Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Góry Stołowe

wtorek, 26 czerwca 2012 22:12

Jak stwierdził Mój, tyle lat człowiek żyje i nie wiedział, że w Polsce są takie fascynujące miejsca, jak Szczeliniec. Faktycznie! Szczeliniec Wielki, najwyższy szczyt Gór Stołowych ma niezwykle spękany szczyt, erozja skał przekształciła je w niezwykłe twory geologiczne, tworzące na szczycie labirynt skałny o przedziwnych, niezwykłych formach ogromnej wielkości. Jako, że to był tylko krótki wypad nie mielismy czasu na wiecej wycieczek, ale na pewno Park Narodowy Gór Stołowych wart jest zobaczenia. Takich formacji skalnych nigdzie indziej w Polsce się nie zobaczy , można się nimi pochwalić cudzoziemcom. Nie będę sie wiele rozpisywać, bo wszystkie wiadomości geograficzne i turystyczne są w internecie. Wspomnę tylko, że na szczyt Szczelińca prowadzą kamienne stopnie, wykonane w latach trzydziestych XIX wieku, wchodził po nich niemiecki władca Fryderyk Wilhelm i jego dwór. Stopni nie liczyłam, ale jest co pokonywać (a potem schodzić!). Na szczycie jest schronisko, też od połowy XIXwieku, do którego nie prowadzi żadna droga, nie można do niego dojechać (tylko te stopnie...i lina dla wagonika transportowego). Sami popatrzcie, to są niezwykłe widoki.

Szczeliniec Wielki (919 m.n.p.m)  z daleka.

 

Widok z jednego wystepu skalnego na drugi, przed schroniskiem. W tle Góry Sowie.

Te skały mają swoje nazwy, ale ich nie zapamiętałam.

 

Natomiast to jest Małpolud, co widać ;-).

 A przez tę szczelinę można bez kłopotu przejść.

Wśród tych wysokich (głebokich)ścian jest tak zimno, że gdzie niegdzie stale leży śnieg.

Piękne panoramy okolicznych gór i dziwne kształty skał.

I jeszcze niezwykła flora:storczyk szerokolistny, nasz polski, z polany śródgórskiej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Trochę odpoczynku

poniedziałek, 25 czerwca 2012 0:53

Jarnołtówek. Tę nazwę usłyszałam pierwszy raz na początku 97 roku. W siedzibie FWP (fundusz wczasów pracowniczych, jeśli ktoś nie z tamtej epoki) zaproponowano mi w Jarnołtówku właśnie, wczasy zimowe. Do wybrania się „w nieznane”, w lutym owego roku, zachęcił mnie kryty basen w ośrodku, w tamtych czasach rzadka sprawa w standardzie wczasowym (dla ludu pracującego na „państwowym”). Jarnołtówek leży w Górach Opawskich, jak nazywa się polska część leżącego po czeskiej stronie granicy sporego pasma Jeseników, 5 kilometrów na południe od Głuchołaz (tak w Głuchołazach brzmi ten dopełniacz), tuż przy czeskiej granicy. A ośrodek nazywa się „Ziemowit” i jest położony wysoko na zboczu Kopy Biskupiej, najwyższego szczytu Gór Opawskich (890 m n.p.m.). Tak nam się tam spodobało, że byliśmy w nim jeszcze kilka razy rodzinnie, ostatni raz 10 lat temu, ale zawsze zimą. Gdy zobaczyłam ofertę jednego ze sprzedawców grupowych, w naprawdę atrakcyjnej cenie, nie mogłam się oprzeć i kupiłam. Byłam mile zdziwiona, gdy dowiedziałam się, że to nadal FWP i że panie kucharki są te same od wielu lat (bo karmili nas tam zawsze bardzo smacznie i do syta). I zrobiliśmy sobie podróż sentymentalną, tym razem we dwoje i latem. Ośrodek jest po sporym „liftingu” wewnątrz (zewnętrznie nadal „późny Gierek”, ale jakie widoki z okna!). Ma sporą sanatoryjną bazę zabiegową (narządy ruchu szczególnie) i przyjemne SPA. Basen też jest przystosowany do rehabilitacji w wodzie, stracił nieco na wielkości, ale zyskał wodne masaże. Ośrodek jest położony daleko od wsi (małej zresztą), tuż przy lesie, przy szlakach turystycznych, cicho, spokojnie i powietrze, jak kryształ. Zaliczyliśmy „obowiązkowy punkt programu”, czyl, i weszliśmy kolejny raz na Biskupia Kopę, a właściwie do schroniska pod Kopą (na samej Kopie byłam chyba 3 razy)(tym razem nie było czasu na kawę nawet, bo zmieniono czas wydawania obiadu z 13.30 na 13.00 i musieliśmy pędzić na obiad). Pobyt był krótki, ale intensywny. Codziennie spora porcja ruchu i tlenu. I pogoda dopisała. Tylko raz pod wieczór pokropiło (a burza z ulewą była w nocy), we dnie było słonecznie i nieupalnie. Przyjemne miejsce, miły wyjazd.

 

W tle za tablicą Kopa Biskupia.

"Ziemowit" od strony wschodniej, wejście.

 

Widok z naszego balkonu na strone zachodnią, na czeskie Jeseniki.

 

 Droga na Kopę Biskupią.

Kapliczka przy szlaku na Kopę.

Schronisko pod Kopą Biskupią.

"Piekiełko" - wyrobisko po eksploatacji łupka fyllitowego (tak było napisane na tablicy informacyjnej). Góry Opawskie nadal mają bogate złoża łupków, ale jest tu teraz Park krajobrazowy i skały sa pod ochroną.

Łupek na Bukowej Górze, niedaleko Piekiełka.

A to Rynek w Głuchołazach, odległych od Jarnołtówka o 5 km.

To Zlate Hory już w Czechach ,też ok 5 km od Jarnołtówka, 4 km od dawnego przejścia granicznego. Malutkie, zabytkowe miasteczko, gdzie , jak nazwa wskazuje, w dawniejszych wiekach wydobywano złoto (tak jak i w Jarnołtówku, przez który przepływa Złoty Potok).

P.s Następny wpis będzie o niezwykłych Górach Stołowych.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Bydgoszcz

poniedziałek, 18 czerwca 2012 15:06

Wczoraj byłam na wycieczce w Bydgoszczy. To był wyjazd z Akademią Podróży „Wojażer”, Taki zorganizowany wyjazd, to kolejny krok w moim wychodzeniu ze skorupy Raka-Pustelnika. Potrzebuję jakiegoś bodźca, jakiejś życzliwej zachęty, żeby wyjść do ludzi (bo sama mam tyle zapału, co ślimak). Już zapomniałam, jak fajnie może być na zorganizowanym wyjeździe. Szczególnie dobrze zorganizowanym, jak w tym przypadku. O nic nie muszę się kłopotać, wszystko podstawione „pod nos”, transport, zwiedzanie i wyżywienie. A na deser uczta duchowa. Ale po kolei. W Bydgoszczy byłam tylko raz, w czasach licealnych, prywatnie (jeden dzień). Miasto było na tyle nieatrakcyjne, że nie widziałam potrzeby jechać tam znów. A teraz zachęcona przez miła koleżankę dałam się namówić na wycieczkę. I nie żałuję. Polska pięknieje, cała, to jest bezsporny fakt. A im więcej pieniędzy w regionie, tym bardziej i szybciej pięknieje. A Bydgoszcz? Z pierwszego pobytu nie zachowałam w pamięci nic, poza wrażeniem nijakości. Teraz to miasto z charakterem. Widać dużo serca i pracy w tworzeniu przyjaznego klimatu miasta. Przez połowę pobytu wczoraj nie mieliśmy słońca. Do tego szliśmy przez ulice Starego Miasta , zaniedbane przez dziesięciolecia. Piękna, czysta Brda, a nad jej brzegiem zaniedbane, sypiące się magazyny, domy mieszkalne, odwrócone od rzeki. Smuteczek. Ale coś drgnęło. Jeden odnowiony dom już jest, a w planach ponoć jeszcze kilka. Za rok, dwa będzie to wspaniałe miejsce z kafejkami nad wodą, jestem o tym przekonana. Mieć taką wodę (i tyle wody) w centrum miasta, to bogactwo, na razie jeszcze nie wykorzystane turystycznie. Poza Brdą i kanałami w mieście są piękne oazy zieleni z fontannami i ulice z secesyjnymi solidnymi kamienicami. Ale tym poznanianki się nie zadziwi, u nas secesji jest więcej i też pieczołowicie odnowionej. Ogólnie przyjemne miasto, zwłaszcza, jak po południu zaświeciło słońce i kiedy wypiłam dużą kawę w cukierni Sowy i zjadłam bardzo smaczny obiad z jabłecznikiem na deser (a co sobie będę żałować). Na zakończenie wycieczki mieliśmy niezwykły bonus. Z okazji Roku Leona Wyczółkowskiego są organizowane różne imprezy, szczególnie w mieście, które zawdzięcza artyście największą w Polsce galerię jego dzieł. W kościele parafialnym w Wtelnie (na przylegającym do kościoła cmentarzu jest pochowany Leon Wyczółkowski), 15 km od Bydgoszczy mieliśmy przyjemność wysłuchać koncertu orkiestry kameralnej Filharmonii Bydgoskiej Capella Bydgostiensis z młodą solistką Anną Wilk , p.t. Ave Maria w muzyce. Dla mnie temat idealny. Utwory Bacha, Haendla, Mozarta, Karłowicza i oczywiście Schuberta i Gounoda – najsławniejsze Ave Maria. Czułam się jak w raju. Muzyka na żywo, smyczki i solistka dwie ławki przede mną, wrażenie kolosalne. I jeszcze utwory, które sama kiedyś śpiewałam, w pięknym barokowym wnętrzu, o wspaniałej akustyce, po prostu spłynęła na mnie ta muzyka falą wspomnień i wzruszenia. Gdyby nie otaczający mnie ludzie (a kościół szczelnie wypełniony publicznością), to nie walczyłabym z łzami, tylko by sobie kapały, ale co innym do moich wzruszeń, to moja intymna sprawa (i dlatego wolę słuchać muzyki w domowym zaciszu, chociaż to już nie to, co żywa muzyka). Ze wszech miar udany dzień, pełen wrażeń.

Wyspa Młynarska, rewitalizowana część Starego Miasta, budynki z prawej, to oddziały Muzeum Okręgowego, w głebi Opera Nova.

 

Widok na Katedrę i Wyspę Młynarską z tramwaju wodnego.

 

Wspólczesne "spichrze" nad kanałem Brdy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Rynki Poznania

piątek, 15 czerwca 2012 23:54

Kocham mój Poznań, zawsze będę poznanianką i będę miastowa. Tak mnie dziś naszło, gdy odwiedziłam, całkiem przypadkowo, jeden z poznańskich rynków, największy plac targowy w Poznaniu – Rynek Jeżycki. Gdy byłam dzieckiem i jeszcze w czasach licealnych wydawało mi się, że w każdym dużym mieście są rynki, czyli place targowe, gdzie handluje się warzywami, owocami i innymi produktami spożywczymi własnej produkcji. Okazało się, że nie. Że takie targowe rynki, w takiej ilości, to specyfika Poznania. W Poznaniu jest kilka historycznych placów targowych w każdej z dzielnic miasta: jest wspomniany już Rynek Jeżycki w dzielnicy Jeżyce , jest Rynek Łazarski, rynek mojego dzieciństwa, w części miasta zwanej Łazarzem (to część dzielnicy Grunwald, w tej dzielnicy mieszkałam całe życie), jest Rynek Wildecki na Wildzie. Są dwa rynki na Starym Mieście, na Placu Wielkopolskim i na Placu Bernardyńskim, oba dwa kroki od Starego Rynku, na którym od czasów przedwojennych nie ma już targu. Nasze rynki, to stragany, dawniej składane po południu i rozkładane znów rankiem. Teraz są to konstrukcje stałe, zadaszone, drewniane stoiska, które zajmują cały plac (lub prawie cały), czynne od wczesnego rana, do wczesnych godzin popołudniowych. Oczywiście teraz sprzedaje się na rynkach nie tylko owoce warzywa, słodycze, nabiał czy mięso (cielęcina, jagnięcina, króliki a nawet mięso z nutrii, jak ktoś chce). Jest też sporo stoisk z ciuchami, starymi i nowymi, obuwiem (szczególnie tekstylnym) i produktami z różnych działów handlu. Specyfiką Rynku Jeżyckiego są kwiaty. Stoiska kwiatowe zajmują całą jedną stronę rynku (poza tymi w głębi, które sprzedają kwiaty sezonowe z własnych ogródków, dziś przepiękne piwonie za grosze). Kwiaty przy Rynku Jeżyckim można kupić nawet w nocy, a także w siarczyste mrozy, wiadomo, że tam zawsze można kupić kwiaty w Poznaniu. Chodziłam dziś sobie między straganami, oglądałam piękne owoce, warzywa, kwiaty, stragany z ciuchami, na których można ponoć znaleźć prawdziwe perełki za grosze, jak ktoś umie szukać i patrzeć (ja jakoś nie umiem). Zadziwiałam się cenami : drożyzna! A może ja już taka rozpsuta jestem „cenami producenta” w moim miasteczku? Za truskawki duże i piękne życzono sobie dziś na rynku 10-12 zł za kilogram, za takie normalne -7,5 zł. Tańszych nie widziałam. W miasteczku przedwczoraj płaciłam 5 zł za truskawki prosto z plantacji. Dziś mam już swoje w ilościach odpowiednich do najedzenia się:-).

Zauważyłam, że na Rynku nie było żadnej konkurencyjności cen, wszystkie pomidory, kalafiory, kalarepy, ogórki miały na różnych straganach taką samą cenę. Wszystkie były piękne, jak malowanie. Widziałam też kurki i jagody (30dag kurek za 15 zl!). Tak mi było swojsko i sympatycznie na tym Rynku, jakby nagle czas się cofnął. I jeszcze z tego powodu, że nic prawie nie mogłam kupić, bo nie miałam (prawie) gotówki. A założyłam (może niesłusznie), że na straganach nie mogę kupować na kartę. Tak się przyzwyczaiłam płacić kartą, że rzadko mam przy sobie gotówkę w rozsądnej ilości. A przecież w miasteczku też powinnam mieć trochę grosza, bo w małych sklepach jeszcze często „plastiku” nie przyjmują. W każdym razie dziś był miły poznański dzień. I muszę częściej robić sobie takie wycieczki „do przeszłości”, to zdecydowanie poprawia mi nastrój (no i buciki, które sobie kupiłam przy okazji:-)).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kołobrzeg

niedziela, 10 czerwca 2012 23:42

Z mojego ulubionego cyklu: "Piękna nasza Polska cała" dziś kilka migawek z króciutkiego wypadu do Kołobrzegu.

Znam Kołobrzeg od 1970 roku. Wtedy byłam tam pierwszy raz. Pamiętam, jak dziś imponującą bryłę katedry na pustym polu. Wkoło była zielona łąka, długo, długo nic i im bliżej dworca, tym więcej domów, raczej takich nowych bloków, szarych klocków z ówczesnych lat sześćdziesiątych. Smuteczek. Potem byłam na początku lat 80-tych. Przy katedrze nadal pustki, ale w niewielkiej odległości postawiono bloki tzw. gierkowskie (okropność w takim historycznym miejscu, jak się po latach okazuje) i dom handlowy "Bryza", dosłownie pod katedrą. Ale coś drgnęło. Wybudowano pierwszą uliczkę z domkami stylizowanymi na "stare", ulicę Stanisława Dubois ( polskiego przedwojennego działacza lewicowego, więźnia Auschwitz i tam rozstrzelanego). I zaczęto obok tej ulicy tworzyć park. A kiedy przyjechałam do Kołobrzegu w 94 roku, to wokół katedry wyrosło zupełnie nowe Stare Misto. I obudowano katedrę tak szczelnie, że nie sposób teraz zrobić jej zdjęcia w całej okazałości (bo stale coś ją zasłania, chocby rusztowania).

Katedra była okropnie "okopcona", prawie czarna cegła teraz odzyskuje swój średniowieczny blask.

Jak to dobrze, że ten teren przy katedrze nie był zabudowany pudełkowatymi blokami. Teraz miasto ma bardzo piękne "historyczne" centrum. Taka stylizacja na "stare" bardzo mi się podoba. Historyczne centrum Kołobrzegu wreszcie istnieje. I ciągle sie rozrasta;-). Od 2001 roku znów przybyło stylizowanych domów, do katedry prowadzi teraz ulica z pięknymi domami w stylu "lat przedwojennych", które to domy skutecznie zakryły wielki blok z epoki Gierka, zupełnie nie "na miejscu" w tym miejscu (mieszkańcy bloku mają z okien bezpośredni widok na katedrę).

Wokół zabytkowego Ratusza powstało coś na kształt rynku, pełne turystów, ogródków kawiarnianych i eleganckich sklepów, czego 10 lat temu jeszcze nie było.

Po prawej stronie ratusz, w głębi katedra.

  

A to jedna z tych nowych "starych" uliczek. Nie było szans na odtworzenie budowli historycznych. Tam nie pozostał nawet kamień na kamieniu, starówka była całkowicie zniszczona (poza katedrą, której mury ocalały). Miasto, w wyniku działań wojennych było zniszczone w 95%!  Teraz to jest piękne miasto (45 tys mieszkańców). I oczywiście uzdrowisko oraz port. I morze, które daje mieszkancom zarobek, a przybyszom wypoczynek i zdrowie. Lubię odwiedzać Kołobrzeg.

Fontanna w parku w centrum, której 10 lat temu jeszcze nie było.

No i nasz Bałtyk, tuż przed zachodem słóńca.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 545 876  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2545876

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl