Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 942 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Piękne Ystad

wtorek, 29 sierpnia 2017 23:17

Ystad, miasto znane Polakom z przystani promowej. Stąd odchodzą promy dwóch armatorów Polferies i Unity Line do Świnoujścia. I oczywiście stamtąd przypływają one do Ystad. Teraz byłam w Ystad po raz trzeci. Poprzednie razy, to były krótkie spacery po mieście, przed przeprawą mostem do Kopenhagi.Tym razem byłam w Ystad 4 godziny. To niewielkie miasto, a mnie interesowało tylko historyczne centrum, więc mogłam je obejrzeć wzdłuż i wszerz. Trafiliśmy tam w sobotę i po godzinie 15.00, wtedy wszystkie miejsca parkingowe w mieście są już bezpłatne. Zaparkowaliśmy tuż przy Rynku. Na Rynku najokazalszą budowlą jest kościół. W całkiem niedawnych, ale już historycznych czasach z wieży kościoła, najwyższego miejsca w mieście ostrzegano mieszkańców przed pożarem.

1503150581116.jpg

 

Ystad to stare miasto, w tym roku obchodzi 750 -lecie istnienia. Najstarszym  i najcenniejszym zabytkiem Ystad jest dawny klasztor franciszkanów, którego budowę rozpoczęto w 1267 roku. 

 

1503156406195.jpg

 

Kościół św. Piotra, dawny kościół klasztorny obecnie jest kościołem ewangelicko-luterańskim.

 

1503154417197.jpg

 

 

W dawnym klasztorze mieści się muzeum historii miasta.

 

1503155207305.jpg

 

Klasztorny ogród ziołowy zachwycił mnie już za pierwszym pobytem. Teraz miałam okazję dokładnie przyjrzeć  się wszystkim posadzonym ziołom. Ach, gdybym miała miejsce zaraz bym taki ogród sobie urządziła. Ale i tak moje domowe ziółka posiałam z inspiracji tym właśnie ystadzkim ogrodem przyklasztornym :)

W klasztornym wirydarzu jest ogród różany. Ale cóż, róże kwitną najpiękniej w czerwcu. W sierpniu, po wyjątkowo częstych deszczach zostały w rozarium tylko nędzne resztki (ale pamiętam z wcześniejszych wyjazdów bujność tutejszych róż).

1503155996353.jpg.

 

W mieście, w wąskich uliczkach, przy niewielkich domach, pamiętających często XIX wiek rosną pnące róże i malwy. Wygląda to bardzo malowniczo i tak "przytulnie".1503151600192.jpg  

 

1503159511783.jpg

 

Mnie się bardzo podobało.

 

1503153943175.jpg

 

A to jeden z najstarszych budynków w mieście, tuż przy rynku.

A wam jak się podoba to miasteczko?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Szwecja - dyskrecja"

wtorek, 22 sierpnia 2017 18:04

Pamiętacie takie powiedzonka : elegancja Francja, Szwecja dyskrecja? Tak mi się skojarzyło, bo na Francję też przyjdzie czas w październiku. Ciekawe, czy będzie elegancja ? ;)

 A Szwecja rzeczywiście jest bardzo stonowana, "dyskretna", spokojna, bez ostrych kontrastów w sferze publicznej. I jest zielona i bardzo ekologiczna :)

Mieszkaliśmy ok. trzystu kilometrów na północ od Ystad, czyli od promu, którym do Szwecji dotarliśmy. Naszą (i wnuka, tym razem) szwedzką przygodę rozpoczęliśmy w Skanii. Nocowaliśmy wśród rozległych pól w domu dziewiętnastowiecznego kowala. Pieczołowicie odrestaurowane domostwo i obejście jest teraz eleganckim pensjonatem rodzinnym z restauracją i winiarnią (gospodyni jest sommeliere -znawczynią win). Rano zjedliśmy śniadanie z prawdziwie szwedzkim stołem: miejscowe sery, pasztety, miody, dżemy robione przez gospodarzy, bułeczki pieczone w domu i cudowne, moje ulubione śledzie w dwóch smakach ( z borówkami - super!)

 Śniadanie było w cenie noclegu. I to było jedyne szwedzkie jedzenie w Szwecji. Późniejsze ceny innych szwedzkich dań skutecznie zabijały mój apetyt. Drożyzna taka, że się po prostu na Szwecję obraziłam. A serio, nie wiem czemu reagowałam tak emocjonalnie na szwedzkie ceny, przecież byłam w innych drogich krajach (Wielka Brytania, Norwegia) i jakoś dało się przeżyć. Moja wina, pojechałam ze zbyt małymi zapasami niektórych produktów i Mój koniecznie musiał uzupełnić niedobór (ja bym się obeszła bez).

20170815_152618[1].jpg

Ceny "śmiesznie" wysokie - tu 2kg ziemniaków  za 44.95 koron. 1 KRS= 0, 44 zł.

Mieszkaliśmy w domku nad jeziorem, jezioro otaczał las, nasz domek stał na skraju lasu.

20170814_125913[1].jpg

 

Z zewnątrz niepozorny, w środku przytulny i wygodny.

 

20170814_130121[1].jpg

 

Przez duże okna mieliśmy widok, jak z reklamy :)

 

To były wakacje wędkarskie dla Mojego i wnusia (12 lat). Widoki były piękne, zapachy lasu po deszczu - niezapomniane, a jezioro wielki i przejrzyste.

 

20170816_163354[1].jpg

 

 

20170814_112721[1].jpg

 

W lesie zbierałam codziennie borówki i jagody, z borówek robiłam dżemy, jagody zjadaliśmy z jogurtem i lodami. Pod koniec pobytu pokazały się grzyby: mnóstwo maślaków, trochę podgrzybków i nawet 2 prawdziwki (jedynie).Grzybki mieliśmy na obiad, tylko prawdziwki ususzyłam (dosuszałam już w domu).

Z rybami był pewien problem, bo w sterylnym jeziorze nie widać było życia. Jedynie w jednej jedynej zatoce moi panowie złowili 4 szczupaki (w ciągu 5 dni), w tym jednego 70 cm, wnuk też złowił jednego, ach, jaki był dumny :) I my też!

Pojechaliśmy tylko do jednego miasta - Goeteborga. Miasto półmilionowe, drugie, co do wielkości w Szwecji. Pierwsze wrażenie - solidność. Domy z końca XIX, początków XX wieku,  takie duże, porządne kamienice (jak nasze poznańskie z Jeżyc czy Łazarza). Zieleń miejska - sporo skwerów, alei, parków, sporo płynącej wody - kanały, jak rzeczki wśród zieleni. Przyjemnie. Ale to młode miasto, założone dopiero w XVII wieku. Ja kocham stare miasta i stare zabytki. Tego w Goteborgu nie ma (zabytki po prostu młodsze)

20170815_135702[1].jpg

 

Kościół w dzielnicy Haga, najstarszej w mieście.

 

. Jest sporo wąskich uliczek - deptaków, przy których jest mnóstwo sklepów. Ponoć to miasto jest najlepszym miejscem zakupów w Szwecji. Może dla Szwedów, na pewno nie dla Polaków, którzy muszą złotówki wymienić na korony.

 

20170815_140944[1].jpg

 

Przez Goeteborg tylko się przespacerowaliśmy (spacer trwał przeszło 4 godziny). Żadnej kawy nie wypiłam ( 12 zł za małą kawę w papierowym kubku odbiera mi apetyt), ale zjadłam dwa ciacha szwedzkie "ślimaki" z cynamonem i wanilią ( coś podobnego sprzedają w IKEA). Nie miałam ochoty na drogie szwedzkie miasta w czasie tych wakacji. Najbardziej odpowiadał mi las i jezioro - przepłynęłam z moimi wędkarzami jezioro wzdłuż na łodzi z silnikiem.

Koniecznie muszę napisać o największej atrakcji tego wyjazdu. To było spotkanie z Danusią, którą po wielu latach znajomości blogowej poznałam osobiście. Poznałam jej miłą rodzinkę, jej urocze i sielskie "miejsce na Ziemi". Jej serdeczność i gościnność będę zawsze mieć w pamięci i w sercu. Dziękuję Ci Danusiu jeszcze raz bardzo serdecznie :) 

20170814_180407[1].jpg

 

Szwedzkie dzikie kwiatki znad jeziora i wrzos z lasu. :)

P.s

Osobny wpis poświęcę miastu Ystad, jestem nim zauroczona.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zakończenie - Florencja i Werona

piątek, 07 lipca 2017 19:20

Florencja, wiadomo, stolica Toskanii, największe miasto regionu i jeden wielki zabytek w tysiącach odsłon. Toskania, to historyczne centrum włoskiej państwowości. Państwo włoskie jest bardzo młode, liczy sobie nieco ponad 150 lat (zjednoczenie włoskich księstw - 1861r). Mieszkańcy Florencji szczycą się tym, że to właśnie tu mówi się naprawdę po włosku. Tu narodził się włoski język literacki, tu tworzyli twórcy tego języka Dante, Petrarka,  Boccaccio.  Dialekt toskański (florencki) stał się podstawą normatywnego języka włoskiego. Florencja jest stara, zabytkowa, bogata, niebywała, jest zatłoczona, droga, ciasna ale czy piękna? Piękne są w niej osobne budowle, niektóre ulice, rzeka Arno po deszczu, ze starymi mostami, bulwar nadrzeczny... Pokazano nam wnętrza dwóch kościołów: Santa Croce i Duomo, czyli katedry Santa Maria del Fiore. Ten pierwszy kościół jest ważny dla florentyńczyków, są tu epitafia sławnych mieszkańców tego miasta: Galileusza, Machiawellego, Dantego - doczekał się tablicy pamiątkowej dopiero w czasach najnowszych. Twórca języka włoskiego zmarł na wygnaniu i jego grób znajduje się w Rawennie (a florentyńczykom wstyd). W tym kościele znajduje sie też tablica i nagrobek polskiego kompozytora Michała Kleofasa Ogińskiego, twórcy poloneza "Pożegnanie Ojczyzny". Żył on i działał we Florencji 38 lat i tu zmarł.

W Kościele Santa Croce (Świętego Krzyża) są przy ołtarzu głównym freski Giotta, podobno genialnego i bardzo pracowitego malarza, prekursora odrodzenia w malarstwie.

DSCN2769.JPG

 

To wnętrze tego wielkiego kościoła, wydaje się być puste, a sufit jest prosty, drewniany, takie sufity, bez łuków i z drewna, bardzo wysokie widzieliśmy we wszystkich zwiedzanych kościołach.

 

DSCN2779.JPG

 

To katedra -Duomo ,Santa Maria del Fiore. Żeby ją zobaczyć w środku czekaliśmy w długiej kolejce, akurat w deszczu (nadal było ok. +30) dość długo. Na tyle długo, żeby po wejściu do środka stwierdzić, że zupełnie nie warto było. Kolejna ogromna "stodoła", nawet bez fresków, bez nagrobków, pusta w środku. W pamięci utkwiły mi tylko ogromne szare kamienne kolumny i brak jakiegokolwiek miejsca do siedzenia i tłum turystów w środku. Natomiast z zewnątrz to bardzo piękna budowla. Widziałam ją pierwszy raz 40 lat temu, gdy autobus rejsowy PKS do Rzymu zrobił godzinny postój we Florencji, parkując właśnie obok katedry. Wtedy tłum był jakby mniejszy, a katedra bielsza ;) Katedrę budowano prawie 3 stulecia. Główna bryła i fasada, to gotyk (budowano sto lat), potem na 140 lat przerwano prace i dopiero po tym czasie zwieńczono Katedrę kopułą, którą widąć u mnie tylko troszkę. Ta kopuła, bardzo duża, o niezwykłej, jak na tamte czasy konstrukcji, jest dziełem wybitnego miejscowego architekta Filippa Brunelleschiego, prekursora stylu renesansowego.

 Byliśmy teraz także na Piazza della Signoria. Plac jest dość ciasny, trudno objąć obiektywem najsławniejszy budynek placu - ratusz, czyli Palazzo Vecchio (Stary). Przed ratuszem rzeźby Michała Anioła - Dawid i Herkules (kopie z epoki), a także fontanna z posągiem Neptuna (akurat w remoncie). 

 

DSCN2773.JPG

 

Dawid taki sobie, ma za dużą głowę. 

Mnie spodobał się nieco mniejszy Perseusz, dłuta rzeźbiarza i złotnika Benvenuto Celliniego, pod arkadami obok ratusza.

 

DSCN2771.JPG

 

Potem poszliśmy nad rzekę Arno zobaczyć most złotników czyli Ponte Vecchio (stary most). Gdyby nie otwarte na rzekę arkady mostu mozna by przejść mostem i nawet tego nie zauważyć. To jest ulica, zabudowana domkami i sklepami. Bardzo stary most (XIVw.) bardzo nietypowy.

DSCN2783.JPG

 

Pięknie wygląda dopiero z daleka :) 

W krótkim czasie wolnym zdążyłam znaleźć kilka wolnych od tłumów uliczek  i wypić latte ( cappuccino ma zdecydowanie za małą pojemność, za mało płynu) i zjeść prawdziwe włoskie tiramisu' (koniecznie z akcentem na ostatnią sylabę).

Czuję wielki niedosyt Florencji. Nie widziałam tylu miejscowych "hitów"... W tłumie i biegu nie poczułam atmosfery miast. A raczej to, co odczuwałam, to nie było zbyt pozytywne. Co chwilę spoglądałam na zegarek, żeby nie spóźnić się na zbiórkę, bo... niby co? Bo "nie wypada, jak się jest z grupą". Jako była pilotka wiem to, ale nie znoszę ograniczeń zewnętrznych (jedyne, to te, które sama sobie narzucam).

Z Florencji ledwo zdążyliśmy  na kolację na 20.00 (serwowaną, z talerzem "pasty" czyli makaronu z jakimś cienkim sosem i drugim daniem - mięsem (sztuka mięs) wielkości dwóch średnio cienkich plasterków wędliny i kupką czegoś, co nie było ani frytkami, ani smażonymi ziemniakami, czymś pośrednim, nieapetycznym. No cóż, 3 dni takiej kolacji na pewno nie przekonało turystów z grupy, że włoska kuchnia jest bogata i niezwykle smaczna. Tak to jest z "masówką". A przecież jedzenie, smaczne, miejscowe, to istotna część wiedzy o danym kraju . Dla biur turystycznych liczy się tylko "zaliczanie" kolejnych miejsc na mapie. To nie dla mnie. 

Już w drodze do Polski zatrzymaliśmy się na parę godzin w Weronie (na 3?)(potem nocowaliśmy pod Weroną). Tym razem nasza pilotka zaprowadziła nas z parkingu do Starego Miasta.Po drodze szliśmy kilkaset metrów wzdłuż średniowiecznych murów miejskich.

DSCN2786.JPG

 

Przechodziliśmy też obok cennej rzymskiej Arena di Verona, amfiteatru z I w.n.e., jednego z najlepiej zachowanych we Włoszech. Każdego lata odbywają się tam spektakle operowe.20170629_121426.jpg  

 

I dostaliśmy tam 2.5 godziny czasu wolnego. Wreszcie mogłam "się urwać", uciec od grupy i robić, co chcę. Nie poszłam z tłumem, czyli grupą pod balkon Juli, tylko "zagubiłam się" w wąskich uliczkach, gdzie domy mogłyby pamiętać  ową Julię, gdyby kiedykolwiek istniała. Zobaczyłam ten symboliczny balkon później sama. Sama? Z tłumem Japończyków? Chińczyków? (mnóstwo ich) i innych ciekawskich. Balkon, jak balkon, podwóreczko małe, zabazgrane ściany, ubrudzone gumą do żucia, na którą ludziska przyklejają do ścian swoje miłosne życzenia. Na balkonie jakaś podstarzała Julia - turystka. Zniesmaczyłam się, zdjęcia nie zrobiłam i postanowiłam poszukać swojego balkonu wymyślonej Julii. A było w czym wybierać.

20170629_140627.jpg

 

Czyż nie piękny gotycki balkon? 

Domy z okresu gotyku sąsiadowały z domami z epoki renesansu, wszystko czyste, odnowione, widać, że miasto niebiedne i jego mieszkańcy takoż.

 

20170629_140700.jpg

 

Po sąsiedzku kamienica renesansowa z balkonem.:) A na ulicy pusto, żadnych turystów ani miejscowych, tuż obok Rynku.

 Że Werona "od zawsze" było bogatym miastem, świadczą o tym te zachowane do dziś okazałe zabytkowe kamienice i ulice z marmurowymi nie tylko chodnikami, ale i jezdniami (kostka granitowa też była).

 

DSCN2790.JPG

W Weronie przysiadłam przy ulicznym stoliku jednej z niezliczonych kawiarni i pijąc wolno latte przyglądałam się niezbyt licznym przechodniom (latte, to nie jest ponoć włoski pomysł, tylko amerykańskich Włochów, "przeflancowany" do Włoch i Europy).

Rynek w Weronie jest długim prostokątnym placem, na którym i dziś stoją kramy z towarami dla turystów. Przy rynku oczywiście Ratusz, ale w innym stylu niż w Toskanii, choć ratusz równie wiekowy.

 

DSCN2789.JPG

 

Werona jest elegancka, poza najstarszą częścią miasta ulice są szerokie, pełne zieleni, zielono jest też nad szeroką po deszczach górską rzeką Adygą.

 

20170629_130543.jpg

 

Jak widzicie, na chwilę się zachmurzyło. Ale ogólnie było przyjemnie, upał nie powalał ;)  Werona bardzo mi się spodobała. Piękne miasto  i jeszcze niezadeptane przez turystów . No i ten luz chodzenia swoimi ścieżkami, był mi potrzebny.   

Na koniec dla miłośników gór - rzut oka na Alpy nad Innsbruckiem.

 

20170630_120017.jpg

 

I to już koniec wycieczki :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Volterra - dalsze zwiedzanie cz.2

środa, 05 lipca 2017 23:47

Z San Gimignano wróciliśmy do hotelu, około 90 km. A Volterra była tak blisko! Dzieli ją od San Gimignano niecałe 30 km. Ale dzieli, bardziej dosłownie także wysokość. Volterra leży prawie 500 metrów wyżej. Pojechaliśmy tam następnego dnia (kolejne 80 km), pokonując niezliczone zakręty, wspinając się serpentynami na szczyt wzniesienia. To położenie w dawnych czasach zapewniało miastu bezpieczeństwo. W czasach nowożytnych stało się hamulcem rozwoju - trudno było do miasta dotrzeć. Volterra - z dźwięcznym podwójnym r - miasto liczące kilka tysiącleci! Było to jedno z większych miast etruskich, potem rzymianie władali nim kilka stuleci. W średniowieczu rozwijało się prężnie. Ze względu na etruskie pochodzenie miasto określa się mianem Tajemniczej Piękności. Volterra od wieków, aż do dziś słynie z alabastru. Wydobywa się go w okolicy, w wąwozach otaczających miasto. W Volterra  w Szkole Sztuk Pięknych jest jedyny we Włoszech wydział  rzeźby w alabastrze. A jest to trudna sztuka, bo alabaster, rodzaj kredy, jest kruchy i trudny do obróbki.

DSCN2765.JPG

 

Plakat przedstawiający obróbkę alabastru.

 

Stara część miasta, to wąskie uliczki, małe placyki, średniowieczne kościoły, ratusz w sercu miasta na Piazza dei Priori - podobno na tym ratuszu wzorowali sie budowniczowie ratusza we Florencji.

DSCN2764.JPG

 

 

DSCN2763.JPG

 

A w tym budynku, naprzeciw ratusza, mieści się policja.

 

W wąskich uliczkach nie było tłumów, miasto na wysokim wzgórzu pełne było wiatru, więc i oddychać było czym, upał nie dusił, tak jak wcześniej. Wzrok przyciągały sklepy z wyrobami z alabastru. 

 

20170628_110244_resized.jpg

 

Też kupiłam sobie alabastrowy drobiazg, jeszcze nie miałam nic  z alabastru ;)

 

DSCN2795.JPG

 

Puzderko na drobiazgi np.pierścionki :)

 

Najcenniejszym zabytkiem w Volterra są ruiny miejskie z czasów rzymskich.

 

DSCN2759.JPG

 

A mnie podobały się ciche zaułki  

20170628_110447_resized.jpg

 

Szkoda, że nie było już czasu na kawę. Ale i tak to miasto pozostanie w mojej pamięci miłym wspomnieniem.

I miało być (i było) o Florencji, ale mi "wcięło". Będę odtwarzać jutro.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Toskania zbiorowo - plusy i minusy (cz.1)

poniedziałek, 03 lipca 2017 16:24

To był wyjazd grupowy siedmiodniowy pod tytułem  "Toskania". Już wiem na pewno, że nie nadaję się na grupową objazdówkę. A już na pewno nie do Włoch w końcu czerwca. Nigdy więcej w taki sposób i w lecie! Faktycznie trzeba mieć końskie zdrowie i duży luz wewnętrzny (żeby nie powiedzieć "zwis") i sporo determinacji, żeby bez marudzenia wytrzymać 7 dób z praktycznie obcym towarzystwem. Ja nie mam (ani zdrowia, ani luzu, ani determinacji). Może nie będę marudzić, tylko podam fakty: - ok. 2,5 tysiąca kilometrów w autobusie, z owych siedmiu dób tylko 4 dni zwiedzania, reszta to dojazd do i z Włoch, temperatura dochodząca do +38 st. w cieniu (przeszło +.50 st w słońcu), a powyżej +30 st przez cały pobyt, śniadania o godz. 7.00, obiadokolacje 20.00, opłaty za toalety publiczne ok.1 euro, w barach i cafe bezpłatnie tylko jeśli "konsumujesz", przejazdy z hotelu do celu i z powrotem ok 5 godzin dziennie, bywało więcej. A poza tym codzienne zwiedzanie dwóch miast, przepiękne widoki, cuda architektury, egzotyczna flora i smaczna kawa (zawsze w zbyt małej filiżance) i toskańskie wypieki. Do tego tłumy turystów i wysokie ceny. 

Mam mnóstwo zdjęć. Ale co pokazać? "Hity" czy moje "odkrycia'? Może trochę tego i tego. 

Zaczęliśmy zwiedzanie od luksusowego miasteczka Sirmione, leżącego na półwyspie wcinającym się w Jezioro Garda (Lombardia)

 

20170626_091459[1].jpg

 

 Jezioro Garda jest wielkie. To największe z włoskich jezior .Ja widziałam tylko jego mały skrawek, też robi wrażenie.

Potem pojechaliśmy do Pizy. Zobaczyć Krzywą Wieżę "trzeba". To taki turystyczny mus, turystyczny hit. Plac Cudów, na którym stoi Krzywa Wieża - dzwonnica, jest przepiękny. Romańskie budowle sakralne z białego marmuru  mnie zachwyciły. Budowle wzniesiono na rozległej "łące" i soczysta zieleń trawy pięknie kontrastuje z bielą ścian.

 

20170626_174501[1].jpg 

Na pierwszym planie Baptysterium, dalej katedra i dzwonnica.

 

20170626_172011[1].jpg

 

Tu wyraźnie widać, jak krzywa jest ta dzwonnica. Cud wszelki, że jeszcze stoi!

Ale Piza, to nie tylko ten Plac Katedralny (Cudów). To także zabytkowe, tysiącletnie miasto, z zabytkowymi domami, kościołami, uroczymi uliczkami i zielonymi bulwarami nad rzeką Arno ( których zwykle nie ma czasu zobaczyć).

Do hotelu jechaliśmy wzdłuż Apeninów, gór, które "rozpychają się" od środka włoskiego "buta" aż po wybrzeże liguryjskie . Mijaliśmy takie oto widoki.20170626_142434[1].jpg 

Czy to śnieg na zboczach?? W czerwcu? Widzicie te bloki białego kamienia na pierwszym planie? A jeśli wspomnę, że mijaliśmy właśnie Carrarę, to chyba już wiecie, że to kopalnie marmuru :) 

Nocowaliśmy w miłym hotelu w centrum miasta Montecatini Terme, jednego z pierwszych uzdrowisk termalnych Italii, z połowy XIX.w. Miasta nie mieliśmy czasu zobaczyć, tyle, co po kolacji na krótkim spacerze po centrum. Deptak, luksusowe sklepy, zieleń - trochę jak centrum Sopotu. Szkoda, bo jest w tym mieście  - Górne Miasto, zabytkowe, z zamkiem na skale. Cóż, ważniejsze "hity", niż nowe odkrycia.

 

W kolejnym dniu pojechaliśmy do Sieny i San Gimignano. Te miejsca już znałam, widziałam je dwa lata temu , w zupełnie odmiennych okolicznościach, ale przy równie wściekłym upale. Z nostalgią wracałam do tych magicznych miejsc. Siena i okolice, to serce Toskanii, a okoliczne krajobrazy, to wręcz archetyp Toskanii. Dziwię się pilotce, że zamiast namawiać turystów do podziwiania widoków za oknem pokazywała film "Pod słońcem Toskanii", w którym tak faktycznie mało było krajobrazów i toskańskich widoków.

 

20170627_150716[1].jpg

 Widok na typowy toskański pejzaż z murów San Gimignano.

 

  Piękny rynek w Sienie - Campo (Piazza del Campo) znów zastałam wysypany piaskiem, w swej górnej części. 2 lipca miał się odbyć tradycyjny wyścig konny Palio (2 lata temu byłam tuż po sierpniowym wyścigu). Już chyba nie zobaczę, jak wygląda korona placu bez piasku ;) A plac jest urzekający, niezwykły, nietypowy, o kształcie odwróconej muszli. I jest jednym z największych placów ratuszowych we Włoszech. W krótkim czasie wolnym usiadłam sobie w kawiarnianym ogródku z widokiem na plac, zjadłam faszerowane owczym serem kwiaty cukinii, popiłam likierowym winem Vino Santo i pogryzłam toskańskim sucharem migdałowym - cantucci. Poczułam się na wakacjach :)  

 

DSCN2754.JPG

 

Ciężko ująć w obiektyw tak wysoką wieżę - piękny Ratusz sieneński (widok z kawiarni).

 

 

20170627_131631[1].jpg

 

To przepiękna renesansowa fontanna na Campo, jedna z pierwszy fontann w ogóle (wykonawcy niestety nie pamiętam).

Katedra w Sienie jest zachwycająca, nie odmówię sobie pokazania jej jeszcze raz (2 lata temu też ją pokazałam).

 

DSCN2756.JPG

 

 

Toskania słynie ze swoich świetnych wyrobów cukierniczych. Większość ciastek zawiera migdały w różnej postaci. Wiecie, że jestem łasuchem, a różnego rodzaju "makaroniki" uwielbiam.

 

DSCN2746.JPG

 

To jedna z witryn sklepu z łakociami. Te białe ciastka, to cudownie makaronikowe  ricciarelli, a to ciemne z migdałami, to panforte - bardzo mało mąki, dużo różnych suszonych  i kandyzowanych owoców (są różne rodzaje). Te ricciarelli widziałam za 21 Euro kilogram. Panforte jest jeszcze droższe - ok 33 Euro/kg. Noo! Ale każdego spróbowałam. Pycha :)

Ze Sieny podjechaliśmy do San Gimignano, zabytkowego miasteczka, gdzie czas się zatrzymał. O miasteczku pisałam więcej w sierpniu 2015 roku. Tym razem nie było jeszcze nieprzebranych tłumów, a na bocznych uliczkach wręcz cisza, spokój i cudowna pustka.

 

20170627_162859[1].jpg  

Przysiadłam sobie w cieniu przy byle jakim stoliczku i wypiłam cappuccino zagryzając jednym ricciarelli. Ciesząc się chwilą samotności i spokoju.

W kolejnym dniu zwiedzaliśmy Volterrę, dawne miasto Etrusków, a obecnie 'stolicę' alabastru, a potem Florencję. Ale o tym w następnym wpisie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  2 940 618  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2940618

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl