4 gwiazdki powinny mieć basen, a na razie nie mają).

DSCN0723.JPG

 

Nasz wyjazd zakończyłam w Krakowie, kawką i tiramisu w kawiarni na Rynku Głównym. Kraków piękny, jak zawsze i nawet zaświeciło nam słońce.

DSCN0730.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Rodzina, ach rodzina...

niedziela, 12 kwietnia 2015 0:47

Rodzina, jak wiadomo, to ludzie spokrewnieni ze sobą, "jednej krwi". Czy to pokrewieństwo w obecnych czasach i w naszej kulturze jest ważną wartością? Czy bycie rodziną do czegoś zobowiązuje? Według jednego z powiedzonek "rodziny się nie wybiera", według innego " z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu".  I czy powinowatych, czyli krewnych współmałżonka traktujemy równorzędnie ze swoją rodziną? Takie mnie naszły pytania po serii niedawnych  spotkań z krewnymi.
W kulturze islamu rodzina i krewni, to wartość nadrzędna. Tak, jak w świecie Zachodu wartością nadrzędną jest wolność jednostki. U mahometan człowiek bez rodziny, bez korzeni, samotny, jest zjawiskiem prawie nieznanym, trudnym do wyobrażenia. Tam każdy jest wręcz splątany najrozmaitszymi więzami pokrewieństw. Ale też nie ma starych samotnych ludzi, rodzina zawsze się zaopiekuje.

Europejczycy nie cenią rodziny, wręcz nie doceniają jej, takie mam wrażenie.
Nie chcę uogólniać, ale ja  utrzymuję kontakty z tymi członkami rodziny, których lubię, z którymi łączą mnie nie tylko i nie przede wszystkim więzy krwi. Na własnym przykładzie widzę, że  z wieloma dalszymi krewnymi nic, poza częścią kodu genetycznego, mnie nie łączy. Widujemy się na pogrzebach, szczęśliwie, rzadko (ostatnio, niestety, wraz z upływającym czasem, coraz częściej). I co z tego, że mam 5 kuzynek, jeśli nie utrzymujemy ze sobą kontaktów. Kiedyś bawiłyśmy się  wspólnie na babci podwórku, ale w miarę dorastania nasze drogi się rozeszły. Jeden z kuzynów nie widział mnie tak dawno, że nawet nie poznał (to nie ja się tak zmieniłam, to on się zestarzał).  I co z tego, że to genetycznie bliska rodzina?  Owszem, porozmawiamy sobie, nawet sympatycznie, powspominamy lata dzieciństwa i rozjedziemy się do swoich spraw.  A mam też krewnych w dalszym pokoleniu, z którymi jestem zaprzyjaźniona, bardziej to dla mnie przyjaciele, niż rodzina. Dbamy o nasze wzajemne kontakty, pielęgnujemy je.  To już nie te czasy, że z rodziny miało się "pożytek". Równie dobry można mieć z przyjaciół (ale nie są oni od "pożytków").
Niektórzy są nieufni wobec "obcych", a krewny, to w ich mniemaniu z założenia osoba pewna. I wtedy można skorzystać na byciu rodziną. Nawet hipotetyczną. Tak było ze mną i wyjazdem "rodzinnym". Ten cudzysłów dlatego, że w rezultacie zupełnie nie byłam spokrewniona z organizatorami wyjazdu.  Organizator przedstawiał mnie swoim kuzynom, uczestnikom wyjazdu, jako kuzynkę, no kuzynkę kuzyna, czyli krewną(tu następował szczery uśmiech, bo się lubimy, chociaż prawie nie znamy).  Poznałam go, gdy on miał lat 6, a ja 5. Nasi rodzice byli rodzicami chrzestnymi mojego brata ciotecznego (chciałam tylko przypomnieć, że w Wielkopolsce pojęcie "brat cioteczny" czy "brat stryjeczny", forma "stryj" są zupełnie nieużywane i mało czytelne). A ojciec chrzestny był jakimś dalekim krewnym, ze strony ojca swego chrześniaka (czyli nie moim). Przez następne 40 lat nie widzieliśmy się (choć wieści miałam przez rodzinę kuzyna), potem na rodzinnych spotkaniach u cioci widzieliśmy się ze 3 razy. I gdy organizator montował ekipę na zagraniczny wyjazd, wyraził zgodę na nasz w nim udział, bo jesteśmy ( ja z Moim) rodziną, a obcych, to on by nie zabrał. Ha,ha, a łączyli nas tylko nasi rodzice, jako rodzice chrzestni mojego brata ciotecznego.  Wyjazd był udany i nawet trochę żałuję, że to była tylko jednorazowa akcja.
Dla mnie rodzina , to moi najbliżsi i wszyscy ci krewni i powinowaci , z którymi czuję się związana uczuciowo, których kocham i (lub) lubię, i (lub) szanuję. Duża rodzina nie jest moją zasługą, tak się złożyło, ale trochę ode mnie zależy, od pielęgnowania (lub nie) kontaktów, czy rodzina będzie chciała być razem. Bo niby rodziny się nie wybiera, a jednak...
P.s Pokrewieństwo genetyczne o niczym nie przesądza, wszak z naszymi mężami nie jesteśmy przecież spokrewnione ( przeważnie), a to najbliższa rodzina:).


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Na Święta

piątek, 03 kwietnia 2015 23:48

A jeszcze przedwczoraj pogoda zaskoczyła nas nagłym "wyskokiem" zimy. Tak wyglądały moje żonkile w południe 1 kwietnia (kiepski żart):

DSCN0598.JPG

 

I ten śnieg nie stopniał do wieczora. A wczoraj po zmroku  na szybach miałam lód. Miejmy nadzieję, że to ostatnie podrygi zimy.

 

Dziś była cały dzień piękna słoneczna pogoda (deszcz lunął dopiero wieczorem).  Widziałam dziś pana bażanta, przebiegł  mi przed maską samochodu, a już po drugiej stronie szosy poderwał się do lotu. Ale prawdziwie się wzruszyłam, gdy kilkanaście metrów dalej, za zakrętem zobaczyłam na łące dwa żurawie,  blisko szosy, dosłownie na wyciągnięcie ręki. "Pasły się" niewzruszone na świeżej oziminie. I były takie piękne! Szaro srebrne. Chyba pierwszy raz widziałam z takiego bliska żurawie w naturze. Nie było szans na zdjęcie, musiałam trzymać kierownicę;)

A Wielkanoc tuż. najważniejsze potrawy zrobione (pasztet, pieczona szynka, ugotowana szynka wędzona, upieczone mazurki, zrobiona pascha, jeszcze nieprzybrana). Jutro jeszcze zrobię sałatkę jajeczną, sos czosnkowy, może mufinki dla wnuków (jak starczy mi czasu) i ozdobię dom kwiatkami i stroikami. Na dziś pracy starczy.

DSCN0604.JPG

Jeden z mazurków, jeszcze na roboczej blasze, według przepisu mojej mamy, tradycyjnie od wielu wielu lat, tylko na Wielkanoc. Przejęłam pałeczkę.

 

DSCN0603.JPG

 

Wesołych, zdrowych, spokojnych, rodzinnych Świąt!

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  2 940 637  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2940637

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl