Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 545 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Na grzybach

poniedziałek, 30 września 2013 22:04

 Wczoraj byłam (byliśmy) w Puszczy Noteckiej . Zostaliśmy zaproszeni na wspólne grzybobranie do znajomych, którzy mają dom w jednej z wiosek, zagubionych w puszczy. Było zimno, szczególnie, gdy wyjeżdżaliśmy z domu, zaledwie +4 stopnie, ponoć przy gruncie w nocy był przymrozek (co to sie porobiło, żeby w końcówce września już kończyła się wegetacja niektórych roślin, np. fasoli, żal). Ubrałam się na cebulę, a potem w lesie kilka razy te warstwy zdejmowałam i zakładałam. Przed wyruszeniem w las spotkaliśmy sie przy ciepłej kawie (ze smacznymi ciastkami) w ciepłej obszernej kuchni , rozmawiając o urokach wiejskiego życia. Okazało się, że w tej malutkiej wiosce można jeszcze kupić prawdziwe wiejskie mleko prosto od krowy (za jedyna 2 zł za litr), prawdziwe masło (20 zł za 1kg, rewelacja), wspaniała maślankę i cudowny twaróg, które to frykasy wcześniej sobie zamówiliśmy, a przy stole degustowaliśmy. W końcu "skoro świt" o 11.05 zaczęliśmy grzybobranie, umawiając sie na ponowne spotkanie za trzy godziny. Bardzo lubię zbierać grzyby i bardzo lubię las. Nie mam zadnych problemów z orientacja w terenie, ani obaw, że sie zgubię. Lubię wręcz "zgubić się", odejść daleko od wszystkich, odseparować sie , zostać sam na sam z lasem. Cudownie by było, gdyby grzyby wyrastały pod moimi stopami albo widać je było na każdym kroku. Ale nie ma tak dobrze. Jak wspomniała jedna z blogowiczek: grzyby są, ale rewelacji nie ma. Trzeba się dobrze nachodzić i napatrzeć, żeby w leśnym podszycie znaleźć coś jadalnego. Nie lubię ganiać po lesie, lubię wolno i starannie przepatrywać teren pod nogami i w zasięgu wzroku. Moje zbiory były tym razem skromne (Mojego zresztą też), pozostali mieli pełne kosze,w  naszych  ledwo dno udało się zakryć. Ale zupełnie mnie to nie martwi. Nie mam ambicji udowadniać wszędzie, nawet w lesie, że jestem najlepsza (a miałam wrażenie, że jedna z pań takie ma credo życiowe "być zawsze prymuską"). jestem wystarczająco dobra, nie muszę tego stale potwierdzać. Spacer po lesie był cudowny, dodatkowy bonus w postaci grzybów i słoiczka borówek bardzo miły. Dodatkowo poskubałam sobie jeszcze ostatnich słodkich jeżyn,słyszałam i widziałam lecące żurawie i jednego spłoszonego jelenia (bardzo przelotnie). Słonko świeciło i grzało przyjemnie, byłam w ruchu na świeżym powietrzu 3 godziny, samo zdrowie. A potem jeszcze całym towarzystwem pojechaliśmy do ukrytej w lasach smażalni ryb, w której serwują świeże, wspaniale usmażone pstrągi z własnych stawów (a także sprzedają świeżo wędzone ryby) i dzień był "zaliczony". W drodze powrotnej do domu, tacy objedzeni i owiani świeżym leśnym powietrzem musieliśmy sie wzajemnie zmuszać do aktywności, bo powieki same sie zamykały. Dojechaliśmy bez przygód.

 

 A w domu, po grzybobraniu, nie można zostawić roboty na jutro. I tej części pakietu "grzybobranie" zwykle najbardziej nie lubiłam. Wczoraj, dzięki temu, że grzybów było niewiele i przy zbieraniu zaraz w lesie grzybki czyściłam, to miałam  stosunkowo mało pracy. Udało nam sie znaleźć tylko podgrzybki, wszystkie na tyle małe, że wyglądały, jakby ktoś je w sobotę przeoczył lub jakby te grzybki urosły dopiero od poprzedniego dnia. Jest chłodno, może grzyby nie bardzo chcą rosnąć.  Znaleźliśmy też kilka maślaków i 3 kanie(sowy), to wszystko. Żaden kozaczek nie uradował moich oczu tym razem. Trudno. Cieszę sie tym, co mam. A mam 3 słoiki grzybków w occie , sporą tackę na susz i średni garnek grzybków na obiad, z masełkiem i śmietanką:)  Było przyjemnie. Ale chyba nie mam juz ochoty na grzybobranie w tym roku.

IMG_0480.JPG

Piękne "okoliczności przyrody".

IMG_0482.JPG

 

IMG_0484.JPG

 

IMG_0486.JPG

A nad tymi stawami jedliśmy świetne rybki smażone.

IMG_0488.JPG

No, mało, wiem, ale pobyt w lesie i w miłym towarzystwie - nieoceniony.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
13

komentarze (9) | dodaj komentarz

Konkurs

poniedziałek, 23 września 2013 21:13

Wczoraj byłam w Sławie, małym, uroczym miasteczku, nad jeziorem Sławskim, na południowo-wschodnim krańcu województwa lubuskiego. Okazją  było Lubuskie Święto Pieśni - II  Festiwal Muzyki Chóralnej . Mój  chór (ze mną) brał udział w konkursie chórów. Ja pierwszy raz śpiewałam z chórem na konkursie i wielkim przeżyciem było dla mnie przede wszystkim ogłoszenie wyników. Denerwowałam się tak, jakby od wyników zależało coś ważnego. A to przecież tylko ocena, w pewien sposób subiektywna, naszego śpiewu, naszej pracy (i pozostałych 9 chórów). Zdobyliśmy II miejsce (chór istnieje dopiero trzeci rok). Nie jest źle. Ale może za jakiś czas będzie lepiej? Najważniejsze, że prawie cały dzień mieliśmy kontakt z piękna muzyką chóralną od muzyki dawnej, po współczesną od muzyki sakralnej po muzykę rozrywkową. No i poznaliśmy inne chóry i chóralne bractwo pasjonatów śpiewu chóralnego z połowy Polski (tak się złożyło, że przyjechały chóry z zachodniej połowy kraju, chór (męski) z najdalej na wschód leżącego Knurowa zdobył Grand Prix). Była ładna pogoda, miło spędziłam dzień. 

Konkurs i koncert finałowy odbywał się w pięknym gotyckim kościele św. Michała Archanioła. Wewnątrz nie zrobiłam zdjęć, bo nie miałam aparatu, dopiero w przerwie obiadowej pstryknęłam kilka fotek temu miłemu miasteczku. Sława ma 750-cioletnią historię , obecnie to niewielkie prawie czterotysięczne miasteczko gminne. Jednak w sezonie letnim "rozrasta się", za sprawą jeziora i licznych ośrodków wypoczynkowych nad nim położonych. Dawno temu byłam nawet latem kilka dni nad jeziorem (to było zaraz po maturze, pamiętam, ciocia z kuzynami jeździli tam na wczasy). Wokół Sławy są grzybne lasy i wczoraj widzieliśmy po drodze grzybiarzy, a właściwie ich auta stadnie parkujące na poboczach szosy.  Warto odwiedzić Sławę i okolice.

IMG_0475.JPG

Kościół  św. Michała Archanioła.

 

IMG_0470.JPG

To fontanna z Witosławą. Miejscowa legenda mówi o hrabim, który dawno temu szukał córki zwanej  Witosławą nad jeziorem, wołał : Witosława!, a echo niosło po jeziorze...  sława! I ponoć stąd nazwa miasta. W rzeczywistości nazwa "Sława" powstała od dawnego słowiańskiego słowa, oznaczającego "mokre miejsce".

IMG_0474.JPG

Fragment Rynku.

IMG_0477.JPG

Piękny zakątek w środku miasteczka, w tle bar, w którym podano nam obiad (około 100 obiadów dla chórzystów) i smaczne ciasta z miejscowej cukierni(sponsorzy naszego konkursu).

P.s

Podziękowanie specjalne dla Danusi za przepis na bułeczki.:) Upiekłam je w sobotę. Wyszły idealnie (jak na mnie). Smakowały nam bardzo. Do niedzieli została jedna! Na pewno będę je piec częściej:)

IMG_0464.JPG


Podziel się
oceń
3
11

komentarze (7) | dodaj komentarz

Kuchnia leniwej gospodyni

środa, 18 września 2013 19:50

 Już wspominałam wcześniej, że ostatnio gotowanie obiadu jest dla mnie obowiązkiem, pozycja dnia, która musi być "zaliczona", a której nikt inny nie wykona, tylko ja. Jeśli już muszę ten obiad ugotować, to nich on będzie improwizacją, czymś innym, niż "nudne" pieczone mięsa z sosem, o których trzeba pomyśleć zawczasu. Moje obiady ostatnio, są z doskoku, z tego, co wcześniej kupiłam, z tego co znajdę w ogrodzie, z tego, co zwykle ma sie w szafkach i w lodówce (bo jednak jestem porządną gospodynią, kasze, mąki, makarony, jajka, masło, olej, przyprawy zawsze ,no, prawie zawsze, są obecne w mojej kuchni). Ostatnio jestem przeziębiona i w sklepie nie byłam od trzech dni, o zaopatrzenie obiadowe się nie zatroszczyłam. Wczoraj Mój kupił pół kurczaka, więc obiad był banalny, pieczony kurak z pyrkami i sosem, surówka z selera, marchewki i jabłka( rzadko, ale jednak robię) i barszcz z jajkiem ( od" synowej" in spe, w słoiku, wiejski). Wczoraj łatwo poszło, nie musiałam niczego wymyślać. Dziś czytałam sobie do drugiej (w końcu jestem niezdrowa), ale obiad sam się nie zrobi, więc poszłam do tej kuchni. Wcześniej, korzystając z nieoczekiwanego słonka, opatulona w polar, pozbierałam późną fasolę, wykopałam parę cebul i czosnków, i zebrałam "psie" grzybki , bardzo smaczne, choć niewielkie podróżniczki (oficjalnie "twardzioszek przydrożny", możecie sprawdzić) . No i zerwałam bukiet astrów i rudbekii, lubię je w domu, nie tylko za oknem). W kuchni, po chwilowym zastanowieniu wymyśliłam menu: zupa dyniowa i polędwiczki  w sosie śmietanowym z grzybami, oraz fasolka z masłem i bułką tartą. No i pyrki (w końcu to wspaniałe źródło białka i witaminy C!). I żeby nie było. O 15.10 byliśmy po obiedzie. Bo dynię (kolejną) wczoraj w końcu zerwałam,  obrałam ze skóry i wybrałam pestki ze środka. Dziś tylko pokroiłam w kostkę, zupa dyniowa robi sie błyskawicznie. Polędwiczkę miałam w zamrażarce, odkrojoną on kotleta. I jeszcze była tam jedna małą pierś kurczęca. Zanim zrobiłam zupę mięso sie rozmroziło. Polędwiczki rozbite w plasterkach i pierś w kawałkach duszą się też szybciutko. Dłużej trwa obranie i ugotowanie ziemniaków, a najdłużej ugotowanie fasolki (więc zaczęłam gotowanie od fasolki). Do podsmażonego z cebulką i czosnkiem mięsa dodałam podsmażone grzybki, podlałam wodą i dusiłam pod przykryciem. Osobno zrobiłam sos taki zasmażkowy na maśle, z dodatkiem śmietanki . Dodałam sos do mięsa, wymieszałam i gotowe. Od Mojego usłyszałam, że smaczne było i "tak się objadłem":). A ja kolejny raz przypomniałam sobie żołnierskie powiedzonko "obiad zjedzony, dzień zaliczony". Tak, reszta dnia należy do mnie i mogę robić, na co mam ochotę.

 I wiecie na co dziś miałam ochotę? Na jakiś domowy wypiek drożdżowy. I upiekłam. Ale żeby nie było rutynowo i zbyt długo, według solidnego przepisu, to zrobiłam szybki pieróg drożdżowy z kilkoma brzoskwiniami w środku, bez kruszonki. Ale, że mimo sporego doświadczenia nie odważę się piec "na oko", to posiłkowałam się przepisem na wytrawny "pieróg wspaniały" (to moje ciasto na świąteczne kulebiaki).

 3 szklanki mąki wsypałam do misy, zrobiłam dołek w mące i wkruszyłam ok 30 g drożdży (świeżych), zalałam mlekiem- pół szklanki letniego mleka z łyżką cukru. Przysypałam mąką. Niech rośnie. Obrałam i pokroiłam kilka brzoskwiń. Ubiłam 2 żółtka i 1 całe jajo z 1/2 szklanki cukru. Dodałam do mąki i drożdży, bo już ruszyły. Dodałam jeszcze 5 łyżek oleju i 1/2 szklanki mleka. Wszystko wymieszałam, chwilę wyrabiałam mikserem (mieszadła do ciasta). Wyłożyłam na blachę (piec już nagrzałam do 180st), położyłam na połowie ciasta brzoskwinie, drugą połową  ciasta  przykryłam , tworząc taki duży pieróg . Po pół godzinie ciasto było już upieczone i mogliśmy je zjeść z kawką na późny podwieczorek (17.30) .

 O kolację już się nie muszę martwić, bo dla zdrowia "kolację oddaj wrogowi", czyli jak kto głodny, to może sobie sam zrobić. I nie przejmuję się tym, że wolę słodkie ciasto zamiast kolacji. Mimo wszystko, mimo mojego marudzenia, lubię gotować i piec:)

IMG_0457.JPG

 

IMG_0458.JPG

 

IMG_0462.JPG

 

  

     

 

 

 


Podziel się
oceń
1
10

komentarze (6) | dodaj komentarz

Sezon na dynie

czwartek, 12 września 2013 0:06

 Dynie obrodziły mi, jak nigdy. Bo nigdy wcześniej nie wysadziłam tylu sadzonek. Wszystkie 10 (albo i więcej, nie liczyłam) wzeszły i urodziły jedną albo dwie dynie. I są to dynie z tych bardziej pomarańczowych, ponoć zdrowszych, bo z większą ilością karotenu. I mają piękne duże pestki (tylkokto będzie sie bawił w ich łuskanie). W ogóle dynie są ponoć  bardzo zdrowe, szczególnie dla układu krążenia. Ja lubię i ich kolor i kształt, jak słoneczka.

 Jeszcze na poważnie nie zaczęłam zagospodarowywać tego mojego "dobrodziejstwa". A czeka mnie podział dyń między krewnych i znajomych i zamrożenie i pokrojenie w kostkę kilku kilogramów dyń. Za marynowaną jakoś nie przepadamy, a zupę (z tej mrożonej) bardzo lubimy.

 Młode i niezbyt duże dynie można faszerować. I tak zrobiłam ostatnio. To była pełna improwizacja. Wiedziałam tylko, że synowa robi dynię faszerowaną, że piecze ją w całości z nadzieniem w piekarniku, ale nic bliższego, a dodzwonić sie do niej nie udało, żeby dopytać.

 Wzięłam więc młodą dynię, wycięłam  "pokrywkę" i wydrążyłam miękki miąższ razem z pestkami. powstało pojemne "naczynko" ze ściankami grubości ok 2 cm (ten zwarty miąższ). posoliłam go . Nadzienie zrobiłam trochę na wzór tego do gołąbków, ale z modyfikacjami. Więc garść ryżu sparzyłam i chwilę pogotowałam, podsmażyłam paprykę z cebulką i cukinią , pokrojoną w drobną kostkę (ta też mi obrodziła w ogródku), osobno podsmażyłam mięso mielone (a właściwie siekane osobiście w melekserze), przyprawiłam je pieprzem. chili, ząbkiem czosnku i bazylią. To zmieszałam z ryżem i warzywami , dodałam jajko i posoliłam do smaku. Wypełniłam dynię tym nadzieniem, przykryłam "pokrywką. Dynię wstawiłam do naczynia żaroodpornego, na dno wlałam trochę oleju. Wstawiłam do nagrzanego piekarnika i piekłam ok 45 min. w temperaturze 180 st.

Wyszło bardzo smaczne danie, jak to określił syn "raz coś innego".  Zobaczcie sami.

IMG_0453.JPG

 

IMG_0455.JPG

 

 


Podziel się
oceń
1
10

komentarze (8) | dodaj komentarz

Moje magiczne miejsce

czwartek, 05 września 2013 17:14

Często jeżdżę na daczę moich rodziców. Dacza - według słownika, to po rosyjsku działka. Ale to niezupełnie jest działka. Przed rewolucją bogatsi mieszczanie, urzędnicy, kupcy wynajmowali na całe lato dom za miastem, daczę właśnie. Dacza, to było letnisko, ale rzadko  własność, najczęściej w ogrodzie, ale niekoniecznie (w rosyjskiej literaturze częste są opisy wyjazdów i wakacji na daczy). Więc ja odwiedzam rodziców na daczy z ogrodem. Jest to oczywiście działka letniskowa, ale rozległa 1,3 tys.m kw. Od 33 lat rodzice spędzają tam wakacje, od 28 jest tam dom,  a ja także przez 30 lat mieszkałam tam z rodzinką przez lato (dom jest pojemny). Wszyscy moi synkowie kojarzą daczę dziadków z beztroskim latem i  szczęśliwym dzieciństwem. Odkąd mieszkam na wsi nie spędzam wakacji z rodzicami. Ale odwiedzam ich bardzo często, lubię też być tam pod ich nieobecność. Jest tam tak cicho i przytulnie, są tam koty, działkowe, które pamiętają mnie "z tamtych lat", przychodzą do moich rąk i ufnie pozwalają się głaskać. Ostatnio odwiedziła mnie tam 15-letnia kotka, ciotka mojej domowej koteczki. Wzruszyłam się tą pamięcią i ufnością. Ten dom, ten ogród, uprawiany z miłością przez mojego tatę , te kwiaty sadzone przez mamę, te wszystkie miłe wspomnienia związane z tym miejscem czynią z niego moje magiczne miejsce.

 

IMG_0388.JPG 

 

IMG_0384.JPG

 

IMG_0385.JPG

 

Brzoskwinie obrodziły w tym roku.

IMG_0383.JPG

 

Piętnastoletnia koteczka, zwana przez sąsiada Drapką (nigdy mnie nie drapnęła), relikt przeszłości, tak jak i ta moja ukochana dacza.


Podziel się
oceń
2
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

piątek, 24 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  2 288 312  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2288312

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl