Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 554 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Solanki i czas dla siebie

sobota, 20 maja 2017 0:47

 Wybrałam się sama (no, w końcu się zdecydowałam być samodzielna) na krótki wypad rekreacyjny do Inowrocławia. Znałam miasto wcześniej, byłam tu naście lat temu w sanatorium  i wiedziałam czego się spodziewać. W każdym razie wydawało mi się, że wiem. A jednak te naście lat w istotny sposób zmieniło miasto i uzdrowisko. Bo Inowrocław, miasto przeszło 70-tysięczne ma prawie w centrum uzdrowisko - zwane Solankami. I głównie z myślą o spacerach  po parku zdrojowym wybrałam Inowrocław. No i z wygody, bo to nieco tylko ponad godzina drogi ode mnie ze wsi. 

Jakoś nie umiałam sobie poszukać noclegu blisko Solanek. Chciałam mieć trochę luksusu i wybrałam Apartamenty Platinum w samym środku miasta, jednak okazało się, że dość daleko od Solanek. Te apartamenty, to było coś zupełnie innego niż we Wrocławiu. W pięknie odnowionej przedwojennej kamienicy pokój był zachwycający, bardzo elegancki, w tonacjach bieli i szarości. A piętro wyżej do dyspozycji gości wielka kuchnia z jadalnią. Była też  sauna, ale to nie dla mnie. I nie czułam się stale pod nadzorem kamer i ochroniarzy. Niczego takiego nie było, tylko życzliwe i pomocne dziewczyny z recepcji.

 

20170517_102754[1].jpg

 

To właśnie te apartamenty.

Inowrocław zaskoczył mnie mile swoją troska o turystów (i kuracjuszy). W hotelu dostałam plan miasta i informator o mieście z dziesięciu najciekawszymi miejscami do zobaczenia. Skorzystałam skwapliwie.  

 

20170516_165057[1].jpg

 

Przede wszystkim tężnie. Powstały w 2001 roku, znałam je i chciałam sobie znów  trochę powdychać powietrza przesyconego solą. Niestety, miałam pecha - tężnie są w remoncie, czyli są suche, żadna solanka się nie rozpyla. Trudno, jedna atrakcja mniej. 

20170516_165202[1].jpg

 

To charakterystyczne wieże - wejście główne do tężni. W jednej z wież jest wejście na koronę tężni, można je obejść dookoła i z wysokości 9 metrów podziwiać park i okolicę.

20170517_113847[1].jpg

 

Paw - zegar słoneczny - na wejściu do Parku Solankowego.

 

20170516_163645[1].jpg

 

Dekoracji z żywych kwiatów było mniej, niż przed laty, ale ten dywan z bratków spodobał mi się.

 

20170516_164447[1].jpg

 

Inowrocławski Park Solankowy ma 85 hektarów i prawie 150 lat.

 

20170516_164726[1].jpg

 

W parku jest wiele ładnych miejsc:)

 

Kolejną atrakcją , oddaną do użytku w 2013 roku, jest pijalnia wód "Inowrocławianka", gdzie w dużej sali - kawiarni można wypić mineralna wodę "Inowrocławiankę" oraz wodę leczniczą "Jadwiga" (szklanka - jednorazowy kubeczek - kosztuje 2 zł!! , zdzierstwo!).

W budynku pijalni jest też mała palmiarnia z oczkiem wodnym, w którym pływają piękne czerwone złote(?) rybki oraz "Chata Kujawska" - izba regionalna,  w miejscu byłego budynku mieszkalnego.

20170516_171004[1].jpg 

Kuchnia, jak u mojej babci :)

 

Swego czasu obiecałam sobie nie wyjeżdżać nigdzie bez kostiumu kąpielowego. Nigdy nie wiadomo, czy nie będzie okazji z niego skorzystać. No tak, ale tym razem nie jechałam do sanatorium  i nie spodziewałam się żadnych atrakcji wodnych. A okazuje się, że w 2013 roku otwarto Inowrocławską Termę - basen z solankowa wodą termalną, tuż przy parku zdrojowym. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności skorzystania z tej kolejnej atrakcji miasta. Ale musiałam sobie kupić kostium kąpielowy (co nie było żadnym problemem, w centrum co drugi sklep sprzedaje bieliznę).

20170517_135220[1].jpg

 

Terma jest niewielka, ale bardzo sympatyczna - z rozsuwanym dachem, mogłam sie opalać leżąc w basenie :) Miała też różne wodne bicze i wirówki.

A ja skorzystałam z kolejnej reklamowanej atrakcji Inowrocławia - z gabinetu odnowy czyli SPA. Tych eleganckich SPA jest tutaj wyjątkowo dużo.  

Żeby wykorzystać do maksimum atrakcje turystyczne poszłam zobaczyć wystawę solnictwa. To stała ekspozycja mieszcząca się w gmachu Teatru Miejskiego. Inowrocław od czasów prehistorycznych miał tradycje warzenia soli. Solanka wypływała tu z ziemi i uzyskiwano na tym terenie sól. Od XIX wieku istniała pod miastem kopalnia soli. Niestety kopalnia powodowała szkody górnicze, domy się  zapadały  i w latach osiemdziesiątych kopalnię zamknięto, a wyrobiska zalano betonem. Pozostała pamięć o soli i solanka, wydobywana w niedalekim sąsiedztwie.20170517_102736[1].jpg 

Tu mieści się wystawa solnictwa.

 

Inowrocławski Rynek nie zachwyca (poznanianki), ale widać starania, żeby był jak najładniejszy . Na środku stoi bardzo ciekawa i ładna fontanna, a na dłuższych bokach Rynku są letnie ogródki kawiarniane.

20170516_192400[1].jpg.

 

Co mnie niezwykle zadziwiło i zaskoczyło, to pustka przedwieczorna w centrum.

20170516_193236[1].jpg

 

To deptak, centralna ulica miasta Św.Jadwigi o godzinie 19.15 we wtorek, widok od strony Rynku. Wszyscy śpią? ;)

 

I jeszcze ciekawostka na Rynku. 

20170516_193057[1].jpg

 

Zwróćcie uwagę na napis na tej mozaice przy Rynku. Mam nadzieję, że nikt nie zechce tego "dekomunizować', Byłoby szkoda.

Ogólnie świetnie spędziłam czas, pogoda byłą piękna, a jeszcze zaszalałam i kupiłam sobie bluzkę i sukienkę na lato. A co tam, raz się żyje :)   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Zielona Zielona Góra

piątek, 28 kwietnia 2017 16:41

Hobby to nasza przyjemność, zgadzacie się? Hobby sa tak różne, jak rózni są ludzie. Oczywiście, można się dziwić, po co, na co ten, czy ów zbiera krawaty, kalendarzyki, chodzi na fitness, do filharmonii , hoduje tulipany, czy skleja modele statków z kartonu. Hobby, to pasja i przyjemność, najważniejsze, że daje hobbyście zadowolenie i tylko jemu znane niewymierne korzyści. Ja zwiedzam: co się da, gdzie się da i kiedy się da. Lubię tak spędzać czas, to moje hobby.

Wczoraj byłam w Zielonej Górze (jako osoba towarzysząca). To miasto "za Odrą", znane starszemu pokoleniu z Festiwali Piosenki Radzieckiej (obecnie ponoć jest też jakiś festiwal pieśni rosyjskich?), kibicom żużla znane z tradycji żużlowych, enologom znane z tradycji winiarskich regionu. Byłam w Zielonej Górze   pierwszy (i jedyny do wczoraj) raz przeszło 40 lat temu. Byłam krótko, tylko jeden dzień. Tym razem tez był to krótki pobyt. Miałam okazję pochodzić jedynie po starej, zabytkowej części miasta (zabytkowa, to też termin dyskusyjny - miasto nękały przez wieki wielkie pożary, które rujnowały zabytkową tkankę, ostatni wielki pożar miał miejsce w 1948 roku!, zabytków tu jak na lekarstwo, domy z lat 20-tych XXw, to już stare domy). 

Podobno (nie ma dokumentów pisemnych) Zielona Góra otrzymała prawa miejskie "zaraz po Kożuchowie" (to z kronik Historycznych) w XIV wieku, zasiedlali ja wtedy rzemieślnicy z Flandrii i krain niemieckich. Wtedy wchodziła w skład Księstwa Głogowskiego, ale już od XVI wieku wpływy niemieckie był tak silne, że trudno mówić o polskości tych ziem. Mimo, że Zielona Góra jest (wraz z Gorzowem) stolicą województwa Lubuskiego - nigdy nie należała ani historycznie, ani geograficznie do Ziemi Lubuskiej, tylko do Dolnego Śląska. Ale cóż, z potrzeby powojennej polityki już od siedemdziesięciu lat jest przypisana do Ziemi Lubuskiej. Zielona Góra liczy niecałe 140 tysięcy mieszkańców (138 890).  A stara część ze Starym Rynkiem i okolicznymi ulicami sprawia wrażenie miasta znacznie mniejszego i , no cóż, prowincjonalnego. Na takie wrażenie, nie bardzo entuzjastyczne, na pewno miała wpływ także pogoda, wredna ostatnio bardzo (bo wredna pogoda miała wpływ na mój nastrój). Po południu nad miastem zawisła ciemna deszczowa chmura i zrobiło sie nieprzyjemnie chłodno i ciemno.

Widać, że miasto stara się zrobić dobre wrażenie na turystach, kilka ulic spacerowych - deptaków z kwietnikami i latarniami, domy odnowione, odmalowane, kilka cukierni, jakaś kawiarnia. Ale ogólnie wrażenie średnie. A jeszcze ci drepczący po Rynku ludzie miejscowi w strojach niedbałych (nie żebracy, raczej "piwosze") nie dodają uroku. Są w mieście skwery z wiosennymi krzewami radujące oko. Ale to za mało, żeby w moim prywatnym rankingu miast Zielona Góra zasługiwała na miano miasta "do kolejnych odwiedzin". Byłam, zobaczyłam i wystarczy. Zawsze staram się pokazać zwiedzane miasto z najlepszej strony, bo zawsze można znaleźć ładne, ciekawe miejsca. Jestem pewna, że zieleń, która wybuchnie w maju przyda zielonemu (już) miastu uroku :)

 

20170427_141551[1].jpg

Ulica Kupiecka - jeden z deptaków w pobliżu Rynku.

 

20170427_144744[1].jpg

 

Tu panorama Starego Rynku z Ratuszem (hełm ucięło, proszę o wybaczenie) i kościołem Matki Boskiej Częstochowskiej, poewangelickim, z XVIIIw, w tle.

 

20170427_143426[1].jpg 

Tu ładnie widać halową bryłę tego szachulcowego kościoła (poniemieckiego) i fragmenty murów miejskich.

 

20170427_144447[1].jpg

   

A tu kwitnące rajskie jabłuszka na skwerze, na Placu Pocztowym, niedaleko Rynku.

 

20170427_155018[1].jpg

 

Tu wiosenna zieleń na Placu Słowiańskim - tawuła wczesna i wiśnia piłkowana (ta japońska).

20170427_155112[1].jpg 

I jeszcze jedna z moich ulubionych wiśni japońskich. Widziałam ich w Zielonej Górze sporo. Stanowczo ich za mało w naszych miastach (w Szkocji stanowią wielka wiosenną ozdobę ulic).


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (16) | dodaj komentarz

Ferie w gór(k)ach

piątek, 03 lutego 2017 23:41

Pojechaliśmy na ferie z wnukami do Jarnołtówka. Jarnołtówek leży kilka kilometrów od czeskiej granicy. Po czeskiej stronie leżą całkiem spore góry – pasmo Jeseników. Po polskiej stronie znalazła się „resztka” tych gór. U nas zwą się one Górami Opawskimi, a najwyższy szczyt, graniczny, to Biskupia Kopa 889 m n.p.m. Już kiedyś, w czerwcu 2013 roku pisałam na blogu o Jarnołtówku. Wtedy byłam tam pierwszy raz latem. Teraz znów jest zima, jak 20 lat temu, gdy pierwszy raz zawitaliśmy w progi gościnnego domu wczasowego „Ziemowit”. Był to jedyny z domów wczasowych FWP  w górach (i jeden z dwóch w ogóle), w którym był kryty basen – w latach dziewięćdziesiątych to była rzadkość. Potem bywaliśmy tu z najmłodszym synem jeszcze wiele razy w czasie ferii zimowych. FWP – to Fundusz Wczasów Pracowniczych (to dla młodzieży). Ta nazwa nadal funkcjonuje w nazwie ośrodka, chociaż nie ma już czegoś takiego, jak skierowania na wczasy, czy w ogóle wczasy pracownicze. Nadal jednak istnieje FWP Spółka z o.o. i posiada swoje obiekty. "Ziemowit"  to oficjalnie Ośrodek Wczasowo –Rehabilitacyjny.

DSCN2412.JPG

To dobra nazwa, bo hotel ani pensjonat to to nie jest. Oczywiście, przez te 20 lat dużo się zmieniło, na lepsze. Ale cóż, pokoje nadal są niewielkie, wręcz mniejsze, kosztem większej i bardziej eleganckiej łazienki. Wszystko wprost tchnie epoką minioną. A jedna z wind mnie wręcz rozczuliła. Ma na pewno ze 30 lat i wygląda dokładnie, jak winda w moim bloku, przed modernizacją (której dokonano właśnie po 30 -tu latach użytkowania). Posiłki tak, jak były bardzo smaczne, tak są nadal. Tylko pory posiłków są mocno „wczasowe”. Powiedziałabym, że wręcz szpitalne. Jakby czas się zatrzymał: obiad o 13.00 – serwowany i kolacja o 17.30, też serwowana. Jedynie śniadanie przyspieszyło wraz z nowymi czasy: szwedzki stół  od 8.30 -10.00. No i dobrze. Wykupiliśmy pełne wyżywienie i nie żałowaliśmy. Nadal mi ślinka cieknie, jak wspomnę wspaniały krupnik, czy pierogi ruskie albo kartacze z mięsem na kolację, nie wspominając o słodkich bułkach drożdżowych, pieczonych na miejscu (złamałam się i odstąpiłam od diety bezcukrowej). Jestem „rozpsuta” hotelami 4* i standard „Ziemowita” nieco mnie rozczarował (bo ceny tu na co najmniej 3*), ale ośrodek jest cudownie położony na stoku Biskupiej Kopy, w 1/3 odległości od szczytu, z dala od wsi, tuż przy lesie  - Parku Krajobrazowym Gór Opawskich. Zima nam się trafiła piękna. Przyszła wraz z naszym przyjazdem. Spadło dużo śniegu, wszystko zasypało na biało.

DSCN2408.JPG

Chodziliśmy na spacery do lasu. Dzieciaki szalały na sankach na pobliskich górkach (razem z dziadkiem).

 

20170202_153948[1].jpg

 

 

DSCN2405.JPG

 

To widok z naszego okna po śnieżnej nocy.

Potem Mali dalej szaleli w pokoju zabaw (zjeżdżalnia do skrzyni wypełnionej kolorowymi kulkami, drabinki i sznurkowe mostki, no i rówieśnicy). Po obiedzie szliśmy na basen, a po kolacji był ping-pong z dziadkiem. Ja też miałam swoją przyjemność. Poszłam na masaż pleców z peelingiem (bo tu jest SPA) . Za uczciwe pół godziny jedynie 40 zł! A jaki relaks :)

Zrobiliśmy też wycieczkę do Czech. Trzy kilometry  od granicy polsko-czeskiej leży małe zabytkowe miasteczko Zlate Hory, gdzie od średniowiecza pozyskiwano złoto, najpierw z okolicznych potoków, a potem z kopalni. Jeszcze do 1994 roku istniała tu kopalnia złota. Nasze wnuki nie były jeszcze za granicą, więc bardzo im się spodobał taki „wyjazd zagraniczny”. Chociaż trwał zaledwie 3 godziny zdążyliśmy zwiedzić ciekawe muzeum, wstąpić do sklepu i zobaczyć tam towary inne niż w Polsce, w zupełnie innych cenach, bo i w innej walucie (ale i tak płaciliśmy kartą). Wstąpiliśmy też na kawę i ciepłą czekoladę (jakże by inaczej). A muzeum otwarło swoje podwoje po przerwie zimowej dopiero 1 lutego. My byliśmy tam 2 lutego, ale i tak byliśmy pierwszymi gośćmi w tym roku. I mieliśmy wstęp gratis.

 037.jpg

To jest to piękne muzeum, budynek dawnej poczty.

A z kolei w restauracji pani kelnerka, najpierw nieco najeżona, „roztopiona” naszymi uśmiechami i dziecięcymi zachwytami nad wspaniałą czekoladą wręczyła chłopcom pamiątkowe medale „Zlatohorskie” z herbem miasta i nazwą „Restaurace u Radnice” czyli Restauracja przy ratuszu, restauracja nie byle jaką, bo wyróżnioną za świetną kuchnię. Ja lubię Czechy i Czechów i nigdy nie spotkałam się z żadną niechęcią, wręcz przeciwnie. A może, jak się do kogoś podchodzi z życzliwością, to ten ktoś ją odwzajemnia? Ja tak mam:). W obie strony :)

DSCN2416.JPG

 

 Tu - pięknie odnowiony ratusz czyli radnice. 

 

DSCN2419.JPG

I jeszcze kościół w Zlatych Horach.

 

Dzieci zadowolone, że były w Czechach i ogólnie szczęśliwe, że zakosztowały trochę zimy w zimowe ferie (co wcale często się nam w Wielkopolsce nie zdarza). Chłopcy mieli wielu rówieśników do zabawy i towarzystwa, więc i dziadkowie mieli trochę czasu na lektury.  Dla mnie i Mojego to był też przyjemny czas, odpoczęłam trochę od garnków(bo gotowanie bawi wtedy, kiedy nie jest codziennym musem i obowiązkiem), łyknęliśmy  trochę świeżego górskiego powietrza i mieliśmy okazję na co dzień poobserwować naszych wnuków i pobyć z nimi na luzie :)

 Szybko minął ten czas. Trochę za szybko...


Podziel się
oceń
2
211

komentarze (43) | dodaj komentarz

Jeszcze trochę Podkarpacia i ciut Bieszczad

piątek, 23 września 2016 14:03

Z reporterskiego obowiązku wspomnę jeszcze o trzech miejscach, które widziałam i które polecam. Z Łańcuta skoczyliśmy do Krasiczyna. Okolica jest bogata w zamki, ale właśnie Krasiczyn chciał mi pokazać mój A. Był tam w czasie, gdy wewnątrz trwały intensywne prace naprawcze. Teraz usłyszeliśmy nie tylko o tragicznej wojennej i powojennej historii zamku, o dewastacji przez Niemców, a szczególnie przez sowietów i potem o ciągłych zmianach "gospodarza" i braku pomysłu i funduszy na renowację, ale także o wstrzymaniu prac. Cóż, odnaleźli się dalecy krewni ostatniego właściciela, obudzili się, ciut wcześnie, bo przecież zamek jest jeszcze nie do końca odrestaurowany. A tak wygodnie jest wziąć sobie zabytek pięknie odnowiony za państwowe, czyli za nasze obywatelskie pieniądze z podatków. To dopiero jest "sprawiedliwość" dziejowa. Szczególnie, że ci spadkobiercy mają w nosie dziedzictwo i Polskę, pewnie nawet nie znają polskiego. No i stoi sobie piękny zamek w Krasiczynie, pokoje ma otynkowane i puste. Ale i tak zachwyca formą. Piękny czworobok w środku dziedziniec, każdy narożnik zwieńczony basztą, a każda baszta ma inny kształt. Dachy zwieńczone attyką, piękna renesansowa forma. Bardzo mi się podobało.

DSCN2073.JPG 

W historycznych czasach była to główna brama wjazdowa do zamku, most który widać był mostem na Sanie, który w tamtych czasach płynął pod zamkiem. Teraz San płynie kilkaset metrów dalej, a  główną bramą idzie się do pięknego parku, który otacza Zamek. Widać tu Basztę Papieską, z lewej i Basztę Boską, zwieńczoną kopułą. W tej baszcie jest jedyne odtworzone z pietyzmem pomieszczenie - zamkowa kaplica.

DSCN2068.JPG 

W kaplicy odbywają się nabożeństwa, można tu także wziąć ślub.

 

 

DSCN2074.JPG

 

To Baszta Szlachecka, moja ulubiona, za nią widać czwartą basztę - Królewską. To widok z parku, słońce już zachodziło.

DSCN2069.JPG

 

Jeszcze raz Baszta Szlachecka, widok od strony dziedzińca. Na ścianie piękne renesansowe graffiti.

 

DSCN2062.JPG

Dziedziniec zamkowy. Pod widocznymi w cieniu parasolami - kawiarnia. Bardzo smaczne ciasta i kawa :)

DSCN2077.JPG

I ostatni rzut oka na Zamek, przed powrotem do Rzeszowa.

Na drugi dzień pojechaliśmy do Polańczyka. To miejscowość wypoczynkowa i uzdrowisko nad brzegiem Zalewu Solińskiego, w Bieszczadach. Niby w środku Bieszczad, ale góry widać tylko na horyzoncie. Trafiliśmy na ostatni ciepły dzień wrześniowego lata. popłynęliśmy żaglówką po Solinie, widziałam dość blisko ogromną zaporę w Solinie.DSCN2083.JPG

Już po południu pogoda się zaczęła psuć i na drugi dzień było dżdżyście. Wędkarza byle mżawka nie odstrasza, a w końcu przyjechaliśmy tu dla mojego wędkarza. On wędkował, a ja czytałam kryminał. Ale ile można czytać? Poszłam na spacer do części sanatoryjnej - do "centrum". Ale Polańczyk to mała miejscowość, centrum też mikre. Do tego warunki spacerowe dla mnie niekorzystne: wszędzie z górki (to pół biedy) i pod górkę (to gorzej). Kawiarni, jak na lekarstwo, a sklepy (nieliczne) mnie nie interesują. Nudnawo i pogoda nieciekawa. Nie wyobrażam sobie tam 21 dni sanatoryjnych np. w listopadzie. Brr. Ale latem, czemu nie - piękny akwen, wypożyczalnie sprzętu wodnego, jakieś plaże, propozycje wycieczek po okolicy, a nawet do Lwowa i na Węgry (ale tylko do końca sierpnia, potem miejscowość pewnie zapada w sen zimowy). Dwa dni wystarczyły nam i na łowienie ryb (z miernym skutkiem) i na relaks (?).

DSCN2086.JPG

Głowna ulica Zdroju.

DSCN2085.JPG

Widok z "noclegu" - w dali bieli się Zalew, ale ogólnie szarość i mokro, czas do domu.

Zaczęliśmy powrót do domu. Po drodze koniecznie chciałam zobaczyć Krosno, o którym bardzo zachęcająco pisała blogowa znajoma. To kolejne byłe miasto wojewódzkie z tych 49, którego dotąd nie widziałam. 

I nie zawiodłam się. Przyjemne miasteczko (a miasto liczy prawie 47.tys.mieszkańców, tylko stare centrum takie "małomiasteczkowe"). Duży, wręcz bardzo duży Rynek, z Ratuszem nie na środku, tylko w ciągu zabudowy,

 DSCN2087.JPG

Prawa strona Rynku

DSCN2088.JPG

Lewa strona, a Ratusz, to ten skrajny duży jasny budynek, z herbem nad wejściem.

piękne kościoły (nie tylko gotyckie), wieża zegarowa, która jest teraz wieżą widokową (niestety spóźniliśmy się na ostatnie wejście, a wejść można tylko o określonych godzinach z przewodnikiem, szkoda).

DSCN2090.JPG

No i sława i chwała Krosna - Centrum Dziedzictwa Szkła. Zapewne. Tylko, znów byliśmy tam za późno. Nie mogliśmy sobie pozwolić na czekanie, a potem na dwugodzinne zwiedzanie centrum. Ograniczyłam się więc do sklepu z wyrobami szklanymi przy Centrum (była niedziela, cieszyłam się, że sklep jest czynny). Mnie w zupełności usatysfakcjonował sklep. Popodziwiałam unikaty (każdy formowany ręcznie szklany przedmiot jest jedyny w swoim rodzaju). Obkupiłam się, kupując większość na prezenty dla rodzinki, ale i o sobie nie zapominając. Na co mi kolejny wazon - nie wiem. Ale nie mogłam się oprzeć, przypominał mi dzbanek i wazon kupione dawno temu w Desie. Przyciągał mnie :)  I teraz cieszy oczy z jesiennym bukietem :)

DSCN2094.JPG

 


Podziel się
oceń
1
69

komentarze (3) | dodaj komentarz

Trochę Podkarpacia :) cz.1 i 2

wtorek, 20 września 2016 0:12

Nie wiem, co z Polakami jest nie tak, ale nie rozumiem, dlaczego narzekają na otaczającą ich rzeczywistość. Jeżdżę po Polsce i wszędzie widzę zadbane, ładne miejscowości, nowe albo odnowione domy i domki w ogródkach, ogrodach, i miasta i miasteczka prześcigające się w przyciągnięciu uwagi turystów (i zapewne inwestorów). I "państwo w ruinie", to po prostu wymysły chorych umysłów, dla których ideowo białe zawsze będzie czarne. Koniec polityki. Ale kolejny raz przekonuję się, że Polska nigdy jeszcze nie była taka ładna i tak "dostępna". Nawet małe wiejskie kręte drogi (którymi wodziła nas nawigacja, wybierając opcję "najkrótsza trasa") były gładkie, równe i najczęściej zupełnie puste. A Eski i bezpłatne odcinki autostrad (których jest całkiem sporo ) to po prostu bajka :) Nocleg można znaleźć wszędzie, od hoteli 4* po taniutkie kwatery prywatne, według możliwości finansowych, do wyboru.

Kiedyś byłam już w Bieszczadach, jako studentka. Poleciałam tam samolotem last minute (czyli tanio) z Poznania do Rzeszowa, a w góry - autobusem. Z powrotem tłukłam się pociągiem przez kilkanaście godzin, nie zwiedzając niczego. Ostatnio blogowe znajome były w Iwoniczu-Zdroju i opisywały cuda Podkarpacia. Pozazdrościłam im. Bardzo chciałam zobaczyć niektóre z tamtych miejsc.

Zaczęliśmy od Bochni, tam był pierwszy nocleg (po drodze był jeszcze Kraków i spotkanie ze znajomymi). Żałuję, że nie miałam więcej czasu na to ładne miasto. Jest tu zabytkowa kopalnia soli, niewiele młodsza od wielickiej, na pewno o wiele mniej znana. Planowałam ją zwiedzić, ale 3-godzinny podziemny spacer przegrał ze zwiedzaniem Tarnowa (a czasu na obie atrakcje nie było).

DSCN2027.JPG

Kopalnia - muzeum w Bochni.

 

Od dawna planowałam zobaczyć Tarnów (110 tys,mieszkańców). To jedno z 49 dawnych miast wojewódzkich. Miałam ambicję zobaczyć je wszystkie. I właściwie zamiar zrealizowałam, nie widziałam jedynie Tarnobrzegu i Skierniewic  ale jakoś mnie nie ciągnie ;) Uwielbiam stare miasta i stare rynki, najlepiej z zabytkowymi ratuszami. To właśnie jest w Tarnowie na najwyższym poziomie. Miasto lokowano w 1330 roku i wkrótce powstał też Ratusz.DSCN2032.JPG 

Na niewielkim Rynku - piękny renesansowy Ratusz, symbol miasta.

 

DSCN2028.JPG

 

Na Rynku urokliwe zabytkowe kamieniczki z podcieniami i kawiarniane i restauracyjne ogródki.

Z Tarnowa pojechaliśmy  do Rzeszowa (187 tys. mieszkańców)DSCN2036.JPG

Ratusz - nadal siedziba władz miasta.

. Byłam ciekawa miasta, o którym słyszałam, że niezwykle wypiękniało i jest ciekawe turystycznie. I rzeczywiście. Nie mając zbyt atrakcyjnych zabytków, po sezonie (mimo letniej aury) w Rzeszowie  w czwartek , na Rynku były tłumy - turystów? mieszkańców? Pięknie odnowione, odmalowane, dobudowane kamienice, "zrobiony" XIX-wieczny Ratusz i rzędy ogródków "piwnych", których mógłby Rzeszowowi pozazdrościć nawet poznański Stary Rynek. Byłam bardzo mile zaskoczona i zauroczona. Nieopodal Rynku kolejna pięknie zrobiona ulica 3 Maja -deptak, a na niej Tadek Nalepa z brązu  i piękny kościół Św. Krzyża, renesansowy, z barokowym wystrojem. Dla turystów otwarto unikatową Podziemną Trasę Turystyczną z zabytkowymi piwnicami win, ale byliśmy zbyt późno, żeby się nią przejść. 

DSCN2038.JPG

 

Rynek - dość nietypowy, w formie wydłużonego trapezu.

 

DSCN2042.JPG

 

Na słupie ogłoszeniowym, z bardzo charakterystycznym daszkiem, w kształcie zwieńczenia wież łańcuckiego Zamku, pomnik Tadeusza Nalepy z ulicy 3 Maja.

16 km na wschód od Rzeszowa leży Łańcut, niewielkie miasto z przepięknym Zamkiem - pałacem. Teraz ten zamek wygląda, jak pałac i żadne dziecko nie nazwałoby tej budowli zamkiem. Ale swego czasu budowla miała bastion w kształcie pięciokąta i siedmiometrową fosę i obronne wały ziemne. Nikomu nie udało się zamku zdobyć, choć okoliczni wielmoże  (z Leżajska) często toczyli ze sobą wojenki. Zamek zbudowali w XVIII wieku książęta Lubomirscy. Potem Zamek przeszedł w ręce Potockich i do II Wojny był niezbywalną Ordynacją. Zamek jest bardzo duży i piękny. Jego niezwykłość polega na tym, że trwałe wyposażenie wnętrz, czyli obicia ścian, tkaniny, boazerie, podłogi, okna, piece i kominki są autentyczne i liczą sobie kilka stuleci! Dotykamy historii. Także większość mebli, obrazy, zegary, przepiękne żyrandole są autentyczne. Dotykały ich ręce dawnych właścicieli i ich służby. W Polsce to rzadkość. Tyle wichrów historii tu wiało, że autentyków u nas, jak na lekarstwo. Porównywałam Łańcut z naszym Rogalinem, także siedzibą magnacką, oddaną zwiedzającym po 30 letniej renowacji. W Rogalinie jest oczywiście skromniej, bo i Pałac znacznie mniejszy, a wystrój równie piękny i bardzo podobny, jak w Łańcucie. Ale w Rogalinie, to w większości dzieło rąk współczesnych rzemieślników - artystów, piękne, ale jednak rekonstrukcje, współczesne. Tylu autentyków, co w Łańcucie nie ma chyba nigdzie w Polsce. Chodziłam po zabytkowych pięknie intarsjowanych parkietach "na paluszkach", bo jako ta rekonwalescentka po złamaniu miałam prawo nie zakładać sławnych kapci. Nadal jestem oszołomiona wnętrzami łańcuckiego Zamku. Wewnątrz nie wolno było robić zdjęć. Na stronie Muzeum Zamku w Łańcucie można zobaczyć te cuda. 

DSCN2050.JPG

A to frontowa fasada Zamku.

Zwiedzanie obejmuje także zabytkową oranżerię, w której oprócz roślin znanych nam z domowych parapetów (tylko w skali makro), rosły i owocowały także cytryny, banany i 25 letni fikus pnący i mieszkały w terrariach żółwie, w akwariach rybki, a w klatkach papużki, zeberki, świnki morskie i króliki. 

DSCN2053.JPG

 

Na suficie - jedna roślina fikus pnący.

Przy łańcuckim Zamku były też książęce stajnie i Powozownia. Obecnie można zwiedzać stajnie i Powozownię, z największą w Polsce kolekcją powozów. Oczywiście zwiedziliśmy. Kilkugodzinny spacer zmęczył mnie. A przecież Zamek otacza piękny  park w stylu angielskim. A. zafundował mi przejażdżkę powozem po parku. Poczułam się jak "hrabinia" ;)DSCN2056.JPG 

Koń akurat machnął ogonem i niewiele mnie widać ;)

Powóz podwiózł nas do Storczykarni, gdzie w pawilonie pokazowym można podziwiać kilkadziesiąt znanych i całkiem niezwykłych odmian storczyków.DSCN2058.JPG

 

DSCN2059.JPG  

Wewnątrz czworoboku szklarni, pod gołym niebem, pod parasolami była kawiarnia, bardzo przyjemna - dobra kawa i smaczne ciasto, pogoda była piękna, miło się odpoczywało po zwiedzaniu.

c.d.n


Podziel się
oceń
3
67

komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 598  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513598

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl