Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 556 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zakończenie - Florencja i Werona

piątek, 07 lipca 2017 19:20

Florencja, wiadomo, stolica Toskanii, największe miasto regionu i jeden wielki zabytek w tysiącach odsłon. Toskania, to historyczne centrum włoskiej państwowości. Państwo włoskie jest bardzo młode, liczy sobie nieco ponad 150 lat (zjednoczenie włoskich księstw - 1861r). Mieszkańcy Florencji szczycą się tym, że to właśnie tu mówi się naprawdę po włosku. Tu narodził się włoski język literacki, tu tworzyli twórcy tego języka Dante, Petrarka,  Boccaccio.  Dialekt toskański (florencki) stał się podstawą normatywnego języka włoskiego. Florencja jest stara, zabytkowa, bogata, niebywała, jest zatłoczona, droga, ciasna ale czy piękna? Piękne są w niej osobne budowle, niektóre ulice, rzeka Arno po deszczu, ze starymi mostami, bulwar nadrzeczny... Pokazano nam wnętrza dwóch kościołów: Santa Croce i Duomo, czyli katedry Santa Maria del Fiore. Ten pierwszy kościół jest ważny dla florentyńczyków, są tu epitafia sławnych mieszkańców tego miasta: Galileusza, Machiawellego, Dantego - doczekał się tablicy pamiątkowej dopiero w czasach najnowszych. Twórca języka włoskiego zmarł na wygnaniu i jego grób znajduje się w Rawennie (a florentyńczykom wstyd). W tym kościele znajduje sie też tablica i nagrobek polskiego kompozytora Michała Kleofasa Ogińskiego, twórcy poloneza "Pożegnanie Ojczyzny". Żył on i działał we Florencji 38 lat i tu zmarł.

W Kościele Santa Croce (Świętego Krzyża) są przy ołtarzu głównym freski Giotta, podobno genialnego i bardzo pracowitego malarza, prekursora odrodzenia w malarstwie.

DSCN2769.JPG

 

To wnętrze tego wielkiego kościoła, wydaje się być puste, a sufit jest prosty, drewniany, takie sufity, bez łuków i z drewna, bardzo wysokie widzieliśmy we wszystkich zwiedzanych kościołach.

 

DSCN2779.JPG

 

To katedra -Duomo ,Santa Maria del Fiore. Żeby ją zobaczyć w środku czekaliśmy w długiej kolejce, akurat w deszczu (nadal było ok. +30) dość długo. Na tyle długo, żeby po wejściu do środka stwierdzić, że zupełnie nie warto było. Kolejna ogromna "stodoła", nawet bez fresków, bez nagrobków, pusta w środku. W pamięci utkwiły mi tylko ogromne szare kamienne kolumny i brak jakiegokolwiek miejsca do siedzenia i tłum turystów w środku. Natomiast z zewnątrz to bardzo piękna budowla. Widziałam ją pierwszy raz 40 lat temu, gdy autobus rejsowy PKS do Rzymu zrobił godzinny postój we Florencji, parkując właśnie obok katedry. Wtedy tłum był jakby mniejszy, a katedra bielsza ;) Katedrę budowano prawie 3 stulecia. Główna bryła i fasada, to gotyk (budowano sto lat), potem na 140 lat przerwano prace i dopiero po tym czasie zwieńczono Katedrę kopułą, którą widąć u mnie tylko troszkę. Ta kopuła, bardzo duża, o niezwykłej, jak na tamte czasy konstrukcji, jest dziełem wybitnego miejscowego architekta Filippa Brunelleschiego, prekursora stylu renesansowego.

 Byliśmy teraz także na Piazza della Signoria. Plac jest dość ciasny, trudno objąć obiektywem najsławniejszy budynek placu - ratusz, czyli Palazzo Vecchio (Stary). Przed ratuszem rzeźby Michała Anioła - Dawid i Herkules (kopie z epoki), a także fontanna z posągiem Neptuna (akurat w remoncie). 

 

DSCN2773.JPG

 

Dawid taki sobie, ma za dużą głowę. 

Mnie spodobał się nieco mniejszy Perseusz, dłuta rzeźbiarza i złotnika Benvenuto Celliniego, pod arkadami obok ratusza.

 

DSCN2771.JPG

 

Potem poszliśmy nad rzekę Arno zobaczyć most złotników czyli Ponte Vecchio (stary most). Gdyby nie otwarte na rzekę arkady mostu mozna by przejść mostem i nawet tego nie zauważyć. To jest ulica, zabudowana domkami i sklepami. Bardzo stary most (XIVw.) bardzo nietypowy.

DSCN2783.JPG

 

Pięknie wygląda dopiero z daleka :) 

W krótkim czasie wolnym zdążyłam znaleźć kilka wolnych od tłumów uliczek  i wypić latte ( cappuccino ma zdecydowanie za małą pojemność, za mało płynu) i zjeść prawdziwe włoskie tiramisu' (koniecznie z akcentem na ostatnią sylabę).

Czuję wielki niedosyt Florencji. Nie widziałam tylu miejscowych "hitów"... W tłumie i biegu nie poczułam atmosfery miast. A raczej to, co odczuwałam, to nie było zbyt pozytywne. Co chwilę spoglądałam na zegarek, żeby nie spóźnić się na zbiórkę, bo... niby co? Bo "nie wypada, jak się jest z grupą". Jako była pilotka wiem to, ale nie znoszę ograniczeń zewnętrznych (jedyne, to te, które sama sobie narzucam).

Z Florencji ledwo zdążyliśmy  na kolację na 20.00 (serwowaną, z talerzem "pasty" czyli makaronu z jakimś cienkim sosem i drugim daniem - mięsem (sztuka mięs) wielkości dwóch średnio cienkich plasterków wędliny i kupką czegoś, co nie było ani frytkami, ani smażonymi ziemniakami, czymś pośrednim, nieapetycznym. No cóż, 3 dni takiej kolacji na pewno nie przekonało turystów z grupy, że włoska kuchnia jest bogata i niezwykle smaczna. Tak to jest z "masówką". A przecież jedzenie, smaczne, miejscowe, to istotna część wiedzy o danym kraju . Dla biur turystycznych liczy się tylko "zaliczanie" kolejnych miejsc na mapie. To nie dla mnie. 

Już w drodze do Polski zatrzymaliśmy się na parę godzin w Weronie (na 3?)(potem nocowaliśmy pod Weroną). Tym razem nasza pilotka zaprowadziła nas z parkingu do Starego Miasta.Po drodze szliśmy kilkaset metrów wzdłuż średniowiecznych murów miejskich.

DSCN2786.JPG

 

Przechodziliśmy też obok cennej rzymskiej Arena di Verona, amfiteatru z I w.n.e., jednego z najlepiej zachowanych we Włoszech. Każdego lata odbywają się tam spektakle operowe.20170629_121426.jpg  

 

I dostaliśmy tam 2.5 godziny czasu wolnego. Wreszcie mogłam "się urwać", uciec od grupy i robić, co chcę. Nie poszłam z tłumem, czyli grupą pod balkon Juli, tylko "zagubiłam się" w wąskich uliczkach, gdzie domy mogłyby pamiętać  ową Julię, gdyby kiedykolwiek istniała. Zobaczyłam ten symboliczny balkon później sama. Sama? Z tłumem Japończyków? Chińczyków? (mnóstwo ich) i innych ciekawskich. Balkon, jak balkon, podwóreczko małe, zabazgrane ściany, ubrudzone gumą do żucia, na którą ludziska przyklejają do ścian swoje miłosne życzenia. Na balkonie jakaś podstarzała Julia - turystka. Zniesmaczyłam się, zdjęcia nie zrobiłam i postanowiłam poszukać swojego balkonu wymyślonej Julii. A było w czym wybierać.

20170629_140627.jpg

 

Czyż nie piękny gotycki balkon? 

Domy z okresu gotyku sąsiadowały z domami z epoki renesansu, wszystko czyste, odnowione, widać, że miasto niebiedne i jego mieszkańcy takoż.

 

20170629_140700.jpg

 

Po sąsiedzku kamienica renesansowa z balkonem.:) A na ulicy pusto, żadnych turystów ani miejscowych, tuż obok Rynku.

 Że Werona "od zawsze" było bogatym miastem, świadczą o tym te zachowane do dziś okazałe zabytkowe kamienice i ulice z marmurowymi nie tylko chodnikami, ale i jezdniami (kostka granitowa też była).

 

DSCN2790.JPG

W Weronie przysiadłam przy ulicznym stoliku jednej z niezliczonych kawiarni i pijąc wolno latte przyglądałam się niezbyt licznym przechodniom (latte, to nie jest ponoć włoski pomysł, tylko amerykańskich Włochów, "przeflancowany" do Włoch i Europy).

Rynek w Weronie jest długim prostokątnym placem, na którym i dziś stoją kramy z towarami dla turystów. Przy rynku oczywiście Ratusz, ale w innym stylu niż w Toskanii, choć ratusz równie wiekowy.

 

DSCN2789.JPG

 

Werona jest elegancka, poza najstarszą częścią miasta ulice są szerokie, pełne zieleni, zielono jest też nad szeroką po deszczach górską rzeką Adygą.

 

20170629_130543.jpg

 

Jak widzicie, na chwilę się zachmurzyło. Ale ogólnie było przyjemnie, upał nie powalał ;)  Werona bardzo mi się spodobała. Piękne miasto  i jeszcze niezadeptane przez turystów . No i ten luz chodzenia swoimi ścieżkami, był mi potrzebny.   

Na koniec dla miłośników gór - rzut oka na Alpy nad Innsbruckiem.

 

20170630_120017.jpg

 

I to już koniec wycieczki :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Volterra - dalsze zwiedzanie cz.2

środa, 05 lipca 2017 23:47

Z San Gimignano wróciliśmy do hotelu, około 90 km. A Volterra była tak blisko! Dzieli ją od San Gimignano niecałe 30 km. Ale dzieli, bardziej dosłownie także wysokość. Volterra leży prawie 500 metrów wyżej. Pojechaliśmy tam następnego dnia (kolejne 80 km), pokonując niezliczone zakręty, wspinając się serpentynami na szczyt wzniesienia. To położenie w dawnych czasach zapewniało miastu bezpieczeństwo. W czasach nowożytnych stało się hamulcem rozwoju - trudno było do miasta dotrzeć. Volterra - z dźwięcznym podwójnym r - miasto liczące kilka tysiącleci! Było to jedno z większych miast etruskich, potem rzymianie władali nim kilka stuleci. W średniowieczu rozwijało się prężnie. Ze względu na etruskie pochodzenie miasto określa się mianem Tajemniczej Piękności. Volterra od wieków, aż do dziś słynie z alabastru. Wydobywa się go w okolicy, w wąwozach otaczających miasto. W Volterra  w Szkole Sztuk Pięknych jest jedyny we Włoszech wydział  rzeźby w alabastrze. A jest to trudna sztuka, bo alabaster, rodzaj kredy, jest kruchy i trudny do obróbki.

DSCN2765.JPG

 

Plakat przedstawiający obróbkę alabastru.

 

Stara część miasta, to wąskie uliczki, małe placyki, średniowieczne kościoły, ratusz w sercu miasta na Piazza dei Priori - podobno na tym ratuszu wzorowali sie budowniczowie ratusza we Florencji.

DSCN2764.JPG

 

 

DSCN2763.JPG

 

A w tym budynku, naprzeciw ratusza, mieści się policja.

 

W wąskich uliczkach nie było tłumów, miasto na wysokim wzgórzu pełne było wiatru, więc i oddychać było czym, upał nie dusił, tak jak wcześniej. Wzrok przyciągały sklepy z wyrobami z alabastru. 

 

20170628_110244_resized.jpg

 

Też kupiłam sobie alabastrowy drobiazg, jeszcze nie miałam nic  z alabastru ;)

 

DSCN2795.JPG

 

Puzderko na drobiazgi np.pierścionki :)

 

Najcenniejszym zabytkiem w Volterra są ruiny miejskie z czasów rzymskich.

 

DSCN2759.JPG

 

A mnie podobały się ciche zaułki  

20170628_110447_resized.jpg

 

Szkoda, że nie było już czasu na kawę. Ale i tak to miasto pozostanie w mojej pamięci miłym wspomnieniem.

I miało być (i było) o Florencji, ale mi "wcięło". Będę odtwarzać jutro.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Toskania zbiorowo - plusy i minusy (cz.1)

poniedziałek, 03 lipca 2017 16:24

To był wyjazd grupowy siedmiodniowy pod tytułem  "Toskania". Już wiem na pewno, że nie nadaję się na grupową objazdówkę. A już na pewno nie do Włoch w końcu czerwca. Nigdy więcej w taki sposób i w lecie! Faktycznie trzeba mieć końskie zdrowie i duży luz wewnętrzny (żeby nie powiedzieć "zwis") i sporo determinacji, żeby bez marudzenia wytrzymać 7 dób z praktycznie obcym towarzystwem. Ja nie mam (ani zdrowia, ani luzu, ani determinacji). Może nie będę marudzić, tylko podam fakty: - ok. 2,5 tysiąca kilometrów w autobusie, z owych siedmiu dób tylko 4 dni zwiedzania, reszta to dojazd do i z Włoch, temperatura dochodząca do +38 st. w cieniu (przeszło +.50 st w słońcu), a powyżej +30 st przez cały pobyt, śniadania o godz. 7.00, obiadokolacje 20.00, opłaty za toalety publiczne ok.1 euro, w barach i cafe bezpłatnie tylko jeśli "konsumujesz", przejazdy z hotelu do celu i z powrotem ok 5 godzin dziennie, bywało więcej. A poza tym codzienne zwiedzanie dwóch miast, przepiękne widoki, cuda architektury, egzotyczna flora i smaczna kawa (zawsze w zbyt małej filiżance) i toskańskie wypieki. Do tego tłumy turystów i wysokie ceny. 

Mam mnóstwo zdjęć. Ale co pokazać? "Hity" czy moje "odkrycia'? Może trochę tego i tego. 

Zaczęliśmy zwiedzanie od luksusowego miasteczka Sirmione, leżącego na półwyspie wcinającym się w Jezioro Garda (Lombardia)

 

20170626_091459[1].jpg

 

 Jezioro Garda jest wielkie. To największe z włoskich jezior .Ja widziałam tylko jego mały skrawek, też robi wrażenie.

Potem pojechaliśmy do Pizy. Zobaczyć Krzywą Wieżę "trzeba". To taki turystyczny mus, turystyczny hit. Plac Cudów, na którym stoi Krzywa Wieża - dzwonnica, jest przepiękny. Romańskie budowle sakralne z białego marmuru  mnie zachwyciły. Budowle wzniesiono na rozległej "łące" i soczysta zieleń trawy pięknie kontrastuje z bielą ścian.

 

20170626_174501[1].jpg 

Na pierwszym planie Baptysterium, dalej katedra i dzwonnica.

 

20170626_172011[1].jpg

 

Tu wyraźnie widać, jak krzywa jest ta dzwonnica. Cud wszelki, że jeszcze stoi!

Ale Piza, to nie tylko ten Plac Katedralny (Cudów). To także zabytkowe, tysiącletnie miasto, z zabytkowymi domami, kościołami, uroczymi uliczkami i zielonymi bulwarami nad rzeką Arno ( których zwykle nie ma czasu zobaczyć).

Do hotelu jechaliśmy wzdłuż Apeninów, gór, które "rozpychają się" od środka włoskiego "buta" aż po wybrzeże liguryjskie . Mijaliśmy takie oto widoki.20170626_142434[1].jpg 

Czy to śnieg na zboczach?? W czerwcu? Widzicie te bloki białego kamienia na pierwszym planie? A jeśli wspomnę, że mijaliśmy właśnie Carrarę, to chyba już wiecie, że to kopalnie marmuru :) 

Nocowaliśmy w miłym hotelu w centrum miasta Montecatini Terme, jednego z pierwszych uzdrowisk termalnych Italii, z połowy XIX.w. Miasta nie mieliśmy czasu zobaczyć, tyle, co po kolacji na krótkim spacerze po centrum. Deptak, luksusowe sklepy, zieleń - trochę jak centrum Sopotu. Szkoda, bo jest w tym mieście  - Górne Miasto, zabytkowe, z zamkiem na skale. Cóż, ważniejsze "hity", niż nowe odkrycia.

 

W kolejnym dniu pojechaliśmy do Sieny i San Gimignano. Te miejsca już znałam, widziałam je dwa lata temu , w zupełnie odmiennych okolicznościach, ale przy równie wściekłym upale. Z nostalgią wracałam do tych magicznych miejsc. Siena i okolice, to serce Toskanii, a okoliczne krajobrazy, to wręcz archetyp Toskanii. Dziwię się pilotce, że zamiast namawiać turystów do podziwiania widoków za oknem pokazywała film "Pod słońcem Toskanii", w którym tak faktycznie mało było krajobrazów i toskańskich widoków.

 

20170627_150716[1].jpg

 Widok na typowy toskański pejzaż z murów San Gimignano.

 

  Piękny rynek w Sienie - Campo (Piazza del Campo) znów zastałam wysypany piaskiem, w swej górnej części. 2 lipca miał się odbyć tradycyjny wyścig konny Palio (2 lata temu byłam tuż po sierpniowym wyścigu). Już chyba nie zobaczę, jak wygląda korona placu bez piasku ;) A plac jest urzekający, niezwykły, nietypowy, o kształcie odwróconej muszli. I jest jednym z największych placów ratuszowych we Włoszech. W krótkim czasie wolnym usiadłam sobie w kawiarnianym ogródku z widokiem na plac, zjadłam faszerowane owczym serem kwiaty cukinii, popiłam likierowym winem Vino Santo i pogryzłam toskańskim sucharem migdałowym - cantucci. Poczułam się na wakacjach :)  

 

DSCN2754.JPG

 

Ciężko ująć w obiektyw tak wysoką wieżę - piękny Ratusz sieneński (widok z kawiarni).

 

 

20170627_131631[1].jpg

 

To przepiękna renesansowa fontanna na Campo, jedna z pierwszy fontann w ogóle (wykonawcy niestety nie pamiętam).

Katedra w Sienie jest zachwycająca, nie odmówię sobie pokazania jej jeszcze raz (2 lata temu też ją pokazałam).

 

DSCN2756.JPG

 

 

Toskania słynie ze swoich świetnych wyrobów cukierniczych. Większość ciastek zawiera migdały w różnej postaci. Wiecie, że jestem łasuchem, a różnego rodzaju "makaroniki" uwielbiam.

 

DSCN2746.JPG

 

To jedna z witryn sklepu z łakociami. Te białe ciastka, to cudownie makaronikowe  ricciarelli, a to ciemne z migdałami, to panforte - bardzo mało mąki, dużo różnych suszonych  i kandyzowanych owoców (są różne rodzaje). Te ricciarelli widziałam za 21 Euro kilogram. Panforte jest jeszcze droższe - ok 33 Euro/kg. Noo! Ale każdego spróbowałam. Pycha :)

Ze Sieny podjechaliśmy do San Gimignano, zabytkowego miasteczka, gdzie czas się zatrzymał. O miasteczku pisałam więcej w sierpniu 2015 roku. Tym razem nie było jeszcze nieprzebranych tłumów, a na bocznych uliczkach wręcz cisza, spokój i cudowna pustka.

 

20170627_162859[1].jpg  

Przysiadłam sobie w cieniu przy byle jakim stoliczku i wypiłam cappuccino zagryzając jednym ricciarelli. Ciesząc się chwilą samotności i spokoju.

W kolejnym dniu zwiedzaliśmy Volterrę, dawne miasto Etrusków, a obecnie 'stolicę' alabastru, a potem Florencję. Ale o tym w następnym wpisie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Jeszcze trochę Londynu "w pigułce".

piątek, 16 czerwca 2017 14:48

 

 Być w Londynie i nie widzieć zmiany warty przed Pałacem Królewskim - nie ma mowy. Tylko pomyliłam godzinę i trafiliśmy na zmianę warty w toku (ta uroczysta jest chyba o 11.00, my byliśmy o 11.20).To była niedziela, tłum taki, że terrorysta miałby używanie (brr). Zwykle unikam tłumów, ale byłam ciekawa, w sumie nie za dużo widziałam spoza głów i ramion innych, ale te fantazyjne czapy z niedźwiedzia kanadyjskiego i czerwone mundury widziałam, słyszałam też i widziałam orkiestrę gwardzistów.

 

20170611_113130[1].jpg

 

20170611_113218[1].jpg20170611_114727[1].jpg

 

A oto i sam Pałac Buckingham z alei The Mall, z widokiem na złocisty pomnik Królowej Wiktorii.

Należało zobaczyć Opactwo Westminsterskie (Westminster Abbey), miejsce koronacji prawie wszystkich władców Wielkiej Brytanii, jedne z najstarszych zabytków Londynu. Zobaczyłam To najładniejszy i największy gotycki kościół Londynu. Nie zwiedzałam go wewnątrz, bilety są "śmiesznie" drogie , jak na nasze polskie warunki (zapłacilibyście 100 zł za wstęp do kościoła?). Ale obejrzałam co się dało z zewnątrz - gmach Parlamentu z wieżą Big Ben także, to Pałac Westminsterski, jednak znacznie młodszy. Po pożarze w początku XIX wieku starego pałacu zbudowano na jego miejscu obecny gmach, na potrzeby parlamentu.

20170612_135526[1].jpg  

Najwyższe wieże gotyckie na Wyspach Brytyjskich (jednak z XVII w.).

 

20170611_150207[1].jpg

 

Widok z południowego brzegu Tamizy na budynki Parlamentu i Big Ben.

 

20170611_150152[1].jpg

 

Tu panorama z kładki na Tamizie, z atrakcja turystyczną - diabelskim młynem, a właściwie ruchomym punktem widokowym - London Eye. To koło porusza sie tak wolno, że trudno to nawet zaobserwować. Nie skorzystaliśmy z tej atrakcji, czasu mało i drogo.

 

20170611_193159[1].jpg

 

Tu najstarszy zamek i twierdza w Londynie - Tower (i kawałek piętrowego autobusu). To tez trzeba było zobaczyć.

 

20170611_194435[1].jpg

 

Tower z innej strony - i łan lawendy (to już było przed wieczorem).

 

A jak Tower, to i Tower Bridge. Nie wiem czemu wydawało mi się, ze to stary most, a to "młodziak", oddany do użytku pod koniec XIX wieku ;)

 

 

20170611_194350[1].jpg

   

 

I koniecznie chciałam też zobaczyć Katedrę Św. Pawła - miejsce ostatnich książęcych ślubów.

I to miejsce też sobie inaczej wyobrażałam - na placu, wśród zieleni. A tu, jak w całym Londynie, wszystko "upchane", przy wąskiej ulicy, w City. To ogromy kościół, z dwoma wejściami i ogromną kopułą, nieco tylko mniejsza niż ta w Watykanie.  Bardzo ładny (wstęp - 24 funty! nie skorzystałam). Zaprojektował go sławny architekt Christopher Wren, po wielkim pożarze Londynu w 1666 roku (Wren zaprojektował wtedy 52 kościoły).

 

 

 20170612_153522[1].jpg

 

I to tyle Londynu "w pigułce".

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Czas na Londyn :) cz.1

środa, 14 czerwca 2017 14:35

I w końcu przyszedł ten czas - zobaczyłam Londyn! Miałam go w planach od chwili, gdy wyjazdy "na Zachód" stały się łatwiejsze, gdy granice otwarły się dla Polaków szeroko (kto pamięta czasy, gdy nasze paszporty spoczywały w depozycie w komendach milicji?). Do Paryża dotarłam już 25 lat temu, a na Londyn czekałam aż do zeszłego tygodnia ;)

 Warto było czekać:) Każde miasto jest inne, wiadomo. Ale dla mnie miasta współczesne  nie maja tyle uroku, co miasta z historią, najlepiej z bardzo długą historią ;)

A Londyn, to dla wielu - stolica świata. jest tu i historia, i nowoczesność. Różnorodność, elegancja i totalny luz, ludzkie mrowisko. W takim "młynie" jeszcze nie byłam :);)

A zaczęłam moją londyńską przygodę bardzo przyjemnie - od spaceru z dworca do hotelu przez Hyde Park. Ach, jakie przestrzenie, ile kwiatów! A teraz właśnie wszystko kwitnie. Kwiaty bujne, ale takie same, jak u nas. Natomiast jezioro (staw?) Serpentine w środku Hyde Parku - niezwykłe. Po pierwsze nie ma w nim ryb (nie widać żadnych, jak stwierdził Mój, zapalony wędkarz), a po drugie takiego rozpasania ptactwa wodnego nie widziałam nigdzie indziej ;)

 

20170610_114707[1].jpg

 

Oczywiście byłam zachwycona! Tylu różnych gęsi, z tak bliska nie widziałam jeszcze. Były gęgawy (te szare) i bernikle kanadyjskie (z czarnymi szyjami) były nawet gęsi egipska (jakby miały czarne okulary). Teraz jestem taka mądra, jak sprawdziłam w atlasie ptaków ;)

Widziałam też czaple, dosłownie bliskie spotkania drugiego stopnia ;)

 

DSCN2699.JPG

 

 

Po drugiej stronie jeziora stoi rzeźba najwybitniejszego współczesnego rzeźbiarza .

DSCN2693.JPG 

 

To "Łuk" Henry Moora.

Mieszkaliśmy w ładnym hotelu przy Parku Kensington (który jest jakby drugą połową Hyde Parku). Ten kształt budynku często powtarza się na sąsiednich ulicach - identyczne ozdobne wyjścia (lub tylko niby wejścia), biały kolor, kolumienki, można się pomylić ;)

 

20170610_151733[1].jpg

 

Jeśli sądzicie, że wnętrze jest równie symetryczne i powtarzalne, to mylicie się. To nie jest monolit, to kilka budynków połączonych jednolitą fasadą. W środku jest galimatias krętych wąskich korytarzyków, schodków w górę i w dół, sufitów obniżających się i wznoszących. Oto, jak pani recepcjonistka opisała nam drogę do naszego pokoju na III pietrze: z windy na lewo, przez pierwsze drzwi i prosto, potem na prawo i zaraz na lewo przez drugie drzwi, jeszcze raz na prawo i zaraz za trzecimi drzwiami drzwi po lewej stronie.Powtórzyła to dwa razy. Nie wspomniała jeszcze, że po drodze były 4 schodki w dół, zaraz potem 5 w górę i jeszcze kilka w dól. Istny labirynt ;) Ale czysto i przytulnie:)

Londyn jest wielki, to wszyscy wiedzą. Ale chodzenie po Londynie spacerem wymaga sporej kondycji fizycznej. Po pierwszym dniu spacerów mój kręgosłup powiedział "stop" i zainwestowaliśmy w bilety londyńskiego "MPK". To jest fantastyczna sprawa, bo czerwonym autobusem piętrowym można zobaczyć miasto, a metrem przemieścić się przez 15 minut z jednego końca centrum na drugi (piszę "centrum", bo dotarcie z krańców miasta na kraniec przeciwległy mogłoby zająć pewnie znacznie więcej czasu, Londyn jest rozciągnięty wzdłuż i jest rozległy, metro jeździ ze średnią prędkością 90 km/godz.). Mając te bilety sieciowe śmigaliśmy do wszystkich atrakcji, które "każdy turysta musi zobaczyć".Ten cudzysłów dlatego, że przecież każdy może sobie wybrać, co chce zobaczyć. My wybraliśmy opcję bezpłatną . Wszystkie muzea królewskie (royal) są bezpłatne . I to też jest wspaniałe w Wielkiej Brytanii.  Skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa i zahaczyliśmy o Muzeum Historii Naturalnej, gdzie są oczywiście wypreparowane zwierzęta (także te, których już nie ma w puli genowej świata) - np. niesamowity płetwal błękitny (ale raczej jakiś niedorostek, bo mający najwyżej z 15 m długości, a dorastają do 33m!) i największa atrakcja (dla dzieci) - dinozaury! Nie tylko szkielety, nie tylko rekonstrukcje, także roboty - jak żywe, z planu filmowego "Parku Jurajskiego". Nie tylko się poruszają, jeszcze ryczą! ;)

DSCN2707.JPG

 

Jeden z "aktorów" - tytanozaurus.

Byliśmy jeszcze w Muzeum Nauki i Przemysłu (połączenie muzeum techniki z Centrum Kopernika) i w Galerii Narodowej. Ta mnie nieco zawiodała, bo akurat zamknięto sale z Impresjonistami :( Na pocieszenie w jednej z sal pokazano kilka prac Van Gogha i Gauguina. Galeria jest ogromna. Widzieliśmy mistrzów flamandzkich i hiszpańskich, ale do włoskich (Rafael, Botticelli, Da Vinci, Tycjan), jakoś nie dotarliśmy. Mały zawód spotkał mnie też w związku z Trafalgar Square. Mały! Nie wiem czemu wyobrażałam sobie ten plac, jako znacznie rozleglejszy, a to ledwie placyk.Ogólnie place w Londynie są ciasne, a parki rozległe.

 

20170611_124017[1].jpg

 

To widok z wejścia do National Gallery. Na środku kolumna Nelsona, na horyzoncie Big Ben.

 

20170611_122928[1].jpg

 

A tu Galeria Narodowa i w rogu placu Kościół St. Martin in the Fields.

 

Wspomnę jeszcze, że w Muzeum Nauki widziałam autentyczną pierwszą lokomotywę  - parowóz Stephenshona The Rocket, a także kapsułę księżycową  Apollo 10.

Z Muzeum Nauki mam jeszcze jedno niecodzienne wspomnienie :)

Jak jeździłam dawniej do Warszawy, to zawsze natknęłam się na jakąś znaną postać, można powiedzieć, że "kolekcjonowałam" znane osoby spotkane na ulicach Warszawy. Po prostu jestem z natury obserwatorem i patrze na ludzi mijanych po drodze. Nie spodziewałam się, że w Londynie znani ludzie chodzą w publiczne miejsca, pełne turystów.  A właśnie w Muzeum Nauki, gdy wychodziliśmy bocznym wyjściem, zupełnie pustym, natknęłam się na kilku mężczyzn pochłoniętych rozmową. Musieliśmy przejść między nimi. Ach, ach - otarłam się (nieledwie);) o Hugh Grant'a. !! A Mój nawet nie zauważył. Dopiero na zewnątrz, gdy spojrzeliśmy przez szklane drzwi, Mój przytaknął, faktycznie to on. Nie, żebym była jakąś fanką Hugh'a, ale fajnie zobaczyć gwiazdę z bliska (nawet bardzo bliska). On jest mojego wzrostu zaledwie!. (a ja mam tylko 163cm). Kurdupel. I jeszcze stał taki trochę zgarbiony. Nie chciałam robić "wioski" i nie wróciłam, żeby poprosić o wspólne zdjęcie. Może gdybym była długonogą młodą blondyną ...? No ale wspomnienie mam:)

O innych "zwyczajnych" turystycznych atrakcjach napiszę niedługo. I wstawię te widokówkowe fotki. Wspomnę jeszcze, że pogodę mieliśmy całkiem ładną, ani razu nie padało przez 3 dni! Było też przyjemnie ciepło w dzień, pod wieczór zaczynało mocno wiać i wtedy robiło się niemiło w krótkim rękawku. No i chmury wielokrotnie zasłaniały słońce, zmieniając nastrój dnia z chwili na chwilę, ale słońca było więcej:)

A na koniec dzisiejszej relacji symbol (jeden z symboli) brytyjskiej stolicy:

 

20170612_154608[1].jpg  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 671  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513671

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl