Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Po imprezie (jeszcze raz)

poniedziałek, 20 maja 2013 16:22

 Wpisy , z dwudniowym opóźnieniem, w końcu zobaczyłam na blogu. Zostawiam obie wersje.Wiadomo nie od dziś, że jestem maruda. I nawet zdjęcia się pojawiły. Więc je wstawiam.

Wczoraj napisałam o koncertach w Mikołowie i Czeladzi. Publikowałam. Pokazała się standardowa informacja, ze wpis został opublikowany i wkrótce ukaże się... Ale nie ukazał się. Fotografie również się nie zapisały, tak, jakbym nie siedziała tu i nie dłubała kilkunastu minut. Ech, szkoda czasu, naprawdę, czuję coraz większe zniechęcenie.

A na tym Śląsku (w Mikołowie) i w Zagłębiu (Czeladź) koncerty oczywiście odbyły się  z sukcesem, a jakże, mimo, że w pierwszym naszym wystąpieniu pogubiliśmy rytm w samym zakończeniu. Ale chyba jedynie dyrygent poczuł sie tym sfrustrowany, chórzyści mniej. W końcu zebrali się razem i dośpiewali do końca. I tylko specjalista zauważył, że nie do końca było to perfekcyjne wykonanie. W Czeladzi, po kolejnych próbach, zaśpiewaliśmy już zgodnie z partyturą. Słuchaczom sie podobało, w obu wystąpieniach.

Wyjazd był dla mnie męczący. A najbardziej męcząca była dla mnie, indywidualistki, konieczność podporządkowania się wymogom grupy, taki "owczy pęd", niestety niezbędny w działaniach chóru. Ale dlaczego mam grupie podporządkowywać także te okruchy wolnego czasu, który pozostawał po próbach, przejazdach i koncertach?  Potrzebuję trochę samotności, wakacji od chóru. Śpiewam już rok i czuję sie nieco zmęczona tą cotygodniową (wręcz dwarazytygodniową) dyscypliną. Mam teraz co robić i lubię robić, co sama chcę. I mogę. Ograniczenia znoszę tylko, gdy sama je akceptuję. Gdy ograniczają mnie wbrew mojej woli i zgody okoliczności lub inni ludzie, to sie pienię i buntuję.

Na wyjeździe fajne było to, że podali mi wszystkie posiłki i jeszcze je zafundowali. Bardzo łatwo zaakceptowałabym prywatną kucharkę, a sama gotowałabym i piekła tylko od czasu do czasu dla przyjemności.  A tak przekonuję siebie, że lubię ro0bić to, co muszę, czyli np. codzienne posiłki, bo inaczej byłabym coraz bardziej sfrustrowana.

Miejscowości, w których byliśmy (czyli Będzin, Sosnowiec, Mikołów i Czeladź) nie poznałam, bo nie było na to czasu. Wozili nas z hotelu na próby, na obiady, na koncerty, dnie w rozjazdach i śpiewaniu. Z okien busa widziałam miasta smutne i niebogate (może jeździliśmy opłotkami?). Czy ja mieszkam w jakiejś innej Polsce? Zapewne.  Przecież mieszkam w Wielkopolsce. Żal mi, że nie miałam okazji odkryć uroków miejsc, w których byłam, bo przecież w każdym miejscu są ładne, miłe dla oka i ducha zakątki.

Widok na Zamek Kazimierza Wielkiego w Będzinie, od strony Czeladzi (wspominam o nim w poprzednim , ukrytym przez dobę, wpisie).

 

W tym teatrze, w Będzinie, mieliśmy próby.

 

Bazylika Św. Wojciecha w Mikołowie. Tu śpiewaliśmy.


Podziel się
oceń
12
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Po koncertach

niedziela, 19 maja 2013 19:02

Wróciłam z wojaży. Zaspiewaliśmy.  Wielki chór, to moc , siła brzmienia. na pierwszym koncercie w Mikołowie jeszcze sie dogrywaliśmy, a w Czeladzi już było, jak być miało. I tylko żal, że nie było (i pewnie nie będzie) więcej występów. Nie byłabym sobą, gdybym nie ponarzekała. Nasz poznański chór, najmłodszy stażem, został potraktowany, jak chór samych młodych, silnych, których można sponiewierać. Bo czyż nie jest skazaniem na poniewierkę zakwaterowanie z dala nie tylko od innych chórów i od 'korytka' czyli restauracji, ale też z dala od sal, w których odbywały sie próby? Pozostałe przyjezdne chóry były zakwaterowane w Będzinie, blisko sal prób. W tym hotelu wydawano też obiady i zorganizowano bankiet pożegnalny. My mieliśmy hotel w Sosnowcu, gdzieś na obrzeżach (miasta nie widziałam). Po śniadaniu, które na szczęście było w hotelu (w piwnicy, niezbyt przyjemnie) , musieliśmy wziąć ze sobą stroje na przebranie na koncerty i na bankiety, na kolację grilową na świeżym powietrzu (w Ogrodzie Botanicznym w Bujakowie, bardzo przyjemne miejsce). I nie było okazji, żeby choć trochę odpocząć w ciagu dnia, bo do hotelu autobus wiózł nas na nocleg dopiero. Ja się nie piszę na takie nomadzie życie. Teraz mam spuchnięte stopy i jestem jak wymięta. Będzina też nie zobaczyłam prawie, tylko Zamek Kazimierza Wielkiego, górujacy nad miastem widzieliśmy z nadrzecznej promenady idąc z prób pieszo do hotelu w Bedzinie na obiad.  To co widziałam po drodze, to niestety, smuteczek. Czy ja mieszkam w jakiejś innej Polsce? Jasne! Ja mieszkam w Wielkopolsce. I bardzo dobrze. 

Nagrywano nas, filmowano, szczególnie w Czeladzi, gdzie występowaliśmy w ramach XIV Festiwalu Ave Maria (poza brawami nie dano nam nawet szklanki wody, o sali na przygotowanie, z ewentualną toaletą, nie wspominając). Natomiast w Mikołowie mieliśmy salę do dyspozycji i napoje do picia, kawę, herbatę i wody różne. Czuło się, że jesteśmy miłymi, oczekiwanymi gośćmi.

Ogólnie - dla mnie, nie ma to, jak śpiewanie blisko domu. Co by nie mówić, poczułam sie stara, takie ekstrema już nie na moje zdrowie. Chętnie zaspiewam w wielkim wspólnym chórze , ale tutaj, u nas.

P.s dziś z jakiegoś powodu zdjęcia się nie wgrywają, spróbuję kiedy indziej.


Podziel się
oceń
10
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ogólnopolskie Koncerty Chórów Lekarskich (OKChL)

czwartek, 16 maja 2013 0:33

Hej, hej! Dziś wyrusza"m w południe na Śląsk z moim chórem, żeby wziąć udział w dwóch koncertach, w ramach OKChL (jak w tytule). Będziemy śpiewać "Magnificat " Johna Ruthera, wszystkie chóry razem, z orkiestrą lekarzy. Będzie nas "na scenie" około setki, potężny chór. A śpiewamy w piątek 17 maja o godz. 19.00 w Bazylice św. Wojciecha w Mikołowie i w sobotę 18 maja w Kościele św. Stanisława BM w Czeladzi. Zapraszam wszystkich serdecznie. Mam nadzieję, że ktoś  nagra nasz występ i wstawi na YouTube, wtedy wam pokażę (albo i nie, jeśli się nie spiszemy). A zatem trzymajcie kciuki za nasz występ:-)


Podziel się
oceń
11
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zupa szczawiowa

poniedziałek, 13 maja 2013 22:59

Nie jadłam zupy szczawiowej chyba ze 3 lata. I jakoś o niej zapomniałam. A tu wczoraj po deszczu zabrałam sie do ręcznego pielenia chwastów. Oczywiście, szczawiu mam na moim "polu" dużo, o wiele za dużo (dużo iglaków, ziemia kwaśna, to i szczaw rośnie). Po deszczu wszystko rośnie w oczach, szczególnie chwasty. No i ten szczaw, dopiero co skoszony kosiarką, też urósł.  Wyrywając go z zapamietaniem przypomniałam sobie słowa z jakiegoś blogu albo komentarza. Ktoś wspomniał, że robi raz do roku zupę szczawiową. Pomyślałam sobie, że  w końcu ten chwast mógłby raz na coś się przydać. Pamiętam, że dawno temu na ogródku działkowym rodziców był specjalnie posadzony szczaw na zupę. Jadaliśmy szczawiową dość często, chyba nawet szczaw był zaprawiany do słoików. Wtedy nie mówiono o szkodliwości szczawianów na organizm, a poza tym wszyscy byłi młodzi i zdrowi. I ja wczorajprzypomniały mi sie zupy z młodych lat i urwałam dobre dwie garście młodych listków szczawiu (Rumex acetosa), szczawiu jest kilkanaście (albo i więcej) odmian, a wszystkie kwaśne. Wybierałam te gładkie i intensywnie zielone, no i zdrowe (rozpoznaję ten "właściwy"). A potem zrobiłam zupę. I było to prawie, jak gotowanie zupy z gwoździa, tylko ów "gwóźdź"-szczaw pozostawał w zupie. Ugotowałam esencjonalny rosół na skrzydle indyka, z włoszczyzną. Szczaw sparzyłam gotującą wodą. Potem go drobno posiekałam i dodałam do przecedzonego rosołu. Jarzyny z zupy zmiksowałam i też dodałam (mięso zostawiłam na paszteciki), zaklepałam zupę mąką i śmietanką, dodałam trochę cukru i masła do smaku, ugotowałam 2 jajka, po jednym na osobę, dodałam już na talerzu groszek ptysiowy i mieliśmy bardzo smaczną zupę, nie przesadnie kwaśną, ale wyczuwalnie. Jak to czasem blogi mogą zainspirować:-)  


Podziel się
oceń
9
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Portrety

poniedziałek, 06 maja 2013 21:59

Byłam dziś na działce rodziców, razem z rodzicami. Marcin Luther powiedział " nawet jeśli jutro miałby sie skończyć świat, to ja będę pielęgnował moją jabłonkę". Mój tato ma prawie 90 lat i też nie ustanie w "pielęgnowaniu jabłonki". Ziemia musi rodzić, to dla taty bezsporne i oczywiste. Więc ogród jest właściwie warzywnikiem. Z jednym wyjątkiem : tulipany. Zafascynowały tatę już przeszło 50 lat temu. I od tamtej pory rozmnaża je, krzyżuje i tworzy nowe odmiany. Z wiekiem obszar uprawy zmniejszył się, ale nadal jest (dla mnie) imponujący, jeśli weźmie się pod uwagę taty wiek i to, że co roku sadzi i wykopuje setki cebulek. Mam porównanie, bo sama też posadziłam dwa lata temu ze dwie setki cebulek, a u mnie efekt jedynie zadowalający. Tato uprawia tulipany na kwiat ciety, dla rodziny, przyjaciół i znajomych. W tym roku tulipany zakwitły nagle, z nia na dzień, wiec wiele zostało na polu, bo takie mocno rozkwitłe nie nadawały się do obdarowania. Ale jeszcze nie zakwitły te piękne, najpóźniejsze. Zresztą wszystkie są śliczne. Zobaczcie sami:

 

 

 

 

 

 

 

I jeszcze widok na moje ulubione krzaczki , przeze mnie kupione i posadzone (na działce rodziców): migdał, za nim pęcherznica i tawuła wczesna (migdałka syn dwa lata temu tak przyciął, że bałam się, czy przezimuje, kwitnie pierwszy raz po cięciu).

 

A pracy tam tyle, że plecy i ręce bolą (mnie, po dzisiejszym dniu). Ale to magiczne dla mnie miejsce. Niech trwa!


Podziel się
oceń
11
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 545 921  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2545921

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl