Bloog Wirtualna Polska
Są 1 254 552 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pozdrowienia z krainy kwitnącego rzepaku

poniedziałek, 15 maja 2017 13:15

Bardzo późno w tym roku kwitnie w pełni rzepak. Ale jest! bujny, jak zawsze i pachnie miodnie, jak co roku. A my, otoczeni rzepakowymi polami, możemy się cieszyć  tą intensywną żółcią, najbardziej słoneczną z żółci, i tym zapachem (w większym stężeniu nieco duszącym i nie dla wszystkich przyjemnym). Cieszę zmysły rzepakiem, póki kwitnie :)

I żałuję, że mogę wam przesłać tylko obraz. 

 

20170514_161443[1].jpg

 

Zapowiadała sie burza, ale "rozmyła się". Nie spadła ani kropla deszczu. Szkoda. Musiałam sama podlać moje roślinki w ogrodzie. 

 

20170515_161949[1].jpg

 

Rzepak po horyzont. I ciągle nie pada.

 

A u mnie bez rozkwita (ale jest go mniej niż w zeszłym roku).

20170515_162359[1].jpg

P.s. 

Teraz na 3 dni znikam leniuchować, odwiedzę wszystkich po powrocie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Apartament?

niedziela, 07 maja 2017 1:11

Dużo jeżdżę, jak wiecie. Często nocuję różnych miejscach noclegowych. Nie mówię "w hotelach", bo właśnie nie zawsze to są ostatnio hotele. Wybieram na stronach z obiektami noclegowymi takie oferty, które wydają mi się optymalne jeśli chodzi o położenie, standard, cenę - jak najwyższy standard za najniższą cenę ;) Z dobrym dojazdem, z parkingiem, ze śniadaniem (bo jeżdżąc do pracy musi mieć trochę komfortu). Ostatnio na tych stronach z noclegami pojawiło się mnóstwo apartamentów. Do tej pory dwa razy nocowałam  w apartamentach w hotelu: osobna sypialnia, salon dzienny, ciąg kuchenny albo osobna kuchnia, raz nawet dwie łazienki. Nie przejęłam się więc nazwą "apartamenty"  we Wrocławiu i zamówiłam nocleg. Okazało się, że jest to kilkupiętrowy blok z paroma wejściami, z labiryntem klatek schodowych, wind i korytarzy, z trzypoziomowym garażem podziemnym, z ogrodzonym terenem przed blokiem, zabezpieczonym szlabanem, otwieranym  pilotem. Istna twierdza. W tym wielkim, rozgałęzionym bloczysku kilka lub kilkanaście "apartamentów" pewna firma udostępnia klientom na noclegi. Inne pomieszczenia są wykupione lub wydzierżawione na mieszkania. Nasz "apartament" to był jeden pokój , niezbyt duży, z ciągiem kuchennym ze zlewozmywakiem, małą płytą elektryczną i z czajnikiem elektrycznym i ekspresem do kawy na kapsułki. I była też łazienka, jak w hotelu, tyle że z pralką. To wszystko byłoby dość normalne, hotelowe. Co dla mnie normalne nie było, to te wszelkie zabezpieczenia. Czułam się z jednej strony, jak osoba zagrożona, którą trzeba przed czymś "zabezpieczać", izolować, z drugiej strony, jak ktoś niechciany, potencjalnie niebezpieczny, którego trzeba stale kontrolować. Wszędzie kamery, w windzie, na korytarzach, na dole przy wyjściu "ochrona" siedząca przy monitorach. Do wszystkich drzwi kody, klucze magnetyczne, hasła. Żeby wjechać na teren przed blokiem, a potem na dno garażu (3 pietra wgłąb ziemi - klaustrofobicznie), żeby z garażu przejść do windy, żeby wejść do budynku. No istna paranoja!  I na co to, po co? Żeby zatrudnić armię ludzi do obsługi budynku? Żeby stworzyć pozory zagrożenia?  Źle się czułam pod takim nadzorem. Na mojej wsi nie zatrudniam firmy ochroniarskiej do ochrony posesji. Mam sąsiadów. Przez wiele lat nawet płotu nie miałam (ale sąsiedzkie pieski za często korzystały z mojego ogrodu), teraz płot jest symboliczny. Nie twierdzę, że nie ma złodziei i złych ludzi. Ale dobrowolnie otaczać się płotami, kratami, zamkami, to zamykanie siebie w więzieniu, w więzieniu własnej mentalności. Chciałam kupić parę noclegów w pewnym kurorcie, żeby sobie odetchnąć od codzienności. Już, już prawie sie skusiłam na dość atrakcyjną ofertę noclegu w apartamencie. Ale przypomniałam sobie te wszystkie korowody z forsowaniem dziesiątków zabezpieczeń, żeby dotrzeć do pokoju. I zrezygnowałam. A co ja mam się denerwować przy każdym wyjściu i wejściu. Niech te młodsze bojaźliwe pokolenia korzystają z apartamentów. Ja już pozostanę przy noclegach w hotelach. 

A wy jak zapatrujecie się na strzeżone osiedla, agencje ochrony, kamery i jakie tam jeszcze są zabezpieczenia?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Miejsce na Ziemi

poniedziałek, 01 maja 2017 23:02

Nazywa się niepokojąco - Gorzkie Pole. Przez przeszło 30 lat spędzałam tam długie," akademickie" wakacje (jeszcze dłuższe niż szkolne) z moimi dziećmi i moimi rodzicami, na daczy. Przeprowadzałam się na prawie 3 miesiące z bloku do domu w ogrodzie. Mój miał znacznie mniej urlopu, więc dojeżdżał do pracy z działki (jak mówiliśmy). Chociaż ta "działka" ma przeszło 1100 m kw. powierzchni. I "altana" jest murowanym piętrowym domem. Bardzo tęskniłam za domem w ogrodzie. Ówczesne warunki sprawiły, że nie zbudowaliśmy domu po sąsiedzku, tylko 20 km dalej. Moje wnuki także spędzały miesiąc wakacji z pradziadkami (ale już bez nas, dziadków). Po śmierci mojej mamy dacza opustoszała. Mój tato co prawda spędza każdą wolną chwilę na ogrodzie, ale dom traktuje faktycznie, jak większą altanę, nie dba o wnętrze. Ja też odkąd mam swój dom i ogród znacznie rzadziej bywam na Gorzkim Polu. A przecież tamten ogród, tamte okolice, to było moje ukochane miejsce na Ziemi. Mam do niego wielki sentyment. Tam jest zaraz blisko las i rzeczka, piękne okolice na spacery.

Dziś pojechaliśmy tam rodzinnie na majówkę :) Żeby zrobić frajdę wnukom zorganizowaliśmy grillowanie. Wszędzie zapachniało grillem i ja też zatęskniłam za takimi daniami. Bo my, czyli nasza rodzinka, skrajnie rzadko "robimy grilla". Stanie przy palenisku i przewracanie, pilnowanie mięsa nikogo nie bawi. Szykowanie trwa długo, a jedzeni raz dwa i znika ;)

Ja przygotowałam mięso (marynowałam przez noc w marynacie własnej roboty), dzieci przywiozły też trochę i kiełbasy, była wyżerka :)

Ale przed grillem poszliśmy na spacer nad bród. To takie magiczne miejsce na małej rzeczce Głównej, w lesie liściastym. Przed trzydziestu laty był tu faktycznie bród, auto mogło przejechać i można było rzeczkę przejść wbród zamoczywszy jedynie stopy. Szłam tam z moimi małymi synkami, żeby się mogli popluskać w płytkiej wodzie. Teraz bród zniknął, jest tam rozlewisko, a jeszcze wiosenne wody są dość szybkie i jest ich sporo. Ale nadal jest tam magicznie, pięknie. Sami zobaczcie:)

 

20170501_130448[1].jpg

 Droga do brodu.

 

20170501_130107[1].jpg

 

Boczne ścieżki.

 

20170501_131058[1].jpg

 

Rzeczka Główna

 

20170501_130728[1].jpg

 

Zawilce niepozorne, ale też cieszą oczy :)

 

20170501_130743[1].jpg

 

Te czerwone, to kokoryczka.

 

20170501_131047[1].jpg

 

To ciągle miejsce bliskie memu sercu. Zawsze tu znajdę ciszę i spokój. Nadal moje miejsce na Ziemi :)


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zielona Zielona Góra

piątek, 28 kwietnia 2017 16:41

Hobby to nasza przyjemność, zgadzacie się? Hobby sa tak różne, jak rózni są ludzie. Oczywiście, można się dziwić, po co, na co ten, czy ów zbiera krawaty, kalendarzyki, chodzi na fitness, do filharmonii , hoduje tulipany, czy skleja modele statków z kartonu. Hobby, to pasja i przyjemność, najważniejsze, że daje hobbyście zadowolenie i tylko jemu znane niewymierne korzyści. Ja zwiedzam: co się da, gdzie się da i kiedy się da. Lubię tak spędzać czas, to moje hobby.

Wczoraj byłam w Zielonej Górze (jako osoba towarzysząca). To miasto "za Odrą", znane starszemu pokoleniu z Festiwali Piosenki Radzieckiej (obecnie ponoć jest też jakiś festiwal pieśni rosyjskich?), kibicom żużla znane z tradycji żużlowych, enologom znane z tradycji winiarskich regionu. Byłam w Zielonej Górze   pierwszy (i jedyny do wczoraj) raz przeszło 40 lat temu. Byłam krótko, tylko jeden dzień. Tym razem tez był to krótki pobyt. Miałam okazję pochodzić jedynie po starej, zabytkowej części miasta (zabytkowa, to też termin dyskusyjny - miasto nękały przez wieki wielkie pożary, które rujnowały zabytkową tkankę, ostatni wielki pożar miał miejsce w 1948 roku!, zabytków tu jak na lekarstwo, domy z lat 20-tych XXw, to już stare domy). 

Podobno (nie ma dokumentów pisemnych) Zielona Góra otrzymała prawa miejskie "zaraz po Kożuchowie" (to z kronik Historycznych) w XIV wieku, zasiedlali ja wtedy rzemieślnicy z Flandrii i krain niemieckich. Wtedy wchodziła w skład Księstwa Głogowskiego, ale już od XVI wieku wpływy niemieckie był tak silne, że trudno mówić o polskości tych ziem. Mimo, że Zielona Góra jest (wraz z Gorzowem) stolicą województwa Lubuskiego - nigdy nie należała ani historycznie, ani geograficznie do Ziemi Lubuskiej, tylko do Dolnego Śląska. Ale cóż, z potrzeby powojennej polityki już od siedemdziesięciu lat jest przypisana do Ziemi Lubuskiej. Zielona Góra liczy niecałe 140 tysięcy mieszkańców (138 890).  A stara część ze Starym Rynkiem i okolicznymi ulicami sprawia wrażenie miasta znacznie mniejszego i , no cóż, prowincjonalnego. Na takie wrażenie, nie bardzo entuzjastyczne, na pewno miała wpływ także pogoda, wredna ostatnio bardzo (bo wredna pogoda miała wpływ na mój nastrój). Po południu nad miastem zawisła ciemna deszczowa chmura i zrobiło sie nieprzyjemnie chłodno i ciemno.

Widać, że miasto stara się zrobić dobre wrażenie na turystach, kilka ulic spacerowych - deptaków z kwietnikami i latarniami, domy odnowione, odmalowane, kilka cukierni, jakaś kawiarnia. Ale ogólnie wrażenie średnie. A jeszcze ci drepczący po Rynku ludzie miejscowi w strojach niedbałych (nie żebracy, raczej "piwosze") nie dodają uroku. Są w mieście skwery z wiosennymi krzewami radujące oko. Ale to za mało, żeby w moim prywatnym rankingu miast Zielona Góra zasługiwała na miano miasta "do kolejnych odwiedzin". Byłam, zobaczyłam i wystarczy. Zawsze staram się pokazać zwiedzane miasto z najlepszej strony, bo zawsze można znaleźć ładne, ciekawe miejsca. Jestem pewna, że zieleń, która wybuchnie w maju przyda zielonemu (już) miastu uroku :)

 

20170427_141551[1].jpg

Ulica Kupiecka - jeden z deptaków w pobliżu Rynku.

 

20170427_144744[1].jpg

 

Tu panorama Starego Rynku z Ratuszem (hełm ucięło, proszę o wybaczenie) i kościołem Matki Boskiej Częstochowskiej, poewangelickim, z XVIIIw, w tle.

 

20170427_143426[1].jpg 

Tu ładnie widać halową bryłę tego szachulcowego kościoła (poniemieckiego) i fragmenty murów miejskich.

 

20170427_144447[1].jpg

   

A tu kwitnące rajskie jabłuszka na skwerze, na Placu Pocztowym, niedaleko Rynku.

 

20170427_155018[1].jpg

 

Tu wiosenna zieleń na Placu Słowiańskim - tawuła wczesna i wiśnia piłkowana (ta japońska).

20170427_155112[1].jpg 

I jeszcze jedna z moich ulubionych wiśni japońskich. Widziałam ich w Zielonej Górze sporo. Stanowczo ich za mało w naszych miastach (w Szkocji stanowią wielka wiosenną ozdobę ulic).


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (16) | dodaj komentarz

Kociara

sobota, 22 kwietnia 2017 14:51

Wiecie już, że uwielbiam koty. Mam jedną koteczkę, drugiego kota w życiu. Ale koty uwielbiam od dzieciństwa. Na wakacjach na wsi zawsze znalazły się jakieś małe kotki, którymi mogłam się "opiekować" (pamiętam, że jednego podrośniętego kociaka kąpałam w strumyku, bo miał pchły, czy to przeżył, nie wiem, wyjechałam). Zachwycam się kocią gracją, elegancją ruchów, pięknem oczu, miękkością futerka, ich niezależnością i poczuciem wolności. Czy ci, co kotów nie lubią nie widzą tego, nie cenią tych przymiotów? Ja lubię patrzeć na wszystkie koty, te dzikie wielkie - lwy, tygrysy, lamparty , gepardy - ta sama gracja ruchów, co w tych małych, domowych. A w domowych ta sama waleczność, co w tych wielkich. Miło pomyśleć, że mam w domu potomka dzikiego zwierza, który przytula się do mnie i szuka mojego towarzystw

 Podziwiam wszystkie koty, traktuję je jak cuda natury, one chyba to wyczuwają. Gdy spotykam gdzieś kota (wiem zaraz , czy to kotka czy kocur), oczywiście, próbuję go "zaczepiać". Zazwyczaj koty są ostrożne i nie życzą sobie kontaktu z obcym (lub w ogóle) człowiekiem. Ale próbuję, zachęcam, przywołuję i najczęściej koty się zbliżają. Gdy mam przyzwolenie (ocieranie się o nogi), to głaszczę te pieszczochy.

Przez przeszło 30 lat, spędzanych latem na ogrodzie rodziców wypieściłam duże stado kotów, które starałam się dać do "adopcji". Działkowa kotka rodziła u nas swoje dzieci (najczęściej w naszej drewutni), a potem ja i moi synkowie rozpieszczali kocięta. Rosły pokolenia najłagodniejszych kotów, jakie przyszło mi znać. Gdy po wielu latach nasza działkowa zachorowała, to przy okazji operacji ratującej zdrowie także ją wysterylizowałam. Była z nami jeszcze 3 lata (zimą opiekował sie nią i karmił pan sąsiad). Kotka zostawiła syna (którego nie pozwolił wziąć synowi do domu Mój). Ten kocur, o cudownym charakterze, przyprowadził nam do miski 4 kociaki (może swoje, ale nie na pewno, no i kto był ich matką i co się z nią stało?). Te kociaki były już dość duże i raczej dzikie, nieznające człowieka: 3 koteczki i jeden kocurek. Jedna kotka nigdy nie pozwoliła się dotknąć, pozostałe trzy oswoiłam. Jedna z tych oswojonych kotek została potem mamą mojej koteczki. A kocurek (z tej trójki) był jedynym (poza jej mamą) kotem, któremu moja kotka pozwoliła się do siebie zbliżyć i wymienić uprzejmości - powąchać się wzajemnie i polizać (z czystej sympatii, bo oba koty wykastrowane, wysterylizowane). Moją koteczkę wziął do domu mój drugi syn,w listopadzie, chorą, ledwie żywą, za moją aprobatą, ale bez pytania o zgodę Mojego. Do dziś nie wybaczył kotce(15 lat), że zjawiła się nieproszona (przez niego). Znosi ją, nakarmi, gdy mnie nie ma, ale nie dotyka ( futerko mojej kotki jest niezwykłe miękkie). Kotka też się mu nie podchlebia - grzecznie obchodzą się bokiem.

20170402_092353[1].jpg

 

Z tej działkowej rodziny  wypieszczonych łagodnych kotów pochodzi Kicia, obecnie kotka drugiego sąsiada. Koteczka, prawdopodobnie wykocona na jakiejś działce przed latem, w lecie  wypieszczona przez działkowiczów i pozostawiona na jesień własnemu losowi. A to kotka, która potrzebuje kontaktu z człowiekiem, jak pies. Ufna i przyjacielska, i wiecznie głodna. Poznałam koteczkę, gdy jeszcze nie miała domu i gdy chodziła "po ludziach" szukając jedzenia i kontaktu. Wzięłabym ją od razu, tak "przytulnego" kota nie znałam do tej pory. Ale cóż, miałam już moją koteczkę, zazdrosną bardzo o każdego innego kota i "drącą koty" z Kicią (lato nasza Szmatka spędzała z nami na ogrodzie rodziców). Kicią zaopiekował się nasz sąsiad, zachwycony jej łagodnym charakterem i ufnością. Wczoraj pojechałam na ogród taty, pomóc w wiosennych siewach i sadzeniach. I spotkałam Kicię. Gdy mnie zobaczyła, to zupełnie, jak pies, przybiegła pędem do mnie, z postawionym jak maszt ogonkiem :) Chciałam jej zrobić piękny portret, ale gdzie tam. Cały czas robiła ósemki wokół moich nóg, domagając się pieszczot, a gdy, wydawało się, wypieściłam ją dość i odstawiłam na odległość zdjęcia, to nie zdążyłam pstryknąć - już była przy mnie. I skąd taka sympatia do mnie? Wprost rozbrajająca. Mogłabym sobie pomyśleć: ach, ona lubi mnie wyjątkowo, gdybym jej nie znała. To koteczka o wyjątkowo "psim" charakterze. To taka powsinoga, chodzi po różnych ogrodach, gdzie kiedyś ją dokarmiano (teraz sąsiad bardzo prosi o niedokarmianie, bo kicia jest już prawie szersza, jak dłuższa) i się do wszystkich łasi. I wszyscy ją pieszczą, bo to taki niezwykle miły kotek :) Naprawdę :)

20170421_135930[1].jpg    

  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 440 411  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2440411

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl