Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 765 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

To i owo

środa, 19 kwietnia 2017 13:53

Święta minęły szybko, w miłej rodzinno-przyjacielskiej atmosferze. Ostatnie mazurki przed "pożarciem" sfotografowałam. udały się wyśmienicie (mam na myśli polewę czekoladową z bakaliami, bo była w sam raz; nie za twarda i nie lejąca się, a to trudno utrafić w punkt, spód miodownikowy zawsze wychodzi i nie jest nigdy suchy).

 

DSCN2579.JPG

 

Został mi jeszcze taki większy z polewą cytrynową i bakaliami (bez dodatku mleka, dla synka, ale okazało się, że on już może mleko) i resztki mazurka orzechowego. Natomiast z wędlin mogłabym urządzić drugie śniadanie wielkanocne dla kilkunastu osób. Więc zamroziłam pasztety (wcześniej niemrożone), szynki niepokrojone, kiełbasy niegotowane. A krojone resztki wędlin zagospodarowuję w zupach i zapiekankach. Nie lubię tak. Lubię świeże. Ale nie zmarnuję żywności zdatnej do jedzenia. Obecnie młodzi, jak wiem, nie mają żadnych skrupułów przed wyrzucaniem do śmieci produktów, które im się znudziły, bo opakowania były zbyt duże (a produkty długoterminowe, więc jeszcze zdatne do spożycia). No cóż, rodzice nie nauczyli szanowania jedzenia. I nie tylko jedzenia, ubrania i inne sprzęty też wyrzucą do kubła, zamiast ekologicznie oddać do powtórnego przerobu. To ta rozpasana konsumpcja. Nadmiar towarów wszelkich, czasy nadmiaru przedmiotów.

To może teraz o innych wartościach. Przed samymi Świętami mój wnuś miał urodziny. To już były ferie, więc zapisałam wnusia na całodzienne warsztaty "Małego Inżyniera" pod hasłem "Magiczne Jajko". Dzieci bawiąc się świetnie sprawdzały możliwości fizyczne i chemiczne jajek, zanurzały w różnych roztworach, gotowały na kwadratowo i ponoć wiele innych ciekawych rzeczy, których siedmiolatek nie umiał nazwać, ale "było fajnie". Drugi wnuś, żeby nie czuł się pominięty (a już za duży na eksperymenty) został przeze mnie zabrany na spacer po mieście (naszym rodzinnym). Odrobina historii, kultury, dydaktyki nigdy nie zaszkodzi. Okazało się, że muzea wnuk zna ("babciu, tylko nie muzea, bo ostatnio tato wziął nas do miasta i zwiedzaliśmy wszystkie muzea w mieście, chyba 6 jednego dnia, strasznie byliśmy zmęczeni").  Poszliśmy na Cytadelę. To największy  park Poznania (ok.100 ha), założony na terenie dawnego fortu Winiary -centralnego fortu umocnień twierdzy - Festung Posen, zwanego przez poznaniaków Cytadelą ( z włoskiego, to twierdza w środku miasta, mająca na celu obronę mieszkańców). To Prusacy  zbudowali system umocnień , fortów wokół miasta. Twierdza Posen wraz z systemem fortów uchodziła za największą twierdzę ówczesnej Europy, rozbudowywaną przez cały XIXw i na początku XXwieku. W 1945 roku, 23 lutego Cytadela została zdobyta przez Armię Czerwoną przy współudziale poznańskich ochotników. Większość zabudowań uległa zniszczeniu podczas zdobywania twierdzy. W 1963 roku zaczęto zakładać na terenie dawnej Cytadeli park. Mieszczą się tu także cmentarze - miejsca pamięci - poległych  w szturmie żołnierzy radzieckich i poznańczyków, którzy wtedy tam zginęli, a także cmentarz żołnierzy brytyjskich poległych na terenie Wielkopolski. Jest także aleja poznaniaków zabitych w Wypadkach Poznańskich - Czerwcu 56 roku. Na terenie Parku Cytadela są dwa muzea - Muzeum Uzbrojenia i Muzeum Armii Poznań. O tym wszystkim rozmawiałam z wnukiem. Jest też na Cytadeli wiele rzeźb i pomników. Do bardziej niezwykłych należy grupa żeliwnych rzeźb, cały bezgłowy tłum. Z okazji 750-lecia lokacji miasta, w 2003 roku Magdalena Abakanowicz ustawiła na rozległym trawniku grupę 112 rzeźb - maszerujących bezgłowych postaci z żeliwa, zatytułowaną "Nierozpoznani". Dokładnie sobie obejrzeliśmy tę rzeźbę (pomnik?). To figury nieco wyższe od przeciętnego człowieka. Można między nimi spacerować, oglądać z każdej strony z bliska. Są dość niesamowite. Wnuk nieufnie przyglądał się tym tworom. Byliśmy zupełnie sami na ogromnej łące. Tylko my i te bezgłowe postacie. Ja oczywiście zachwalałam rzeźby, mówiłam o obcowaniu ze sztuką, że to niezwykła okazja na tak bliski kontakt ze sztuką wybitnego artysty. Wnuk sceptycznie popatrywał na rdzawe odlewy i w końcu zapytał: czy te rzeźby ci się babciu podobają tylko dlatego, że są autorstwa znanej rzeźbiarki? Czy gdyby to zrobił ktoś nieznany, to też byś była taka przejęta. I zaczęłam się zastanawiać. O sens sztuki.O moje własne odczucia. Czy ktoś nieznany wymyśliwszy coś takiego zostałby zauważony, czy miałby szansę  zrealizować swój pomysł, zaistnieć? Czy wszystkie pomysły uznanej artystki są genialne? Co jest wspaniałego i gdzie ten artyzm w tych Nierozpoznanych? Dlaczego te rzeźby są sztuką wysoką? Ja się nie znam na sztuce. Nie rozumiem sensu tych kroczących, bez ładu i składu, golemów. Podziwiałam raczej pracę śremskich odlewników, którzy wykonali te 112 odlewów. Figury są raczej straszne niż piękne, ale "to Abakanowicz - podziwiajcie!" Czy tak? Co o tym sadzicie?   

20170413_131059[1].jpg

 

20170413_131118[1].jpg

 

20170413_131552[1].jpg


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Szoping w Śremie

wtorek, 28 marca 2017 18:23

Moja kuzynka jest dekadę młodsza ode mnie, ale nadajemy na tych samych falach. Postanowiła, że mnie trochę "ubierze", przypilnuje, żebym nie kupowała rzeczy "ciotkowatych". Jest młodsza, ma nieco innych gust, ale ma wyczucie stroju, no i jest mi życzliwa (jesteśmy dobrymi przyjaciółkami). Wiedziałam, że mogę polegać na jej ocenie. Co prawda ja mam swój wyrobiony pogląd w kwestii ubiorów, raczej na stare lata go nie zmienię, ale jestem otwarta na modyfikacje i nowości. Spotkałyśmy się w Śremie. Ja wiem, że jest tyle miast powiatowych,  których nie znam nawet ze słyszenia. Ale jeśli nigdy nie słyszałyście o Śremie, to wam to miasto przybliżę. Leży ono nad Wartą w środkowej Wielkopolsce, między Poznaniem, a Gostyniem, do którego jeżdżę bardzo często i od dziecka. Śrem był zawsze "po drodze", nie dość ważny, żeby zatrzymać się i go zwiedzić. A to ciekawe miasto powiatowe , o długiej historii, jak większość wielkopolskich miast i miasteczek.  

Śrem jest jednym z najstarszych miast w Polsce. Przemysł I, książę poznański,  lokował miasto w 1253 roku (Śrem jest rówieśnikiem Poznania). Śrem rozwijał się żywiołowo w średniowieczu, w okresie Wojen Szwedzkich podupadł i w XVII wieku skończył się okres świetności miasta. W 1793 r.Śrem znalazł się w granicach Prus, jednak przez przeszło 120 lat pozostał polskim miastem (Polakami było 2/3 mieszkańców, a tylko 1/4 to byli Niemcy). Ze Śremem związani są wybitni Polacy : Jóżef Wybicki, twórca hymnu narodowego i Heliodor Święcicki, lekarz, społecznik i założyciel Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu. Obaj kończyli sławne śremskie Gimnazjum (którego tradycje kontynuuje mieszczące się w historycznym budynku I Liceum Ogólnokształcące im.Józefa Wybickiego).

Kolejny rozkwit miasta nastąpił po II Wojnie. Powstała tu duża odlewnia żeliwa, najpierw jako oddział Zakładów Cegielskiego z Poznania, a obecnie Odlewnia Żeliwa S.A. Liczba mieszkańców Śremu  w dzisiejszych czasach to nieco przeszło 30 tysięcy.

W mieście jest kilka zabytków i duży zabytkowy Rynek (mnie zawsze interesują rynki w zwiedzanych miastach). Na Rynku, w zabudowie  południowej pierzei stoi okazały Ratusz z początków XIX wieku. Najstarszym i najokazalszym zabytkiem Śremu jest fara - gotycki kościół p.w.NMP Wniebowziętej z 1393 roku.    

20170327_114657[1].jpg

 

Powoli zbliżałam się do Fary.

20170327_120627[1].jpg

 

Weszłam do środka-

20170327_120303[1].jpg

 

 

A potem już pojechałyśmy na zakupy do galerii handlowej "Polonia" (nawet 30-tysięczny Śrem stać na galerię). Kupiłam w jednej z sieciówek przeceniony wiosennie kardigan, przyda się, a w innym sklepie kupiłam tanie dżinsy bez marki, ładnie dopasowane i kilka sztuk bawełnianej bielizny, co to jej nigdy za dużo. Chciałam kupić różową piżamę z misiami, ale kuzynka wyraziła gorący sprzeciw; " nie jesteś dzidzią-piernik, żeby się tak ubierać". Cóż, kupiłam banalną piżamę ze spodniami w kwiaty w (powiedzmy) kobaltowym kolorze. 

Po zakupach poszłyśmy do kawiarni nad brzegiem Warty na słodkie "co nieco " i kawę. Nadal chcę trzymać się diety bezcukrowej, ale dałam obie dyspensę na ten wyjazd i z rozkoszą zjadłam pyszny creme-brulee (mogłam już nie jeść tego skarmelizowanego cukru, ale to przecież clou tego deseru, refleksja przyszła po fakcie). Bardzo miło spędziłam dzień, cudownie ciepły, w końcu, prawdziwie wiosenny dzień. :)

20170327_130508[1].jpg    

I jeszcze widok na wiosenną, szeroką Wartę w Śremie :)           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Dla zabicia czasu

środa, 04 stycznia 2017 14:26

Już w nowym roku przeczytałam  kryminał  (pod)poznańskiego autora Ryszarda Ćwirleja."Jedyne wyjście". To książka wydana 2 lata temu(2015), czyli jeszcze dość świeża, opowiada historię z roku 2012. Ćwirlej jest autorem cyklu powieści kryminalnych tzw. neomilicyjnych, czyli pisanych współcześnie historii z późnego PRL-u, z milicjantami w roli śledczych, dziejących się w Poznaniu i okolicach. Tym razem zdarzenia też miały miejsce w Wielkopolsce, w powiecie szamotulskim, a w rozwiązaniu dwóch spraw kryminalnych wzięli udział dawni bohaterowie z czasów MO, jak i nowa kadra Policji Państwowej. W sumie ciekawa intryga, wciągająca fabuła, sympatyczni młodzi ludzie (ci starsi nieco mniej sympatyczni, ale realistyczni). Zakończenie daje satysfakcję czytelnikowi. Więc czemu o tym piszę? Bo Ćwirlej na siłę chce być poznański. Jestem poznanianką i Poznanianką, i kocham to miejsce na Ziemi i wszystko z tym związane. Także gwarę poznańską. Gdy ją usłyszę w użyciu, to ciepło mi na sercu. Ale problem jest taki, że tego już się prawie nie słyszy. Nawet w moim małym miasteczku, nawet w mojej wsi ludzie mówią mniej lub bardziej poprawną polszczyzną. A Ćwirlej chce wmówić reszcie Polski, że nagminne używanie słowa "łe" czy "ady", to (pod)poznańska norma. Dźwięczy mi w uszach soczyste babcine "ady ino mi pyndź", kiedy kręciłam się jej pod nogami w kuchni. Albo "tako dużo salacha i tak się lela" - kiedy miałam 10 lat i byłam u babci jedyny raz na wakacjach, tęskniłam za domem i chciałam być przytulona. Pokolenie mojej babci, to mniej wykształcone, mówiło poznańską gwarą, pokolenie moich rodziców jeszcze też, słyszałam ją w sklepach, na ulicy. Moje pokolenie już sporadycznie, a u młodszych nie słyszę. Nawet na targu w Miasteczku mówią gwarą tylko starsi ludzie. Oczywiście, niektóre słowa są jak nasze znaki rozpoznawcze. Taka pyrka czy pyra jest wiecznie żywa, stale obecna w mowie (co najmniej domowej), a chleb kroi się u nas tylko na skibki, bo kromki w chlebie są tylko dwie (że w ogóle istnieje słowo "piętka" dowiedziałam się chyba w liceum albo później). Ja uwielbiam też słowo "papiór", używam często (oczywiście jako stylizację), żeby młode pokolenie pamiętało "skąd ich ród". Ja rozumiem Ćwirleja, że chciał także za pomocą języka osadzić akcję jeszcze bardziej w Wielkopolsce.I zgadzam się z nim, jeśli chodzi o leksykę, jeszcze bardzo często używamy potocznie pojedynczych słów gwarowych.   Ale ogólnie ta nasza gwara nie jest "wysoka" (jak żadna gwara) i nikt wykształcony  jej nie używa w kontaktach publicznych. Trochę mnie ten język drażnił, bo miało się wrażenie, że ci wszyscy ludzie są prostakami, a przecież nie (wszyscy) byli. Wierzę, że mówili tak mieszkańcy lasu, sezonowi drwale, napakowani robotnicy, czy "element", ale oficerowie, studentki ? W 2012 roku? Nie, to przegięcie. Czasem mniej znaczy lepiej. Ale i tak miałam radochę czytając nasze poznańskie wyrażonka i podstawiając sobie pod słowo pisane tę naszą specyficzną wymowę i intonację, której nie da się zapisać. Czy wiecie, że  prawdziwy poznaniak nie mówi "piosenka", tylko "piosęka", a tam gdzie jest "an", jak w słowie "bank"czy "firanka" słychać taki francuski dźwięk "an", którego nie da się zapisać graficznie po polsku? Jak słyszę taką wymowę, to serce się raduje: "nasz" myślę sobie i się uśmiecham. Taka ze mnie lokalna patriotka ;) A Ćwirleja polecam, dobrze sie czyta, mimo nadużyć gwary.       


Podziel się
oceń
0
13

komentarze (9) | dodaj komentarz

Moje Mikołajki

środa, 07 grudnia 2016 12:20

W naszej Wielkopolsce mamy Mikołaja 6 grudnia i Gwiazdora w Wigilię. I są to, zapewne ;), dwie osobne postacie. Gdy byłam jeszcze w rodzinnym domu w ten dzień zawsze rano zastawałam jakiś mały prezencik w papciu(?) przy łóżku, zawsze trochę słodyczy i zwykle jakaś książka. Ja też starałam się coś podrzucić rodzicom, chociaż było trudno: mama najczęściej ostatnia szła spać i pierwsza wstawała. Była tradycja, był zwyczaj cieszenia się drobiazgami.  W moim dorosłym domu też podrzucałam dzieciom drobiazg na Mikołaja, żeby rano miały miłe przebudzenie. Potem, gdy dzieci już się usamodzielniły dawaliśmy sobie z A.  też jakieś upominki. Ale w tym roku nie dostałam nic "z okazji" . Ale grzech narzekać - w piątek A. namówił mnie na przymiarki w "sieciówce" odzieżowej i wzbogaciłam garderobę trzema nowymi  bluzkami. Uznałam, że to Mikołaj i gwiazdor w jednym.  Bo u nas Mikołaj trudzi się tylko raz. Ten gwiazdor, to może od Gwiazdki i niemieckiego Weihnachtsmann -"gwiazdkowy człowiek"? Nasz regionalizm, ale bardzo jesteśmy do niego przywiązani.  

Wnukom nie mogłam podrzucić podarku, bo nie mieszkamy razem.  I ,obawiam się, nawet ten sześciolatek nie wierzy już w istnienie Mikołaja (ale kto wie). Dostali więc upominki z rąk babci (w tym oczywiście także książki). A do tego wymyśliłam, że urozmaicę im ten dzień wycieczką na jarmark świąteczny. Teraz dzieciaki mieszkające dalej od centrum, uczące się w pobliżu domu nie mają wielu okazji, żeby poznać swoje wielkie miasto. Do centrum daleko. Rzadko bywają w śródmieściu (na pewno moje). Pogoda była kiepska - szaro - buro i dżdżyście. Pojechaliśmy na Stary Rynek tramwajem. To też dla wnusiów atrakcja i cała wyprawa. U nas w tym roku są dwa jarmarki. Oba to "Betlejem Poznańskie". To na Rynku o godzinie trzeciej po południu w zwykły, ale jednak Mikołajkowy, wtorek robiło nieciekawe wrażenie – smuteczek.

W kramach zziębnięci, smutni  sprzedawcy. Kupujących - na lekarstwo. Szukaliśmy żywego Żłobka, nie dotarliśmy do niego. Po drodze zgłodniałe wnuki wciągnęły oscypka z grilla z żurawiną. Zaraz humory się poprawiły. A ja kupiłam tradycyjnie świecę z wosku, która zawsze w Wigilię płonie na moim świątecznym stole , pachnie miodem i Świętami właśnie.

Potem poszliśmy na smaczną pizzę do ciekawego lokalu, w gotyckich piwnicach (po poznańsku - sklepach) jednej ze staromiejskich kamieniczek (niestety, zapomniałam, że mam ze sobą aparat i zdjęć nie mam). Po konkretach wnuki zażyczyły sobie deserku. Wiedziałam, że są najedzeni, ale "deserek zawsze był". Poszliśmy więc na drugi jarmark świąteczny w poszukiwaniu gofrów (które widzieliśmy na tym rynkowym jarmarku). W tym roku pierwszy raz zorganizowano Betlejem na Placu Wolności. Dotarliśmy tam już po zmroku. Oczywiście wszystko oświetlone, ale powiedziałabym , tak "kameralnie". Znów budki z jedzeniem na ciepło: kiełbasy, bigos, sery, a jeszcze ogródki piwne i winne z grzanym piwem i winem, karuzele dla młodszych i nieco starszych, spożywcze wyroby regionalne z gór i z Wilna, ale gofrów nie widać. Jedyne słodkie wyroby miało stoisko znanej cukierni. Chłopcy zadowolili się pączkami i bombą rumową (znacie? - niektórzy twierdzą, że to nieudane ciastka zgniecione w kulkę, z aromatem rumowym), my to lubimy :)   Po tak bogatym we wrażenia (kulinarne) dniu na pewno pozostaną moim Kotom miłe wspomnienia. I oto chodzi.   

 

DSCN2316.JPG

 A to fragment jarmarku na Starym Rynku.Tam, gdzie były kawiarniane ogródki stoją kramy. Ale i tak wszystkich zapraszam na nasz piękny Stary Rynek od późnej wiosny do wczesnej jesieni. Wtedy jest tu najpiękniej. 


Podziel się
oceń
3
13

komentarze (11) | dodaj komentarz

Bobry rozrabiają

niedziela, 20 listopada 2016 23:00

DSCN2277.JPG

Jezior mamy w okolicy kilka, wszystkie, niestety, w odległości "niespacerowej", dalej. Pogoda śliczna, po wczorajszych deszczach, więc aż mnie ciągnęło "w przyrodę". Mój A. lubi wszelką wodę, podjechaliśmy do jeziora, w którym niekiedy łowi ryby (w cieplejszych porach roku). Jesień już późna, liście z drzew opadły, ścieżki grząskie po deszczu. Ubrani ciepło, obuci w kalosze wybraliśmy się na spacer wokół jeziora, a właściwie jeziorka, bo to maleństwo jest. Na polu powyżej wiał silny zimny wiatr. W niecce jeziora i potem w lesie było całkiem zacisznie.Mimo nieciekawej pory roku widoki były przyjemne (pierwszy raz byłam nad tym jeziorkiem).DSCN2278.JPG

 

DSCN2280.JPG 

Weszliśmy w las, wszędzie mokro, podtopienia, grząsko, połamane gałęzie, przewrócone drzewa. A dalej natrafiliśmy na żerowisko bobrów. I to zupełnie świeże. W nocy padał deszcz, a te nadgryzione drzewa były suche, wióry pod drzewami także: były tu dziś!DSCN2282.JPG

 

DSCN2283.JPG

 

Grubość drzewa nie robi na nich wrażenia, jak widać. Może twardość?

 

DSCN2281.JPG

 

To jest spory dąb, który na wiosnę już się raczej nie zazieleni. Ciekawe, czy bobry same odstąpiły od pracy, czy ktoś je spłoszył i czy dokończą dzieła i powalą drzewo?DSCN2286.JPG

 

Śladów bobrzej działalności było sporo, ale żeremi nie dostrzegłam. Pas trzcin zasłaniał widok na jezioro. Przecież gdzieś te zwierzaki muszą się chować. W trzcinach?

DSCN2287.JPG

 

Wiem, że bobry rozrabiają, niszczą drzewa, ale to tutaj i tak samosiewki bez ładu i planu. Ponoć bobry bardzo się ostatnio rozmnożyły. Zapewne, jeśli zadomowiły się tuż przy sporej miejscowość, w pobliżu wielkiego miasta. Ale mnie cieszy, że dzika przyroda jest na wyciągnięcie ręki, że jeszcze nie całkiem zatruliśmy nasze środowisko, że moje wnuki  będą miały szansę być może zobaczyć bobry na własne oczy na jakimś spacerze nad jeziorem, a nie tylko w zoo lub w książce, tv czy internecie.

A mój syn, mieszkając swego czasu w Gorzowie, na ulicy równoległej do nadwarciańskich łąk widział z okna bobry przechodzące przez szosę, jakby to były psy czy koty! I był oczywiście w szoku. Takim pozytywnym.  Szczęściarz. :)

 


Podziel się
oceń
0
18

komentarze (10) | dodaj komentarz

piątek, 28 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  2 363 423  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2363423

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl