Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 245 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Totalny olew

środa, 29 września 2010 18:21
Prosze wybaczyć język, ale oststnio zwisa mi zupełnie moja "zewnętrzność". I czuję się taka wolna i  swobodna. Nieskrępowana "kostiumem". Nie muszę się "napinać". Nie "muszę" (dobrze) wyglądać. Albo nikt mnie nie widzi, albo zupełnie mnie nie obchodzi, kto i jak mnie widzi. Wreszcie. Zawsze miałam problem "co sobie o mnie pomyślą". Powoli się uczę, że to nie mój problem tylko tych "myślących". A niech myślą, co chcą. Chyba mam w końcu prawo na takie starzenie się, jakie mi odpowiada. Chyba czas zmienić tytuł bloga na "pogodzenie się z upływającym czasem". Ale jeszcze nie do końca jestem szczera i uczciwa wobec siebie. Na co dzień mogę być sobą, ale są takie spotkania w wiekszym gronie, gdzie chcę (jednak) grać rolę (udawać) młodszą, zadbaną, bez problemów i "cool". Rzadko, ale się zdarza. Trzeba się do takich spotkań przygotować i założyć coś, w czym mnie w zeszłym roku nie widzieli (sama nie pamiętam w co byłam ubrana, to może kobitki z towarzystwa też nie pamiętają, ale kto je tam wie). Nadal jeszcze nie mam na tyle odwagi,  żeby włosy związać w kitkę (jak zwykle) i założyć cokolwiek, i się nie przejmować. Z drugiej strony takie spotkanie, to pewnego rodzaju święto, od święta można się trochę wysilić i wykosztować , żeby okazać szacunek gospodarzom, jubilatom, solenizantom, dawno niewidzianym kolegom.  Ale akurat jestem na etapie porządkowania szaf przed przeprowadzką. Mam tam tyle niepotrzebnych, nienoszonych ubrań, właśnie takich "okazyjnych" , kupionych na doroczne spotkania, żeby co roku mieć coś nowego, modniejszego. Co ja mam z tym zrobić? Rzeczy prawie nowe, zupełnie niewykorzystane, do kuchni i ogrodu się nie nadają, często już  demode, nosic ich nie mam kiedy. I jakoś żal wydać. Może jednak przechowam dla potomnych, niech oni po latach studiują historię ubioru albo niech spokojnie wyrzucą, ja nie mam serca. Może mi ten zwis minie, jeśli okoliczności się zmienią, a może się pogłębi. Na wsi łatwiej być sobą, nikogo nie znam, nikt mnie nie znał (w lepszych czasach). W mieście, na osiedlu - jak w małym mieście: wszyscy sie z widzenia przez te prawie 30 lat rozpoznają. Właśnie jestem w mieście i muszę wyjść do sklepu. I tak sobie marudzę, bo tak okropnie nie chce mi się przebierać. A co ludzie powiedzą, jak mnie taką "domową" zobaczą?
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Sezon imprezowy

niedziela, 26 września 2010 13:27
 Październik to u nas czas 'imprez': imieniny teściowej, nasza rocznica ślubu, urodziny i imieniny przyjaciółki, urodziny i imieniny taty, urodziny Mojego. Sobót nie starcza na "obskoczenie" wszystkich okazji, o kasie nie wspominając. Można rzec, że sezon zapoczatkowaliśmy wczoraj, spotkaniem u nas na wsi, bez okazji. Podam złośliwie menu,(na 5 osób), żeby niektórym narobić smaku;-)
 Zaczęliśmy podwieczorkiem o piątej. Upiekłam lekkie (i szybkie) ciasto z jabłkami i brzoskwiniami (swoimi) i ciasteczka kawowe Lillan (tu odnośnik do strony Lillan z przepisami), kupiłam bardzo smaczny torcik węgierski w ulubionej cukierni w Pobiedziskach, a przyjaciółka przywiozła swój placek chorwacki - orzechowy, pycha.
Do tego były nasze winogrona różowe, rodzynkowe (bez pestek) i mieszanka bakaliowa (z jakiegoś powodu nazywana studencką). Po tej słodkiej "przekąsce" poszliśmy się przejść, żeby zrobić trochę miejsca na kolację. Aha, piliśmy cudowne wino: węgierskie, białe słodkie z miejscowości Mór - Móri Ezerjó Toppedt, produkowane w winnicy Bozóki (kupione przez syna u producenta).
  Na kolację skromnie miałam mieszankę typu jambalaya albo leczo (bez ryżu i bez kiełbasy, za to z cukinią i kurczakiem), sałatkę z zimniaków, cebuli, tuńczyka i kaparów, no i talerz wędlin, i talerz serów, przybrane naszymi pomidorami i naszą papryką oraz podałam "nasze" grzybki w occie, czyli te, które zrobiłam dopiero co, po środowym wypadzie do lasu. I mile spędziliśmy resztę wieczoru rozmawiając do późna w nocy. I fajnie.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Stadion

środa, 22 września 2010 12:30
  W poniedziałek pod moim blokiem śpiewał Sting. A tak. Mieszkam bardzo blisko stadionu "Lecha", który został właśnie w poniedziałek oficjalnie otwarty, po rozbudowie i modernizacji. Jest pierwszym stadionem na Euro2012, który jest już gotowy. A Sting był gwiazdą, uswietniającą otwarcie.
 Przez ostatnie miesiące miałam okazję obserwować prace przy stadionie. Wielkie dźwigary, największe wtedy w Polsce, zakładane przez jeszcze większe żurwie, efektowne prace inżynierskie, potem naciąganie dachu, który teraz wygląda jak ogromna efektowna purchawka, to wszystko mogłam obserwować z okien domu. Swego czasu na odkrytym wtedy stadionie śpiewał Elton John. Mieliśmy darmowy koncert. W poniedziałek niestety niewiele było słychać, dach skutecznie tłumił dźwięki. I wszystko to  mało by mnie obeszło, gdyby nie mój osobisty interes. Jak są mecze albo taki koncert, to zjeżdżają tłumy ludzi. Bardzo wielu przyjeżdża samochodami. I gdzie ci ludzie parkują te swoje auta? Gdzie się da. Czyli na wszystkich okolicznych osiedlowych parkingach, chodnikach i trawnikach. Mieszkańcy nie mają gdzie postawić swoich aut, jeśli nie wykupili sobie garażu (a tych jak na lekarstwo). Szczęśliwie byłam w domu długo przed koncertem. Ale nie wiem, jak organizatorzy meczów Euro mają zamiar "zaparkować" kibiców i gdzie? Na okolicznych ulicach, w promieniu kilometra od stadionu? Czarno to widzę. Ale to już nie mój problem. W 2012 ja już będę na stałe mieszkać na wsi.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Poważnie

sobota, 18 września 2010 16:44
Tyle się mówi o przemocy w rodzinie, czasem jakieś migawki maltretowanych dzieci w TV. ale to są słowa. Widocznie moja wyobraxnia była zbyt ograniczona lub zamknieta na te sprawy, ale nie znam problemu i znac nie chiałam (filmu "Pręgi" nie oglądałam). I gdy serial telewizyjny pokazał mi nagle, jak może wyglądać fizyczne maltretowanie swojego dziecka, to byłam w szoku (ostatni odcinek serialu Polsatu "Hotel 5x", numeru hotelu nie pomnę). Potem żona kata zeznawała, że ów chodzi na terapię. Chyba rzeczywiście taka charakteropatia, to ciężkie zaburzenie społeczne. Bicie dzieci, to objaw całkowitego braku kontroli nad sobą, oczywiscie także brak tzw. uczuć wyższych, a takie lżejsze klapsy, to wyraz bezradności rodzica, jego klęska, brak umiejetności porozumienia się z dzieckiem.  Niekiedy dziecko rozbrykane, nieposłuszne potrzebuje jakiegoś silniejszego bodźca, żeby nie zrobiło sobie krzywdy następnym razem (wybieganie na jezdnię, wchodzenie na wysokości). Ale powie się "klapsa wolno", a jakiś sadysta tak sie odmachnie, że dziecko zmasakruje, bo klapsa wolno.
 Też mi się zdarzało dać klapsa przez pupę albo przez łapę, jak byłam młodą, niecierpliwa mamą. Przy trzecim dziecku miałam już o wiele więcej doświadczenia, cierpliwości i wyrozumiałości. Nie "klepałam" (ale czy mu to na dobre wyszło?).
  Nie będę was pytać, czy was bito, byc może dla niektórych to nadal trudne wspomnienia.
Sama opiszę jednyny raz, kiedy dostałam "wychowawcze" lanie. Pierwszy i ostatni raz. Miałam 5 lat. Nadal pamietam cała sytuację. mama wzięła mnie do kościoła na mszę, normalną dla dorosłych. Miejsc siedzących nigdy nie było. Trzeba było stać. najgorsze były kazania. Dla pięciolatki były to "tureckie" kazania, które trwały w nieskończoność. Więc zaczęłam marudzić dość głośno, że ksiądz ględzi. Musiało mi się bardzo nudzić. Mama dwa razy mnie ostrzegała, że mam być cicho (bo jej wstyd robię). "Jak jeszcze raz zrobisz mi wstyd, to dostaniesz lanie". Lanie to była abstrakcja. lanie, to było jakies bicie dzieci. Jakby mnie mogła moja kochana mama bić? Nie posłuchałam ostrzeżenia, nadal głosno wyrażałam swoje niezadowolenie. mama chwyciła mnie za rekę i wyciągnęła z tłumu, z zaciętą miną ciągnęła mnie do domu, nie reagując na moje prośby, zaklinania i płacz. A był to kawał drogi. Gdy dotarłysmy do domu mama wciągnęła mnie do pokoju (bo sie zapierałam, oczywicie) zamknęła drzwi i wlała mi ręka na goła pupę kilka solidnych klapsów, nie wiem , może 10? Potem zostawiła mnie zryczana w pokoju i uciekła. Tak, nie wyszła, tylko uciekła. Ja wyszłam z pokoju i tacie powiedziałam: ale ten ksiądz naprawdę ględził. Mama mówiła mi później, już jak byłam dorosla, że ona biła mnie i płakała, tak bardzo jej było mnie żal, ale uważała to bicie za wychowawcze. Co za głupota. To po co biła? Pięcioletnie dziecko? Wychowacze bicie? Jak uparta byłam, tak zostałam. Z żalem nie do mamy przecież, tylko do księży, że tak gadają i gadają nie wiadomo co. I tyle z tego bicia wyszło. Jedna "odszczepiona" owieczka więcej.
 Nie bijcie dzieci, one nie wiedzą, za co je bijecie, a poza tym i tak nie macie racji. Bicie to nie metoda.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (56) | dodaj komentarz

Festyn

wtorek, 14 września 2010 0:24
W niedzielę byłam na festynie parafialnym w mojej wsi. Dla mnie już sama informacja "festyn księdza proboszcza" była niezłym szokiem. Poznałam swego czasu osobiście księdza, można powiedzieć incognito, bo on nie wie kto ja, byłam jedną z turystek, które oprowadził po swoim (naszym) przepięknym, barokowym, drewnianym kościółku. Przekazał nam wiedzę o historii wsi i kościoła, z poczuciem humoru i erudycją. A teraz okazało się, że jest także animatorem kultury i rozrywki na wsi. Ponoć festyny ksiądz organizuje od 10 lat. I w tym roku był jubileuszowy. Także ksiądz obchodził jubileusz 10 lecia 'proboszczostwa' w naszej wsi (proszę mi wybaczyć, nie znam terminologii). Festyn odbywał się na boisku szkoły gminnej. Były dmuchane atrakcje dla dzieci, była mała gastronomia, były kramy z zabawkami, był mecz piłkarski i były występy. Gdy dzieciaki ze szkoły recytowały wierszyki "na cześć" księdza Andrzeja, gdy dawały mu kwiaty i laurki, gdy pan burmistrz wręczał  ksiedzu prezent, to miałam wrażenie przebywania w jakiejś innej rzeczywistości, w jakimś świecie równoległym. To było takie nierzeczywiste, jak jakiś film, w którym się dziwnym trafem znalazłam. A wrażenie potęgował jeszcze fakt, że byłam wśród obcych ludzi, może nie w tłumie, ale w dużej grupie ludzi, którzy żyją obok mnie, a których nigdy nie widziałam, których nie znam i na boisku szkoły, na którym też nigdy wcześniej nie byłam (chociaz szkołe mijam często i od kilku lat). Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? Ja mam tutaj spedzić resztę życia? To sie nie dzieje naprawdę? Niby żyję w laickim państwie.Czyżby? (może tylko w dużych miastach?) A burmistrz kupił ten prezent za swoje, czy może z moich podatków? Pleban jest, "wójt" też, tylko pana dziedzica brakuje. czy to jest XXI wiek? Niesamowite, w dużym mieście ominęły mnie (a może omijałam) takie akcje. Po peanach na cześć księdza (który niewatpliwie działa na rzecz aktywizacji i integracji mieszkańców), odbyły sie występy zespołu folklorystycznego z pobliskiej miejscowości.   Bardzo mi się podobały! Szczególnie ta prawdziwa, nie na pokaz, radość z tańczenia i śpiewania. I te przyśpiewki, melodie, takie "nasze" wielkopolskie, autentyczne, czułam, że jestem u siebie, że jestem stąd, z tych okolic i tu właśnie chcę być.  Potrafili mnie wzruszyć i uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ogólnie wróciłam do domu pełna zadziwień wszelkich. Jeszcze kilka zdjęć.  

P.S. Nie jestem parafianką ksiedza proboszcza.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 545 952  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2545952

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl