Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 556 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Nasz Dzień

czwartek, 09 marca 2017 23:55

Nasz - czyli Dzień Kobiet za nami. Bardzo sympatyczny dla mnie w tym roku. Tatuś zaskoczył mnie dając tulipanka, synkowie uściskali, a Mój zaprosił na kolację na Stary Rynek. I jeszcze wręczył dłuugą różę. Pierwszy raz byłam w "Republice Róż" - kawiarni, która także serwuje dania wytrawne na ciepło i zimno. Poszliśmy na wytrawne, bo ja od wtorku postanowiłam spróbować diety opartej na indeksie glikemicznym (I.G.). Dostałam kiedyś taką książeczkę od mamy i żal nie skorzystać. A coś muszę ze swoją wagą zrobić, bo żal mi garderoby, do której jestem przywiązana, a powoli przestaję się w nią mieścić. Nie zmieniam garderoby z powodu mody, noszę aż znoszę albo jeśli "wyrosnę" z niej. I nie jest tak, że jeśli czegoś nie noszę dwa sezony, to trzeba wydać, bo więcej się nie założy. Ja wracam, zakładam, bylebym się zmieściła (moda przecież wraca, a ja jestem cierpliwa, mam bluzki i "pełnoletnie", gorzej ze spódnicami) i tu potrzeba mi zrzucić parę kilo i parę centymetrów. Dania wybrałam jak najbliższe odpowiedniemu (niskiemu) I.G. Na przekąskę kanapeczki z pumpernikla z humusem i pomidorkiem, a na dopchanie - sałatkę góralską, czyli dużo zieleniny, z paseczkami szynki dojrzewającej (chudej), z oscypkami (to może nie dietetyczne, ale bardzo smaczne) :) Sos był podany osobno, ale nie brałam.

 

20170308_214131[1].jpg

 

Kolory, jak widać po pomidorach, nieco przekłamane. Te 2 okrągłe drobiazgi, to pozostałości kanapek z humusem :)  Do tego było dobrane wino - bardzo przyjemny riesling półwytrawny.

 

Mój wziął niezwykłą zupę krem z pieczonych buraków z malinami ! Super smaczna zupa! Spróbowałam. A na drugie smażony camembert z żurawiną. Wyglądało smakowicie, ale już nie próbowałam, znam ten smak.20170308_213114[1].jpg  

To owa zupa, której nie można nazwać barszczem, choć z buraków. Maliny były przetarte, żadnych pestek.Wiem, że zdjęcie powinno być odwrócone, ale "nie chciało" się odwrócić ;)

20170308_214121[1].jpg

  

A tak serwowano spory camembert smażony, z kiełkami. 

 

Mimo diety nie byłabym sobą, gdybym nie zamówiła deseru :)  To był jednak dość "cukrowy" deser, bo mimo, że się nazywał Mus z mango z brzoskwiniami na jogurcie, to zapomniałam, że i mango i brzoskwinie będą z puszki, czyli z syropu. Natomiast jogurt był naturalny. To było podane w wysokiej szklanicy, jak do piwa, warstwy musu z pokrojonymi w nim brzoskwiniami, przedzielone warstwami jogurtu. Przyjemny deser, nie nadmiernie słodki, konsystencji półpłynnej. 

Po sutym posiłku przeszliśmy się jeszcze wokół Rynku. Zawsze zachwycam się naszym Ratuszem, pięknie oświetlony prezentował się, jak zwykle, okazale. Według mnie, to najpiękniejszy  z polskich dużych ratuszy. To moje subiektywne zdanie lokalnej patriotki :) W końcu jestem rodowitą poznanianką :)

20170308_222644[1].jpg 

Wybaczcie uciętą wieżę, ale już wiecie, że nie mogę przekręcać zdjęć bez importowania ich do komputera, a z importowaniem wiedziałam, że będzie kłopot, stąd Ratusz - "na poprzek".

A dziś dalej świętowałam Dzień Kobiet dość nietypowo. Co prawda spotkanie w restauracji "Złoty Róg" w naszym miasteczku można by uznać za typowe, ale zamawianie potraw po angielsku już nie;). 

Nasza Halinka - Pani od angielskiego (z naszego UKW) postanowiła zrobić z nami nietypowe zajęcia w kawiarni. Przygotowała zestaw typowych zwrotów, przydatnych w restauracjach, kawiarniach, a w karcie dań były nazwy potraw i po polsku, i po angielsku. Dwaj młodzi kelnerzy również nieźle władali angielskim, lepiej niż większość kursantek, które zapewne nie miały okazji zamawiać wcześniej niczego po angielsku. Ja miałam ten kłopot, że niestety wszystkie desery były bardzo słodkie i raczej mączne (ciastka). Była pozycja "jabłka pieczone w cieście". Zamówiłam. Nie wiem, dlaczego słowo "pieczone" skojarzyło mi się z jabłkiem pieczonym w całości. Słowo "pieczone", to była zmyłka, żeby nie powiedzieć nadużycie. Dostałam zwykłe tzw. jabłka w cieście, wcale nie pieczone, tylko banalnie smażone na patelni i na tłuszczu, posypane dodatkowo pudrem.  Ale się nie awanturowałam, pracowicie oddzieliłam ciasto od jabłek i zjadłam uprażone jabłuszka (7 krążków- plasterków), popiłam słabą kawą z mlekiem (podwójna woda, podwójne mleko - tu trochę marudziłam, po angielsku)i byłam zadowolona. Porozmawiałam sobie z koleżankami kursantkami, nawiązując i rozszerzając znajomości, bardzo sympatycznie spędziłam czas.

A do Lizbony jeszcze wrócę. Chcę wam pokazać portugalskie azulehos - kafelki. Wkrótce ::)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Smaki i zapachy Lizbony :)

poniedziałek, 06 marca 2017 18:31

Każde miasto ma swój zapach. Zapewne wiele miast w Polsce nadal czuć smogiem. W Berlinie natomiast i innych miastach niemieckich zapach kebabu czyli döner miesza się z zapachami środków czystości. W Barcelonie pachnie kwiatami (tam stale kwitną jakieś drzewa) i morzem. W Lizbonie "pachnie" smażoną rybą i słodkimi wypiekami. Odniosłam wrażenie, że ulubioną rozrywką lizbończyków jest jedzenie. Są całe ulice, na których są restauracje, kafejki i puby jedne obok drugich, w niepoliczalnej ilości. Stoliki są wystawione na ulicę, ulice są deptakami, a dla pieszych pozostawiono jedynie wąskie przejście między stolikami, napierającymi z obu stron. Takiego zagęszczenia jadłodajni nie spotkałam jeszcze nigdzie. Trafiłam też do niezwykłego marketu - restauracyjnego! Wielka hala - w środku stoły, ławy, krzesełka, a wokół - bufety - restauracje (około 30), serwujące najróżniejsze dania kuchni portugalskiej, czyli przeważnie najróżniejsze ryby, owoce morza, wołowinę.

 

20170301_165625[1].jpg  

 

Wybraliśmy (a jaki trudny wybór!) zupę - krem jarzynową z kiełkami i dwa dania rybne:

 

20170301_170642[1].jpg

 

 

20170301_170638[1].jpg

 

Tu po lewej marynowany łosoś  z guacamole i rukolą ( to było danie na zimno) (guacamole, to taka pasta z Meksyku na bazie avocado). Drugie danie, to tuńczyk ze słodkimi ziemniakami i rukolą. Tuńczyk był opieczony  jedynie, w środku surowy - ach, oba dania niezwykle smaczne, aż teraz mi ślinka cieknie ;).

Jedliśmy potem jeszcze sardynki smażone (w całości z głową i wnętrznościami, była robota ze sprawieniem tego, głów i wnętrzności nie jadamy) i jakąś paellę z owocami morza (ryż, warzywa, krewetki, ośmiornice, jak żelki, małże). Ale tuńczyka nic nie przebije :)

No chyba, że portugalskie ciasta, ciastka i ciasteczka, które są wszechobecne :) Bardzo mi to odpowiadało :)

Najpopularniejsze są ciastka nata - małe budyniowe babeczki na ciepło. To zapieczona masa budyniowa z wanilią w symbolicznych foremeczkach z bardzo cieniutkiego ciasta listkowego (bardziej filo niż francuskie).  

 

20170303_095551[1].jpg

 

To ta przypieczona babeczka, obok ciasto kokosowe z morelowym wierzchem, a z tyłu mała roladka z ciasta francuskiego z rodzynkami (takie smakołyki zjadałam na śniadanie po potrawach wytrawnych).

 

Trafiliśmy do cukierni wypiekającej owe tradycyjne ciasteczka nata:

 

DSCN2516.JPG

 

 

Przyjemny lokal, odwiedziliśmy go dwa razy :)

 

DSCN2515.JPG

 

Tutaj wypiłam kieliszek portugalskiego , tradycyjnego porto - słodkiego wina wzmacnianego spirytusem (jeszcze na etapie produkcji). Za mocne dla mnie. o wiele bardziej smakowało mi vinho verde, czyli wino "zielone" w znaczeniu - młode. Wino "spumante", jak mówią Włosi. Czerwone wino też piłam, ale za nim nie przepadam.

W Portugalii dużą popularnością cieszą się ciastka z migdałami, takie wszelkiego rodzaju makaroniki,  nie tylko z mielonych migdałów, a wręcz z mąki migdałowej. Widziałam też takie prawdziwe francuskie makaroniki różnokolorowe, których w Polsce nie spotkałam (nasze polskie makaroniki wyglądają i smakują, jak migdałowe ciastka tureckie, takie bardzo lubię).

 

DSCN2498.JPG  

A to różne drobne ciasteczka migdałowe. Te, które wyglądają jak kokosanki są z mielonych migdałów (wielkości naszych kokosanek). W Portugalii kokosanki są żółte ?? To ciastko z czekoladą smakuje, jak nasze muszelki.

 

 

DSCN2521.JPG

 

 

Te makaroniki, zwane tartami migdałowymi kupiłam na spróbowanie dla rodzinki. Makaroniki w waflowej miseczce. Ach, pycha.

 

DSCN2523.JPG 

Już zjedzone, jaka szkoda.

 

 

Teraz już wiecie, dlaczego Lizbona tak zapadła mi w serce :) Przez żołądek do serca :) :)

 

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (17) | dodaj komentarz

Ciasteczka zimowe

piątek, 17 lutego 2017 16:03

 Wszyscy tu już wiedzą, że jestem łasuchem. Nie tylko lubię jeść, lubię też piec. Przypomniałam sobie o ciasteczkach, które robię tylko zimą i ostatnio rzadko. Przypomniała mi o nich przyjaciółka, chwaląc się, że po raz pierwszy w życiu zrobiła te rożki (bo taką w jej domu mają nazwę). Moje zdumienie nie miało granic? Jak to? Dostałam ten przepis od niej przeszło 43 lata temu (data pierwszej mojej próby wpisana w zeszycie z  przepisami - wrzesień 73). A ona nigdy ich nie piekła ? Ano nie. Rożki piekły najpierw  jej babcia, potem mama. Zawsze na Gwiazdkę i w karnawale. Teraz sędziwa mama już nie piecze i moja przyjaciółka pierwszy raz wypróbowała przepis. Są to kruche ciasteczka maślane z dodatkiem mielonych orzechów lub migdałów w formie zawiniętych na kształt litery C ruloników. Babcia przyjaciółki pochodziła z dawnej Galicji. Przywiozła z rodzinnych stron wiele przepisów kulinarnych, nieznanych w kuchni wielkopolskiej. Jak bardzo owe rożki są wyrobem galicyjskim przekonałam się w Krakowie, gdzie do dziś można je kupić  w cukierni z tradycjami - "Cichowscy" na Starowiślnej. Gdy jestem w Krakowie, choćby przejazdem , to nie mogę odmówić sobie przyjemności wstąpienia do tej niezwykłej cukierni. Mają tam przede wszystkim (dla mnie) wyborne nugaty, kiedyś popularne w wielu krakowskich cukierniach, teraz gdzie indziej nieobecne, także wspaniałe makaroniki z różanym dżemem (były też z kremem orzechowym, mniam), no i owe rożki, zwane w cukierni chyba ciasteczkami maślanymi. Zawsze kupuję ten zestaw ciast. Piszę to po obiedzie, a mimo to, aż mnie ssie na myśl o tych smakołykach ;) Nugatu nie zrobię, za dużo zachodu, makaroników też na razie nie próbowałam. Ale rożki - każdej chwili, szczególnie, że orzechy (włoskie) mi wybitnie obrodziły w tym roku. Chcieć to mieć :)

 

DSCN2427.JPG

 

Trochę koślawe wyszły, bo ciasto jest dość sypkie, trudno się te rożki lepi. Ale smaczne zawsze.:)  Z 3 szklanek mąki i dodatków wyszło 48 ciasteczek. Od wczoraj zostało 30. W puszce można je przechowywać dłużej, to w końcu kruche ciasteczka. Dla chętnych - służę przepisem.

Czy ktoś z was zna te ciastka?

    


Podziel się
oceń
0
224

komentarze (53) | dodaj komentarz

Zainspirowana

piątek, 10 lutego 2017 18:18

Moja dzisiejsza pizza obiadowa :) (część została na "zaś").

 

DSCN2423.JPG

 

Zainspirowana wpisem Jotki zrobiłam dzisiaj na obiad pizzę. Dzień cały miałam zajęty w Mieście, ale przed wyjazdem zarobiłam ciasto na pizzę i dałam mu porządnie wyrosnąć. Po powrocie na wieś tylko rozgrzałam piec, rozwałkowałam ciasto, wrzuciłam, co się znalazło  na ciasto (niewiele tego było, ale też wiele nie potrzeba - trochę szynki, żółtego sera, jakiś pomidor, kawałek świeżej papryki i przyprawy). Błyskawiczny obiad można rzec. 

 Młodemu pokoleniu pewnie się wydaje, że pizza w Polsce jest od "zawsze". Dla nich 42 lata to wieczność. Nie zdają sobie sprawy, że pokolenie ich rodziców i dziadków, czyli moje pokolenie dorosło nie znając smaku pizzy. Owszem, czytało się o tym włoskim daniu, rozsławionym na świecie dzięki włoskim emigrantom w USA, ale jak ten wytrawny placek drożdżowy smakuje, to można się było ledwie domyślać. Ponoć bar mleczny w Słupsku uznano za pierwszą pizzerię w Polsce. W owym barze 8 marca 1975 roku podano - sprzedano pierwszą pizzę w lokalu. Z mojego doświadczenia pamiętam, że po ślubie w 76 roku znalazłam w jakimś babskim magazynie przepis na pizzę. I wtedy spróbowałam tego włoskiego klasyka po raz pierwszy. A będąc we Włoszech w podróży poślubnej w końcu miałam okazję poznać smak prawdziwej włoskiej pizzy. I we włoskim wydaniu, to może być naprawdę coś banalnie prostego i smakowitego. Pamiętam, jak wędrowaliśmy sobie po Rzymie, bez celu i planu, co raz wychodząc na zabytkowe place, natykając się na opisywane w podręcznikach kościoły, pomniki, pałace. Z Piazza Navona poszliśmy za tłumem jedną z krętych uliczek  - przed siebie. W pewnym miejscu zauważyliśmy sporą kolejkę przed jakimś sklepem? piekarnią? Dochodziły stamtąd niezwykłe, smakowite zapachy, jakby chleba, podobne do zapachu pizzy pieczonej przeze mnie w domu. Ach, trafiliśmy na naszą pierwszą włoską pizzerię. Zapamiętałam ją na całe życie. Sklep - piekarnia, zupełnie pusty w środku (nie licząc tłumu klientów) miał właściwie tylko szeroką drewnianą ladę i piec do wypieku pizzy. Tłum się poruszył, gdy piekarz (dziś wiem, że pizzaiolo) wyjmował z pieca na wielkiej drewnianej łopacie ogromne blachy z pizzą, na której był w charakterze obkładu tylko podsmażony boczek, w długim płóciennym fartuchu  kroił te wielkie płaty pizzy na mniejsze prostokąty i kładł na każdy kawałek krążki melona . Druga osoba kasowała pieniądze od klientów. Błyskawicznie to szło. A ta prosta pizza z boczkiem i świeżym melonem była jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą , jakie jadłam. Na pewno była jedną z tych autentycznych. Potem jadłam różne, zwykle takie komercyjne, pizze, dla masowego turysty. Ale w Neapolu trafiłam na mały bufet- stragan, gdzie sprzedawano pizze w formie pierogów - calzone, niektóre były smażone w głębokim tłuszczu, była też jedna z ciasta ziemniaczanego. Mnie te pierogowe pizze niezwykle przypominały rosyjskie "pirożki", też często smażone w tłuszczu. Ech, smakowitości.

Jak to dobrze, że świat tak nam się otworzył. Nie musimy nawet wyjeżdżać, żeby poznać smaki świata. Te smaki przyszły do nas. I to też jest wspaniała różnorodność, bogactwo i dziedzictwo cywilizacji.

Jakie potrawy świata lubicie najbardziej?   


Podziel się
oceń
0
177

komentarze (31) | dodaj komentarz

Dziś torcik alla dakłas

wtorek, 07 lutego 2017 23:52

Ja wiem, że cukier, to biała śmierć. Ale wolę "umierać" z przyjemnością niż bez. No, już nie bluźnię. Ale po prostu jestem uzależniona od słodkich wypieków. I lubię sobie sprawiać drobne przyjemności kulinarne. Więc dziś zrobiłam Dacquoise. Ale zaczęłam już wczoraj.  I tak naprawdę, to nie jest dokładnie dakłas. To jest coś lepszego :) Mój pomysł autorski. Ale nie odważyłabym się sama zmieszać różnych ingradiencji i upiec. Aż takiego wyczucia i doświadczenia nie mam. Dakłas, to dwa lub więcej spody bezowe przełożone kremem ponoć z bitej śmietany z daktylami. Ja zrobiłam spody  według przepisu na tort kijowski: z ubitych białek, z dodatkiem odrobiny mąki i sporej ilości orzechów (ja dałam płatki migdałowe i siekane migdały, akurat miałam). Krem zrobiłam z mascarpone z dodatkiem kajmaku z puszki, bitej śmietany i daktyli (a jakże). Spody upiekłam wczoraj, żeby papier do pieczenia łatwo było zdjąć. Dziś tylko krem  zrobiłam i przełożyłam (znów nie bardzo chciało mi się bawić w ozdabianie). I przeszło połowę tortu zaniosłam wnukom. Tak bez okazji. Na podwieczorek zjedliśmy z Moim  tylko po jednym kawałku, zostało jeszcze trochę na jutro. Nie, nie, na noc nic nie będę jeść, chociaż, jak o torcie piszę, to kusi mnie...  Smaczniutkiego !! ;)

 

DSCN2421.JPG 


Podziel się
oceń
0
417

komentarze (55) | dodaj komentarz

czwartek, 20 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  2 513 648  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O mnie

Jestem żoną, matką, babcią i córką Jestem młodą (duchem) emerytytką i od niedawna mieszkam na wsi. Nadal mam swoje tajemnice i potrzebę odrobiny szaleństwa. Kocham poznawać nowe miejsca i nowych ludzi. Stąd moja obecność tutaj.

O moim bloogu

Z życia miejsko-wiejskiej emerytki

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2513648

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl