Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 545 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dla zabicia czasu

środa, 04 stycznia 2017 14:26

Już w nowym roku przeczytałam  kryminał  (pod)poznańskiego autora Ryszarda Ćwirleja."Jedyne wyjście". To książka wydana 2 lata temu(2015), czyli jeszcze dość świeża, opowiada historię z roku 2012. Ćwirlej jest autorem cyklu powieści kryminalnych tzw. neomilicyjnych, czyli pisanych współcześnie historii z późnego PRL-u, z milicjantami w roli śledczych, dziejących się w Poznaniu i okolicach. Tym razem zdarzenia też miały miejsce w Wielkopolsce, w powiecie szamotulskim, a w rozwiązaniu dwóch spraw kryminalnych wzięli udział dawni bohaterowie z czasów MO, jak i nowa kadra Policji Państwowej. W sumie ciekawa intryga, wciągająca fabuła, sympatyczni młodzi ludzie (ci starsi nieco mniej sympatyczni, ale realistyczni). Zakończenie daje satysfakcję czytelnikowi. Więc czemu o tym piszę? Bo Ćwirlej na siłę chce być poznański. Jestem poznanianką i Poznanianką, i kocham to miejsce na Ziemi i wszystko z tym związane. Także gwarę poznańską. Gdy ją usłyszę w użyciu, to ciepło mi na sercu. Ale problem jest taki, że tego już się prawie nie słyszy. Nawet w moim małym miasteczku, nawet w mojej wsi ludzie mówią mniej lub bardziej poprawną polszczyzną. A Ćwirlej chce wmówić reszcie Polski, że nagminne używanie słowa "łe" czy "ady", to (pod)poznańska norma. Dźwięczy mi w uszach soczyste babcine "ady ino mi pyndź", kiedy kręciłam się jej pod nogami w kuchni. Albo "tako dużo salacha i tak się lela" - kiedy miałam 10 lat i byłam u babci jedyny raz na wakacjach, tęskniłam za domem i chciałam być przytulona. Pokolenie mojej babci, to mniej wykształcone, mówiło poznańską gwarą, pokolenie moich rodziców jeszcze też, słyszałam ją w sklepach, na ulicy. Moje pokolenie już sporadycznie, a u młodszych nie słyszę. Nawet na targu w Miasteczku mówią gwarą tylko starsi ludzie. Oczywiście, niektóre słowa są jak nasze znaki rozpoznawcze. Taka pyrka czy pyra jest wiecznie żywa, stale obecna w mowie (co najmniej domowej), a chleb kroi się u nas tylko na skibki, bo kromki w chlebie są tylko dwie (że w ogóle istnieje słowo "piętka" dowiedziałam się chyba w liceum albo później). Ja uwielbiam też słowo "papiór", używam często (oczywiście jako stylizację), żeby młode pokolenie pamiętało "skąd ich ród". Ja rozumiem Ćwirleja, że chciał także za pomocą języka osadzić akcję jeszcze bardziej w Wielkopolsce.I zgadzam się z nim, jeśli chodzi o leksykę, jeszcze bardzo często używamy potocznie pojedynczych słów gwarowych.   Ale ogólnie ta nasza gwara nie jest "wysoka" (jak żadna gwara) i nikt wykształcony  jej nie używa w kontaktach publicznych. Trochę mnie ten język drażnił, bo miało się wrażenie, że ci wszyscy ludzie są prostakami, a przecież nie (wszyscy) byli. Wierzę, że mówili tak mieszkańcy lasu, sezonowi drwale, napakowani robotnicy, czy "element", ale oficerowie, studentki ? W 2012 roku? Nie, to przegięcie. Czasem mniej znaczy lepiej. Ale i tak miałam radochę czytając nasze poznańskie wyrażonka i podstawiając sobie pod słowo pisane tę naszą specyficzną wymowę i intonację, której nie da się zapisać. Czy wiecie, że  prawdziwy poznaniak nie mówi "piosenka", tylko "piosęka", a tam gdzie jest "an", jak w słowie "bank"czy "firanka" słychać taki francuski dźwięk "an", którego nie da się zapisać graficznie po polsku? Jak słyszę taką wymowę, to serce się raduje: "nasz" myślę sobie i się uśmiecham. Taka ze mnie lokalna patriotka ;) A Ćwirleja polecam, dobrze sie czyta, mimo nadużyć gwary.       


Podziel się
oceń
0
7

komentarze (7) | dodaj komentarz

Moje Mikołajki

środa, 07 grudnia 2016 12:20

W naszej Wielkopolsce mamy Mikołaja 6 grudnia i Gwiazdora w Wigilię. I są to, zapewne ;), dwie osobne postacie. Gdy byłam jeszcze w rodzinnym domu w ten dzień zawsze rano zastawałam jakiś mały prezencik w papciu(?) przy łóżku, zawsze trochę słodyczy i zwykle jakaś książka. Ja też starałam się coś podrzucić rodzicom, chociaż było trudno: mama najczęściej ostatnia szła spać i pierwsza wstawała. Była tradycja, był zwyczaj cieszenia się drobiazgami.  W moim dorosłym domu też podrzucałam dzieciom drobiazg na Mikołaja, żeby rano miały miłe przebudzenie. Potem, gdy dzieci już się usamodzielniły dawaliśmy sobie z A.  też jakieś upominki. Ale w tym roku nie dostałam nic "z okazji" . Ale grzech narzekać - w piątek A. namówił mnie na przymiarki w "sieciówce" odzieżowej i wzbogaciłam garderobę trzema nowymi  bluzkami. Uznałam, że to Mikołaj i gwiazdor w jednym.  Bo u nas Mikołaj trudzi się tylko raz. Ten gwiazdor, to może od Gwiazdki i niemieckiego Weihnachtsmann -"gwiazdkowy człowiek"? Nasz regionalizm, ale bardzo jesteśmy do niego przywiązani.  

Wnukom nie mogłam podrzucić podarku, bo nie mieszkamy razem.  I ,obawiam się, nawet ten sześciolatek nie wierzy już w istnienie Mikołaja (ale kto wie). Dostali więc upominki z rąk babci (w tym oczywiście także książki). A do tego wymyśliłam, że urozmaicę im ten dzień wycieczką na jarmark świąteczny. Teraz dzieciaki mieszkające dalej od centrum, uczące się w pobliżu domu nie mają wielu okazji, żeby poznać swoje wielkie miasto. Do centrum daleko. Rzadko bywają w śródmieściu (na pewno moje). Pogoda była kiepska - szaro - buro i dżdżyście. Pojechaliśmy na Stary Rynek tramwajem. To też dla wnusiów atrakcja i cała wyprawa. U nas w tym roku są dwa jarmarki. Oba to "Betlejem Poznańskie". To na Rynku o godzinie trzeciej po południu w zwykły, ale jednak Mikołajkowy, wtorek robiło nieciekawe wrażenie – smuteczek.

W kramach zziębnięci, smutni  sprzedawcy. Kupujących - na lekarstwo. Szukaliśmy żywego Żłobka, nie dotarliśmy do niego. Po drodze zgłodniałe wnuki wciągnęły oscypka z grilla z żurawiną. Zaraz humory się poprawiły. A ja kupiłam tradycyjnie świecę z wosku, która zawsze w Wigilię płonie na moim świątecznym stole , pachnie miodem i Świętami właśnie.

Potem poszliśmy na smaczną pizzę do ciekawego lokalu, w gotyckich piwnicach (po poznańsku - sklepach) jednej ze staromiejskich kamieniczek (niestety, zapomniałam, że mam ze sobą aparat i zdjęć nie mam). Po konkretach wnuki zażyczyły sobie deserku. Wiedziałam, że są najedzeni, ale "deserek zawsze był". Poszliśmy więc na drugi jarmark świąteczny w poszukiwaniu gofrów (które widzieliśmy na tym rynkowym jarmarku). W tym roku pierwszy raz zorganizowano Betlejem na Placu Wolności. Dotarliśmy tam już po zmroku. Oczywiście wszystko oświetlone, ale powiedziałabym , tak "kameralnie". Znów budki z jedzeniem na ciepło: kiełbasy, bigos, sery, a jeszcze ogródki piwne i winne z grzanym piwem i winem, karuzele dla młodszych i nieco starszych, spożywcze wyroby regionalne z gór i z Wilna, ale gofrów nie widać. Jedyne słodkie wyroby miało stoisko znanej cukierni. Chłopcy zadowolili się pączkami i bombą rumową (znacie? - niektórzy twierdzą, że to nieudane ciastka zgniecione w kulkę, z aromatem rumowym), my to lubimy :)   Po tak bogatym we wrażenia (kulinarne) dniu na pewno pozostaną moim Kotom miłe wspomnienia. I oto chodzi.   

 

DSCN2316.JPG

 A to fragment jarmarku na Starym Rynku.Tam, gdzie były kawiarniane ogródki stoją kramy. Ale i tak wszystkich zapraszam na nasz piękny Stary Rynek od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Wtedy jest tu najpiękniej. 


Podziel się
oceń
3
6

komentarze (9) | dodaj komentarz

Bobry rozrabiają

niedziela, 20 listopada 2016 23:00

DSCN2277.JPG

Jezior mamy w okolicy kilka, wszystkie, niestety, w odległości "niespacerowej", dalej. Pogoda śliczna, po wczorajszych deszczach, więc aż mnie ciągnęło "w przyrodę". Mój A. lubi wszelką wodę, podjechaliśmy do jeziora, w którym niekiedy łowi ryby (w cieplejszych porach roku). Jesień już późna, liście z drzew opadły, ścieżki grząskie po deszczu. Ubrani ciepło, obuci w kalosze wybraliśmy się na spacer wokół jeziora, a właściwie jeziorka, bo to maleństwo jest. Na polu powyżej wiał silny zimny wiatr. W niecce jeziora i potem w lesie było całkiem zacisznie.Mimo nieciekawej pory roku widoki były przyjemne (pierwszy raz byłam nad tym jeziorkiem).DSCN2278.JPG

 

DSCN2280.JPG 

Weszliśmy w las, wszędzie mokro, podtopienia, grząsko, połamane gałęzie, przewrócone drzewa. A dalej natrafiliśmy na żerowisko bobrów. I to zupełnie świeże. W nocy padał deszcz, a te nadgryzione drzewa były suche, wióry pod drzewami także: były tu dziś!DSCN2282.JPG

 

DSCN2283.JPG

 

Grubość drzewa nie robi na nich wrażenia, jak widać. Może twardość?

 

DSCN2281.JPG

 

To jest spory dąb, który na wiosnę już się raczej nie zazieleni. Ciekawe, czy bobry same odstąpiły od pracy, czy ktoś je spłoszył i czy dokończą dzieła i powalą drzewo?DSCN2286.JPG

 

Śladów bobrzej działalności było sporo, ale żeremi nie dostrzegłam. Pas trzcin zasłaniał widok na jezioro. Przecież gdzieś te zwierzaki muszą się chować. W trzcinach?

DSCN2287.JPG

 

Wiem, że bobry rozrabiają, niszczą drzewa, ale to tutaj i tak samosiewki bez ładu i planu. Ponoć bobry bardzo się ostatnio rozmnożyły. Zapewne, jeśli zadomowiły się tuż przy sporej miejscowość, w pobliżu wielkiego miasta. Ale mnie cieszy, że dzika przyroda jest na wyciągnięcie ręki, że jeszcze nie całkiem zatruliśmy nasze środowisko, że moje wnuki  będą miały szansę być może zobaczyć bobry na własne oczy na jakimś spacerze nad jeziorem, a nie tylko w zoo lub w książce, tv czy internecie.

A mój syn, mieszkając swego czasu w Gorzowie, na ulicy równoległej do nadwarciańskich łąk widział z okna bobry przechodzące przez szosę, jakby to były psy czy koty! I był oczywiście w szoku. Takim pozytywnym.  Szczęściarz. :)

 


Podziel się
oceń
0
5

komentarze (8) | dodaj komentarz

"Swojego nie znacie" - Czerniejewo

poniedziałek, 07 listopada 2016 20:08

Jesień nas nie rozpieszcza. Pięknej Złotej Jesieni było zaledwie kilka ostatnich dni w październiku, wcześniej typowy "listopad";)

A zapowiadało się tak miło. Pierwszy dzień jesieni 23.09. był nadal pięknym, ciepłym, letnim dniem.

Nabrałam  ochoty na jakiś spacer. Gdzie by tu wyskoczyć i pospacerować? Czego jeszcze nie znam w okolicy? Może Czerniejewo? Od dawna miałam ochotę zobaczyć pałac, sprawdzić, co i jak tam jest. Kiedyś słyszałam, że jest w Czerniejewie duży, dobrze zachowany pałac, nawet raz przejeżdżaliśmy obok w drodze z Gniezna do Wrześni. Mignął mi wśród drzew okazały budynek. Niecałe 15 minut zajął nam przejazd do Czerniejewa. Po drodze piękne lasy mieszane (i informacja, że to Nadleśnictwo Czerniejewo). Gdyby nie okropna susza (5 tygodni nie padało) pewnie zatrzymałabym się na grzyby. To chyba najbliższe nas grzybne i jagodowe lasy. Warte zapamiętania na przyszłość.

DSCN2098.JPG

 

 Jak widać, w najbliższej okolicy jest jeszcze kilka pałaców i dworów do zobaczenia :)

 

Dotarliśmy do miasteczka (zdziwiłam się, że to miasto, a nie wieś). Poczytałam sobie w Wikipedii o Czerniejewie. To bardzo ciekawe miejsce, jak się okazuje. Początki osadnictwa na terenie obecnej gminy datuje się na VIII wiek naszej ery. Osada otrzymała prawa miejskie w XIV wieku. Było to jedno z najmniejszych miast Wielkopolski, na bitwę pod Grunwaldem wystawiło czterech pieszych. Także teraz jest to bardzo malutkie miasteczko, liczy nieco ponad 2,5 tys. mieszkańców. Pałac w Czerniejewie, w obecnym kształcie pochodzi z końca XVIII w.- budynek główny i oficyny, a za  bramą wjazdową symetrycznie dawne stajnia i wozownia.

 

DSCN2095.JPG

Okazała brama wjazdowa.

 

DSCN2099.JPG

Może po remoncie podjazd też będzie reprezentacyjny?

Właścicielem i twórcą pałacu był generał Lipski. Pałac otacza piękny park. Ostatni właściciele Skórzewscy rozbudowali pałac, rozszerzyli park, nadając mu formę parku krajobrazowego w stylu angielskim.

DSCN2101.JPG

 I właśnie my spacerowaliśmy sobie po tym parku, podziwiając piękne aleje lipowe, stawy, mostki na stawach i kaczki, i łabędzie, które przy pałacowych stawach wychowały swoje młode (3 duże, ale jeszcze szare łabędzięta z rodzicami).DSCN2106.JPG

Widok pałacu od strony ogrodu, tam gdzie trzciny - jest niewielki staw. Ogólnie takie nostalgiczne zaniedbanie (chociaż dachówki już nowe).

Pałac jest od pewnego czasu w remoncie. A są tu apartamenty z historycznymi meblami, gdzie w 1997 roku nocowali  prezydenci Czech, Słowacji, Węgier, Litwy, Niemiec i Polski! W dawnej stajni są pokoje hotelowe, a w wozowni urządzono restaurację.

DSCN2100.JPG

Zjedliśmy smaczny sernik z sosem malinowym i kruszonkowiec z wiśniami, wypiliśmy dobrą kawę (ceny, powiedzmy, średnie, jak na tak małe miasteczko – sernik 14 zł, kawa 6,50). Cieszę się, że stale mam co odkrywać w mojej okolicy i że są tu takie ciekawe miejsca. Wspomnę jeszcze, że oprócz Pałacu, w Czerniejewie zabytkiem jest późnogotycki kościół św. Jana Chrzciciela z XVIw. I w tym mieście- miasteczku urodził się Onufry Kopczyński, poeta, językoznawca, twórca pierwszej gramatyki języka polskiego (1817, wydana tuż po śmierci autora). 


Podziel się
oceń
1
74

komentarze (7) | dodaj komentarz

Pięknie tu jest :)

sobota, 23 lipca 2016 15:07

 

    Dedykuję Joli i Stokrotce :)

 

W mijającym tygodniu "chwaliłam się" moją Małą Ojczyzną - Poznaniem i najbliższymi domu okolicami, które już uznałam za "swoje". Płasko tu z każdej strony, lasów niewiele, jezior i stawów sporo, dużo dworków, pałaców, parków i szerokie krajobrazy pól uprawnych, aż po horyzont. A wszystko pięknie ozdobione lipcowym słońcem. To moje miejsce na Ziemi. Jak ślimak, który nie oddala się od swego miejsca urodzenia, wędrując po najbliższej okolicy (mając szczęśliwie dom zawsze ze sobą), ja też wkroczyłam w kolejny rok życia oddalona od miejsca moich urodzin zaledwie o około 30 kilometrów (mieszkając całe życie w Poznaniu nie oddaliłam się od szpitala swoich narodzin nawet do innej dzielnicy). Pokazałam mojej miłej Joli co tylko się dało(na więcej czasu nie stało) i stwierdziłam sama, że te miejsca chyba nigdy wcześniej w swej historii nie były takie piękne jak teraz.  

Odwiedziłyśmy, oprócz Kórnika i Koszut,( o których wspominałam na blogach wcześniej m.in.21.05.20012) także Rogalin, magnacką siedzibę Raczyńskich, rodu wielce zasłużonego dla Wielkopolski i Polski (ostatni z rodu - Edward B.Raczyński był Prezydentem na Uchodźstwie 1979-1986). Po przeszło 30 latach (!!!) renowacji i remontu udostępniono wreszcie Pałac w Rogalinie zwiedzającym. Warto było czekać i dożyć tej chwili :) Odtworzono bardzo skrupulatnie wygląd sal pałacowych z obitymi pięknymi tkaninami ścianami (tkaniny niekiedy odtwarzano z czarno białych fotografii i ustnych wspomnień okolicznych mieszkańców, pracujących przed wojna w pałacu). Odtworzono piękne żyrandole, wspaniałe stiuki na sufitach, intarsjowane podłogi, także stolarkę (wbudowane szafy) i niektóre meble, piece  i zegary (z zachowanych fragmentów). Efekt końcowy zachwyca. 

DSCN1831.JPG 

To widok z piętra na klatkę schodową.

 

DSCN1832.JPG

 

Piękna biblioteka, całkowicie zniszczona w czasie wojny ( w pałacu był ośrodek szkoleniowy Hitlerjugend). Zbiory biblioteczne częściowo przepadły, a część znajduje się w Poznaniu w Bibliotece Raczyńskich.

 

DSCN1833.JPG

Cenny gobelin na ścianie.

 

DSCN1828.JPG

 

Jeden z pięknych pieców. I cenny renesansowy obraz .

 

DSCN1826.JPG

 

Jeden z pięknych zegarów - ten w Sali Amorków.

 

DSCN1822.JPG

 

I jeszcze jedne piec odtworzony przez polskich rzemieślników - artystów.

 

W Pałacu muzeum nie ma tradycyjnych kapci, wszędzie są chodniki - ścieżki. Pałac zwiedza się w 15 osobowych grupach, ze słuchawkami na uszach i elektronicznym przewodnikiem (są też dwie panie pilnujące, żeby nikt niczego nie dotykał i nie wychodził poza chodnik). Ilość osób zwiedzających dziennie pałac jest ograniczona, więc najlepiej być tam od rana (przez internet można kupić tylko bilety na grupy powyżej 15 osób).  Ja byłam w Pałacu 40 lat temu. Różnica jest kolosalna. Na korzyść obecnej wersji, oczywiście :) 

Jeśli będziecie w Poznaniu -  wybierzcie się do Rogalina , to tylko 20 km od miasta. Nie będziecie zawiedzeni.

A jeśli Wam czas pozwoli i będziecie mieć dobrego przewodnika, to może dotrzecie do któregoś z licznych pałacyków ziemiańskich, rozsianych po całej Wielkopolsce i w ostatnich latach starannie odnawianych (wiele z nich obecnie w prywatnych rękach). 

My wybrałyśmy się do Gułtów (Gułtowy , gmina Kostrzyn). Już też pisałam o Pałacu hr.Bnińskich   i parku pałacowym.  Ostatnia właścicielka Gułtów przekazała w testamencie pałac (z parkiem) Uniwersytetowi A. Mickiewicza w Poznaniu. Jest tu Dom Pracy Twórczej i park ogólnodostępny dla mieszkańców wsi. W pełni lata posiadłość prezentuje się szczególnie pięknie. Nad rozległym stawem moją uwagę zwróciło szczególne drzewo. I może przeszłabym obok niego z mniejszą uwagą, gdyby nie Stokrotka. Bo czyż nie jest to " młodszy brat" słynnego tajemniczego drzewa z warszawskich Łazienek?

 

DSCN1840.JPG

 

Dokładnie się przyjrzałam drzewu, a potem sprawdziłam w swoich zasobach. W książce "Krzewy i drzewa ozdobne"( M. Mynett, M.Tomżyńska) znalazłam: " Buk pospolity (Fagus silvatica) odmiana o pokroju zwisającym 'Pendula'. Dorasta do 20-30 m wysokości. Rośnie wolno, po 10 latach osiąga 4-5 metrów. "Płaczący" buk . Ten tutaj jest jeszcze dość młody, pień ma jeszcze dość "szczupły". Ale to na pewno jest "to" drzewo. Tylko tu w parku ma zupełną ciszę i spokój.

 

DSCN1842.JPG

 

I jeszcze widok na Pałac w Gułtowach, za stawem, z warkoczem gałęzi buku 'Penduli".

 


Podziel się
oceń
2
51

komentarze (7) | dodaj komentarz

piątek, 24 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  2 288 364  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2288364

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl